Ptaki Nocy – recenzja niepoprawnej historii Harley Quinn!

Począwszy od poniedziałkowego pokazu, długo zastanawiałem się jak ocenić ten film. Zachęcony nieco kreacją Jokera Phoenixa i Philipsa trend oceniania produkcji inspirowanych komiksami przesunąć mógł się trochę w stronę kina dramatycznego, pełnego psychologicznej głębi.

Ale nie zapominajmy – komiksy w swych początkach miały być niewymagającą rozrywką, błogą ucieczką do innego świata, świata akcji, wybuchów, pościgów i wyjątkowych postaci. Nie zawsze będzie to dogłębne studium przypadku chorego człowieka odrzucanego przez społeczeństwo czy np. ambitnej kobiety poszukującej własnej drogi po odcięciu się od znęcającego się nad nią kochanka. I właśnie do tego prostego rdzenia sięga – może nawet niezamierzenie, bez patetycznej napinki – najnowszy film od WB – Ptaki Nocy (i  fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn).

fot. Warner Bros.

Harley po Suicide Squad doczekuje się niejako własnej historii, niespolaryzowanej w końcu tak bardzo w stronę Jokera, chociaż ma on pewien wpływ na jej dalsze losy. Książę Zbrodni zrywa z wybranką, która pozostawiona jest sama sobie. Otrzymujemy cześć migawki znanej już z kinowego Legionu Samobójców, uzupełnionej nieco o jej telegraficznie zwięzłe przedstawienie origin story. Walcząc o niezależność od Jokera, Quinn wpada w kłopoty. Pierwszym na długiej liście osób życzących jej śmierci jest Black Mask, w tej roli ciekawy, chociaż nieco za mało widoczny Ewan McGregor. Bohaterka w ramach wymiany za swoje życie, ma odzyskać pewien drogocenny brylant, który nieświadomie zwinęła mała dziewczynka z biednej dzielnicy. Wkrótce natrafia na Renee Montoyę – skuteczną i wielce niedocenioną detektyw GCPD, a niedługo później jej drogi krzyżują się ponownie z wcześniej napotkaną Black Canary oraz Huntress, wypełniającą osobistą vendettę. Tak sformowana drużyna zmierzyć musi się z Czarną Maską i zastępami jego ludzi. A pamiętać należy, że ten nie próżnował w budowaniu swojej potęgi w przestępczym półświatku.

Zobacz również: Richard Jewell – recenzja najnowszego filmu Clinta Eastwooda!

Nie wiem czy najpierw zacząć od wad czy zalet produkcji. Z jednej strony przez chęć bycia surowo obiektywnym, aby wydać się poważnym i wcaleniedyletanckim krytykiem filmowym (za którego się nie uważam). Z drugiej strony – jakoś mocno kibicuję tandemowi DC pod skrzydłami Warner Bros., a film oglądało mi się naprawdę miło. Dlatego zacznę od wad i zalet jednocześnie. Otóż film jest trochę… Popieprzony. Pokręcony, i to nie w kwestii zawiłości, absolutnie nie. I to jest zarówno wadą, jak i zaletą. W pewnym momencie co chwila dostajemy flashbackami. I twórcy świadomie nimi żonglują, wiedząc jak może to zirytować. Przedstawienie historii bywa chaotyczne, czasem wydawać się może bez sensu. Film zdaje się trollować nas co chwilę. Z jednej strony to irytuje. Z drugiej – z niedowierzaniem przyznaję, że spodobało mi się to. Ale… O to trochę chyba chodziło. To sprawia, że wada staje się zaletą. Albo jest cechą będąca nimi obiema jednocześnie. Nie chcę tutaj rozwodzić się, generować wodotrysków nad tym jak przewrotnie dobry to jest film, bo to zbyteczne. Ale w tym szaleństwie twórcy znaleźli metodę. I zdaje się, że ja też. Całości dopełnia scena po napisach, którą KONIECZNIE musicie obejrzeć. Cierpliwość zostanie nagrodzona.

fot. Warner Bros.

