Rebeka – recenzja filmu Netflixa. Dla mnie masz stajla

Przebierając w produkcjach oryginalnych Netflixa, czuję się jak zupełnie niedoświadczony grzybiarz. Trafią się takie prawdziwki jak Roma, Historia małżeńska albo Król, ale stanowią niewielki procent całej twórczości streamingowego giganta. Czy Rebeka oferuje widzom cokolwiek, aby stać się filmem godnym zapamiętania?

Kultowa książka REBEKA będąca inspiracją dla Kinga i Hitchcocka już w sprzedaży w nowym wydaniu!

Kiedy patrzę tak na ciebie, jesteś fajna, aj. Dla mnie masz stajla – początek utworu zespołu Trzeci Wymiar znakomicie obrazuje pierwsze kilkanaście minut Rebeki. Bohaterowie poruszają się po Monte Carlo jak po wybiegu mody. On w strojach potwierdzających wysoką pozycję społeczną, a ona w skromniejszych; ale wiadomo, że to jedynie filmowa wersja skromności. Przejażdżki samochodem, błogie chwile spędzone na plaży i krajobrazy budzące naszą zazdrość. Żyć – nie umierać! Tylko problem właśnie w tym, że jego poprzednia żona zmarła w nie do końca jasnych okolicznościach. A bohaterka będzie się wciąż mierzyła ze wspomnieniem byłej, szczególnie kiedy już trafi do luksusowej posiadłości ukochanego. W Manderley wyjdą na jaw nie tylko tajemnice z przeszłości, ale również kompleksy i toksyczny charakter znajomości.

Rebeka

fot: materiały prasowe/Netflix

Klasyczna powieść Daphne du Maurier była ekranizowana wiele razy – najbardziej znana wersja to oczywiście ta z 1940 roku w reżyserii Alfreda Hitchcocka nagrodzona Oscarem za najlepszy film. Nie chciałem się negatywnie nastawiać, więc celowo odwróciłem kolejność. Najpierw obejrzałem produkcję Netflixa, a zaraz potem nadrobiłem film sprzed 80 lat. W niczym to nie pomogło, bo nowa Rebeka już bez używania porównań jest zupełnie nijaka, pozbawiona chemii aktorskiej, napięcia, czy przede wszystkim jakichkolwiek prawdziwych emocji. Nie będę jej nawet nazywał filmem Bena Wheatleya, bo wygląda to, jakby brytyjski reżyser podpisał go swoim nazwiskiem i wziął czek, umywając ręce niczym Poncjusz Piłat. Wszystko zostało wygładzone do poziomu bolesnej przeciętności, a przecież można było wykorzystać więcej humoru lub spróbować bardziej wyraźnie nawiązać do kina grozy.

Zobacz również: Polot – recenzja filmu. Ku szczytom marzeń

Mniejsza już o to, jak film się zaczyna. Cały pierwszy akt pokazujący początek znajomości bohaterów z różnych warstw społecznych jest bowiem nieznośnie przeciągnięty. Sytuacja staje się ciekawsza, dopiero gdy wraz z nimi trafiamy do Manderley. Twórcy wydają się być bardziej zainteresowani lunatykowaniem Maxima de Wintera oraz koszmarami sennymi jego nowej żony niż budowaniem przekonującej relacji małżonków. Mężczyzna kwalifikuje się na kozetkę u psychologa, a ona na przyspieszony kurs asertywności. I oczywiście czujemy, że coś jest mocno nie tak, ale cały niepokój wyparowuje, gdy nie ma o kogo się tutaj martwić. W dodatku film nagle niespodziewanie skręca w kierunku dramatu sądowego, co odwraca uwagę od wydarzeń rozgrywających się w Manderley. Nakręcona 80 lat temu Rebeka Hitchcocka jest nadal obrazem mniej archaicznym od wersji Netflixa. W scenariuszu najnowszej produkcji nie ma miejsca na subtelności, a poza tym to kolejny przykład usprawiedliwiania przemocowych zachowań.

Rebeka

fot: materiały prasowe/Netflix

Rebeka to przykład wyjątkowo złego castingu. Muszę w tym momencie przypomnieć o obsadzie filmu z 1940 roku – Laurence Olivier i Joan Fontaine, zasłużenie nominowani wtedy do Oscara, stworzyli kreacje, które robią wrażenie nawet po upływie tak wielu lat. Natomiast Armie Hammer i Lily James nawet nie próbują walczyć ze słabym materiałem, jaki dostali do zagrania. Ona w roli kolejnej pani de Winter jest skrajnie niepewna siebie, naiwna, nieciekawa i tłamszona przez wrogo do niej nastawione osoby. W dodatku wątek przemiany spowodowanej nagłym awansem społecznym jest ledwie zasygnalizowany. Kiedy wreszcie bohaterka zaczyna zachowywać się inaczej, to mamy wrażenie, że stało się to bez żadnej podbudowy. Męczy się również Hammer, czujący się o wiele lepiej w rolach charakterystycznych niż jako amant z grzechami na sumieniu.

Zobacz również: Slalom – recenzja filmu. Droga do zwycięstwa | Transatlantyk Festival 2020

Najgorsze jednak, że film Netflixa nie zapewnia nam wizualnych atrakcji. Nie czujemy ogromnej przestrzeni Manderley, bo mamy wrażenie, że bohaterowie poruszają się zaledwie po kilku pomieszczeniach. Kostiumy i scenografia są na wysokim poziomie, ale może lepiej było nakręcić reklamę dla jakiegoś projektanta mody zamiast ponownie adaptować powieść Daphne du Maurier. W posiadłości jest na przykład miejsce wypełnione lustrami i możemy pomyśleć – oho, będzie tam pewnie jakaś ważna scena z odbiciami. No i jest, ale brak w niej kreatywnego wykorzystania przestrzeni. Jeszcze na początku twórcy korzystają z montażu równoległego zaburzającego chronologię zdarzeń. Potem ten zabieg znika, tak jakby ktoś sie przestraszył, że przy takiej technice widz nie zrozumie, o co chodzi. Jedyne, co można pochwalić, to wykorzystanie folkowej ballady Let No Man Steal Your Thyme, choć pod względem nastroju bardziej pasowałaby do wyprawy krasnoludów do Ereboru.

Rebeka

fot: materiały prasowe/Netflix

Mamy 2020 rok – idealny czas, żeby podejść do adaptowania Rebeki nieco inaczej. Być może dokonać pewnych zmian i postawić na feministyczny przekaz. Wykorzystać kolorystykę, a historię zawrzeć w nieoczywistej konwencji. To wszystko płonne nadzieje, bo film niewiele różni się od dzieła Hitchcocka. Są to głównie kosmetyczne zmiany (oprócz jednej kluczowej), w zamierzeniu mające podbijać dramatyzm opowieści. Netflix uparł się, aby nakręcić taki sam film, tylko przy okazji wszystko zrobić gorzej. Gratulacje, udało się.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe/Netflix

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?