Advertisement



Rambo: Ostatnia krew, czyli jak zepsuć idealny projekt – recenzja filmu

Rambo to ciekawa seria. Każdy kolejny film zdawał się ukazywać nam nowe podejście do tematu. Pierwsza krew była prawdziwym dramatem o pacyfistycznym przesłaniu i z mocno zaznaczonym sprzeciwem wobec zemsty. Część druga zawarła w sobie wiele elementów kina przygodowego i pełnokrwistej akcji. Trójka z kolei przeniosła nas w całkowicie inną scenografię i do dzisiaj ciekawie prezentuje amerykańskie spojrzenie na Afganistan z końca lat 80. Odsłona z 2008 roku była lekkim potknięciem, ale wprowadziła bohaterów, którzy grupowo współpracowali z Johnem. Rambo: Ostatnia krew wprowadza za to dwie nowe rzeczy. Jest najkrótszą i pierwszą naprawdę złą częścią cyklu.

Ostatnia krew zaczyna się bardzo obiecująco. John mieszka na ranczu swojego ojca i cieszy się spokojem. W codziennym życiu towarzyszy mu Gabrielle, która jest dla niego niczym przybrana córka. W tym momencie naprawdę dobrze ogląda się losy starego weterana. Znalazł swoje miejsce na świecie, a my możemy razem z nim cieszyć się z faktu, że w końcu dostał to, na co już dawno zasłużył. Ten obyczajowy rys, mógłby być wręcz osią całego filmu. Chętnie zobaczyłbym starego Rambo, który tym razem stanie naprzeciw mniejszych i bardziej lokalnych problemów, które będzie mógł rozwiązać bez wybijania stada przeciwników.

Fot. kadr z filmu Rambo: Ostatnia krew

Niestety twórcy filmu mieli inny pomysł. Gabrielle wybiera się do Meksyku by spotkać ojca, który dawno temu ją zostawił. Oczywiście przy pierwszej okazji zostaje porwana, a John musi ruszyć jej na ratunek. To właśnie w tym momencie film staje się wręcz nieznośny. Nie wiem czy ktokolwiek zajmujący się filmem był w Meksyku, ale mamy tu do czynienia z prawdziwą groteską. Każdy mężczyzna mieszkający na południe od USA okazuje się kryminalistą, a każda kobieta w najlepszym wypadku (!) prostytutką. Kraj przedstawiony w Ostatniej Krwi wygląda bardziej jak planeta z dalekich rubieży w Gwiezdnych Wojnach, niż prawdziwe państwo.

Fot. kadr z filmu Rambo: Ostatnia krew

Gdyby skończyło się na stereotypowym traktowaniu Meksyku, film nie byłby jeszcze taki zły. Niestety reżyser bawi się w swoim dziele w prawdziwe exploitation. Na ekranie co chwila widzimy gore, gwałty i przemoc fizyczną wobec kobiet. Nie wiem jaki był cel tych wszystkich zabiegów, ale pod nowym Rambo swobodnie mógłby podpisać się Patryk Vega. Prezentacja skrajnej przemocy nie jest jednak zła tylko ze względu na nieprzyjemne widoki. Wpływa to również na postać samego Johna, która całkowicie zgubiła się w scenariuszu. Weteran, który w Pierwszej krwi nie zabijał nikogo, a w następnych częściach robił to w możliwie „zwyczajny” sposób, tu zmienia się w chorego psychopatę. Pamiętacie jak w czwartej części Rambo mierzył się z zabójczymi partyzantami z Birmy? Tutaj sam jest jeszcze bardziej brutalny.