Zwrócić warto uwagę, że Gotham wcale nie jest ciemnym miastem wiecznej nocy, jak w niektórych produkcjach z Batmanem w roli głównej. Podobnie jak główna bohaterka – mimo swojej psychotycznej strony – jest to miejsce chwilami słoneczne, barwne, żywe. To zdaje się potwierdzać tezę – mam nadzieję, że nie wysnuwam tu nadinterpretacji – że Gotham na srebrnym ekranie to najczęściej projekcja charakteru głównego bohatera filmu – w przypadku Batmana jest mroczne, pełne traumy, szare; w przypadku Harley Quinn barwne, nadpobudliwie energiczne. Nawet w przypadku Jokera można by wpasować ten szablon – kiedy jest jeszcze Fleck to miasto jest brudne, szare, przeludnione, a nawet żywe barwy są przesunięte w stronę zgniłych odcieni. Jednak gdy pojawia się już Joker – jest kontrastowy chaos świateł, ognia i brudnej ciemności, chaos pełen życia w najbardziej wykolejonym znaczeniu.

Tym razem to Gotham w nowym wydaniu, którego jeszcze nie było. Pastelowym i pokręconym. Tak jak Harley Quinn. I bardzo dobrze.

fot. Warner Bros.

Inna sprawa to papierowe postaci, które są przedstawione błyskawicznie, jak błyskawiczny wydaje się finał akcji filmu. Ale nie zapominajmy – to kino o komiksowych antybohaterkach, więc nie traktowałbym tego jako najważniejszej składowej oceny. Margot Robbie stara się realizować motyw wariatki Harley Quinn. Nie zawsze jej to w pełni wychodzi, ale i tak serwuje nam postać świeżą i wzbudzającą ciekawość.

Zobacz również: Zagraj to kiedyś jeszcze raz, Sam! – recenzja filmu 1917!

Oczywiście, jak na dzisiejsze kino przystało, nie mogło się obyć bez tematu homoseksualizmu, bo przecież inaczej byłoby, że to kolejny szowinistyczny, niewrażliwy film  – co samo w sobie mogłoby w dzisiejszym kinie być czymś co wspomniane środowisko poniża. Czasem postaci homoseksualne są traktowane nie jako istotna część historii budująca świadomość, a jako paszport filmu chroniący go przed wszelkimi atakami ze strony sezonowych obrońców innych poglądów, co niestety uprzedmiotawia popkulturowych homoseksualistów i jest to bardzo krzywdzące. Muszę jednak przyznać, że orientacja Montoyi (w pełni z resztą zgodna w tym z komiksowym pierwowzorem) oraz niejasna relacja Wiktora Zsasza z Czarną Maską tylko dodaje im głębi i jest czymś ubogacającym ich i tak dość pobieżnie przedstawione postaci. Zwłaszcza w tym drugim przypadku – Sionis dzięki temu wydaje się bardziej wrażliwy na uczucia, mimo swojego niezrównoważenia.

fot. Warner Bros.

Zobacz również: Proxima | American Film Festival 2019

To, co najważniejsze w filmie, to akcja, sekwencje kaskaderskie, luźna, niewymagającą historia i dystans filmu do samego siebie. Twórcy bawią się filmem i w zdecydowanej większości przypadków to zabawa, która bawi także widzów. Obraz, udźwiękowienie i muzyka na świetnym, pełnym energii poziomie, czyli dokładnie tak jak powinno być w filmie tego gatunku. No i oczywiście wielki finał i los, jaki spotkał Czarną Maskę to coś wskazującego swoją dynamiką i pomysłem filmy Quentina Tarantino – co jeszcze bardziej ukazuje dystans i zabawę formę omawianego filmu. To wszystko składa się na momentami cierpki, ale ostatecznie bardzo smaczny koktajl antybohaterskiego, luźnego kina akcji, na które warto pójść w piątek do kina!

Redaktor

Mały, szary człowiek. Tak podsumowałby go pewnie Adam Ostrowski. Albo też "bardzo dziwny, zaczarowany chłopiec" jak zrobiłby to Nat King Cole. Niepoprawny politycznie obserwator współczesności - świata, kina, książek i gier wideo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Gość pisze:

Ale chamska scena po napisach :p

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?