Shazam! – recenzja kina familijnego od DCEU!

Wraz z premierą filmu Shazam! prawdopodobnie znowu zacznie się porównywanie i umieszczanie go gdzieś około szczytu hierarchii uniwersum, które cyklicznie po skończeniu się trylogii Nolana dostarczało nam rozczarowujących produkcji. Porównywanie, które jest z definicji zupełnie bezsensowne. Są bowiem takie produkcje, dla których doskoczenie do poziomu, którego szczytowym osiągnieciem jest Aquaman, jest mniej więcej tak trudne, jak wejście na krawężnik chodnika. Do tej pory o filmach uniwersum zwykło się mówić, że bronią się w jakimś kontekście. Wonder Woman była pierwszym niezłym, jak na DC, nieznacznie podniósł to Aquaman, jednak dalej daleko im było do wywindowanej konkurencji. Shazam! jest inny, jest świetny po prostu. Jako pierwszy z nich wszystkich.

Film Sandberga to kolejne origin story, w którym poznajemy Billy’ego Batsona. Chłopak zgubił się młodej matce, przez co resztę swojego niedługiego życia musiał spędzić jako członek kolejnych rodzin zastępczych. Tu go nie chcieli, stamtąd uciekał, tu znowuż coś nabroił. Spotykamy go w momencie, gdy pod skrzydła bierze go kolejna para. Zabierają Billy’ego do domu, który wygląda jak stancja na przedmieściach Warszawy, z każdym pokojem zarezerwowanym dla jeszcze większego ananasa. Musi być nerd, chlapiąca językiem dziewczynka, średnio miły grubas czy dziewczyna, opuszczająca miłe gniazdko dla prestiżowej akademii. Nad wszystkim czuwa rycerska parka herbu rodziców zastępczych, która chciałaby z tego ulepić rodzinę. Choćby dysfunkcyjną, ale rodzinę. Cały problem tkwi jednak w tym, że dzieci średnio pomagają.

zachary levi jako shazam

Iskierką nadziei jest w tym wszystkim Freddy. Oprócz braku prawdziwych rodziców całe życie musi sobie radzić u boku kuli ortopedycznej, jednak jest jednym z tych, którzy zachowują do swojej sytuacji dystans. Lubi superbohaterów, lubi rzucić żarcikiem, nie da się go nie lubić. Dlatego nie dziw, że to on będzie wykładnią wiedzy dla naszego głównego bohatera. I bardzo dobrze, bo grający go znany z To Jack Dylan Grazer wypada rewelacyjnie. Na miejscu młodego aktora trochę bym się tylko dziwił, czemu zawsze musi być szkolnym przegrywem.

Zobacz również: Kurier – recenzja filmu Władysława Pasikowskiego

Shazam! to kino familijne, a jego konwencja idealnie pasuje do superbohatera, który ma tak właściwie 14 lat. Dlatego też działa tutaj ogromna doza stereotypowości, tak samo, jak morały idące żywcem z bajek Disneya, i to tych sprzed ładnych paru lat. To film o kształtowaniu się relacji, rodzinnych i przyjacielskich. A także o tym, jak taką relację skleić w grupie ludzi zupełnie do siebie nieprzystającej. Absolutnie nic nowego, jednak znakomicie przeprowadzone i zagrane bez fałszywych nut. To kolejny paradoks nie tylko tego filmu, ale i całego DCEU, że teoretycznie najluźniejszy i najbardziej zdystansowany w nim projekt jest jednocześnie najpoważniejszym i najmądrzejszym. Poprzednie chciały to zrobić na siłę, tutaj relacje do czegoś dążą mimochodem, w trakcie trwania seansu. Fajnie wypada też motyw jarania się tą całą superbohaterką. Sceny, w których nasi bohaterowie poznają moce również są świetne, choć tak jak reszta filmu, cierpią na mały mankament. O nim jednak za chwilę, gdy przyjdzie do czepiania się. Film wyraźnie odcina się od wcześniejszego dorobku DCEU, dlatego w przeciwieństwie do odczuć Ant-Mana czy Spider-Mana odnośnie ich autorytetów, w jednej scenie mamy Batmana, ale tylko zabawkowego, a większą rolę odgrywa batarang. Bo kto by chciał się inspirować tą dziwną hybrydą gacka by Aflleck & Snyder, prawda?

Jak wspomniałem wcześniej, film nie jest wolny od mankamentów. Historia zaciekawia, choć nie sposób nie odnotować momentów, w których idzie na skróty. Nie chce wysilać się na twarde dochodzenia, a podaje nam czasem fakty, które jakoś podać trzeba było. Potrzebne były w dalszym rozwinięciu i to tyle. Nie chcę nadziewać się na spoilery, dlatego wspomnę tylko o pierwszym spotkaniu Mary z Shazamem. To, do czego ono służy będzie najjaśniejszym przykładem. W dodatku do niektórych scen można było podejść subtelniej. Ten argument na nie da się jednak odrzucić tym, że fakt, iż np. przy pierwszym wejściu superbohatera do sklepu, placówka od razu jest napadana film wykorzystuje do zrobienia sobie kilku naprawdę trafnych i zabawnych żartów.

Zobacz również: Free Solo: ekstremalna wspinaczka – recenzja dokumentu nagrodzonego Oscarem!

Równolegle do opowiadania o przypadłościach Billy’ego film rozwija czarny charakter, grany przez Marka Stronga. Tutaj można wysuwać wnioski podobne do opinii o całym filmie. Postać ta gra w zupełnie innej lidze niż te Steppenwolfy, Lexy Luthory czy latający dym z Suicide Squadu. Kompletnie bez napinania się na coś wielkiego, znikąd, DCEU dostaje wreszcie film spełniony, dostarczający znakomitą rozrywkę. Mam nadzieje, że po tym filmie laicy będą już wiedzieć, że znanie wszystkich piosenek nie jest jedyną supermocą Shazama! Ci, którzy na ten film pójdą, dostaną bowiem 130 minut świetnej zabawy. A to przecież więcej niż w poprzednich sześciu razem wziętych.

PS. Pamiętajcie o scenach po napisach – są dwie

Zdaniem innych redaktorów:

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?