Zobacz również: Supernova – recenzja gdyńskiej rewelacji (44. FFPF)

Chyba wiem dlaczego Adrian Grunberg zdecydował się pójść w tę stronę. W końcu w kinie triumfy święci John Wick. Reżyser Ostatniej krwi nie zrozumiał jednak w czym tkwi sukces tamtego filmu. Seria z Keanu Reevesem nie traktuje się poważnie, sceny akcji są stworzone z użyciem choreografii godnej baletu, a głównemu bohaterowi towarzyszą rewelacyjnie napisane postacie drugoplanowe. Rambo z kolei wszystkie te wymienione cechy całkowicie odwraca. Film stara się być zaangażowanym exploitation. Starcia polegają jedynie na rozlewaniu jak największej ilości krwi i urywaniu kończyn. Postaci pobocznych po prostu nie ma. Zresztą nawet sam główny bohater jest tu niemożliwy do polubienia.

Fot. kadr z filmu Rambo: Ostatnia krew

Czy jest jednak coś, co można uznać za dobre w tej produkcji? Owszem. Jeśli ktoś potrzebuje filmu, który będzie puszczony w tle podczas alkoholowego spotkania ze znajomymi, Ostatnia krew sprawdzi się znakomicie. Szkoda tylko, że ten naprawdę dobry cykl filmów upadł do tego poziomu. Nowy Rambo mógł zrobić dla serii to samo, co Logan zrobił dla postaci Wolverine’a. Zamiast tego sprawił, że mam nadzieję, iż to rzeczywiście ostatnia wizyta Johna na wielkim ekranie.

Uzależniony od powtarzania Władcy Pierścieni i Johna Wicka, pochłonięty przez Marvela, w wiecznym oczekiwaniu na nowy film Finchera, a do tego opętany przez F1.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ferrari pisze:

Twórca artykułu jest niczym – marzyciel i dziwolong. Nie zrozumiał całkowicie PRZESŁANIA FILMU…
Zmień książki – to one są żałosne i pełne nienawiści…

Rzetelny pisze:

Wściekam się kiedy czytam takie recenzje, a tylko takie można znaleźć. Jestem ogromnym fanem serii o Rambo i szczerze stwierdzam, że jest to NAJLEPSZA CZEŚĆ. Podczas oglądania którejkolwiek z części Rambo nie odczuwałem, takich emocji jak przy Rambo: Ostatnia krew. Naprawdę polecam go wszystkim, którzy potrafią docenić prawdziwe dzieło.

Ramboszka3000 pisze:

Film jest ARCYDZIEŁEM, autor po prostu nie zrozumiał GŁĘBOKIEGO PRZESŁANIA. Rambo to prawdziwy mężczyzna, nie to co ten John Wick na kiju.

Maro pisze:

Jeżeli czegoś nie rozumiesz, nie komentuj. Ja nie rozumiem całego uniwersum Marvela i nie krzyczę że to syf (choć tak naprawdę jest). Fajny film, podobał mi się

Radek Folta pisze:

Absolutny gniot na poziomie kina klasy C. Potwierdzenie głosu Trumpa, że trzeba zbudować mur, żeby oddzielić USA od Meksyku, zamieszkanego przez najbardziej odrażających zboczeńców i psychopatów. Rambo sam jest jednym z nich…
Niestety, jest to film, w którym decyzje postaci nie mają sensu, brakuje mu jakichkolwiek niuansów i niedopowiedzeń. Niestety, po ostatniej scenie obawiam się, że sadysta Rambo powróci jeszcze na ekran…

SYN JOHNA RAMBO. pisze:

DZISIEJSI WIDZOWIE WOLĄ OGLĄDAĆ CELEBRYTÓW Z GUMOWYMI MIĘŚNIAMI BIJĄCYMI SIĘ Z GREEN SCREEN’EM. RAMBO OSTATNIA KREW TO FILM PRAWDZIWY. O CZŁOWIEKU, KTÓRY STRACIŁ WSZYSTKO. NA JEGO MIEJSCU WIĘKSZOŚĆ ZROBIŁABY TO SAMO. DO KOSZA Z TĄ WYBLAKŁĄ RECENZJĄ.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?