Advertisement

Sybilla – recenzja francuskiego komediodramatu

Widzieliśmy to w kinie nie raz. Psychoanalityk diagnozujący i leczący swoich pacjentów sam nie do końca radzi sobie z życiem, użera się z przeszłością i nałogami. W ten schemat idealnie wpisuje się francuski dramat psychologiczny Sybilla, w którym elementy czarnej komedii mieszają się z wątkami autotematycznymi, pokazującymi w krzywym zwierciadle europejskie kino. Z tej odważnej mieszanki wyszedł dość nierówny film, któremu daleko do subtelności.

Sybilla (Virginie Efira) przechodzi kryzys w życiu prywatnym i zawodowym. Chce zakończyć swoją karierę psychoanalityka i zająć się pisaniem książek. Brakuje jej do tego dobrej historii. Wtedy na horyzoncie pojawia się przechodząca załamanie nerwowe aktorka Margot (Adèle Exarchopoulos), uwikłana w toksyczny trójkąt miłosny z kolegą z planu (Gaspard Ulliel) i reżyserką filmu (Sandra Hüller), w którym oboje występują. Dla tytułowej bohaterki spisywanie tych wydarzeń okazuje się być jakże kuszącą perspektywą. Sybilla zaczyna delikatnie ingerować w dramaty, tracąc chłodne i obiektywne spojrzenie na całą sytuację, jakie przystoi profesjonalistom w jej zawodzie. Nietrudno domyśleć się, że prosi się tym samym o kłopoty i o dramatyczne kłótnie, skoro każdy z bohaterów boryka się z jakimiś wewnętrznymi problemami.

Reżyserka Justine Triet dość odważnie traktuje linię czasową filmu, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Wspomnienia Sybilli, które pojawiają się w dość nieoczekiwanych momentach, rzucają nowe światło na główną postać. Dzięki kunsztowi aktorskiemu Efiry możemy dość szybko połapać się, na którą wersję jej postaci patrzymy: rozbitą, młodszą Sybillę, albo pozornie ułożoną, skupioną profesjonalistkę. Widzimy pełen pasji związek z niejakim Gabrielem (Niels Schneider) i niedomkniętą relację ze zmarłą matką alkoholiczką. Terapeutka nie potrafi też zerwać ze swoim uzależnieniem, jakimi są niektórzy klienci (ma sesje z pewnym młodym chłopakiem). Mimo, iż ma dwójkę dzieci i troszczącego się o niej partnera oraz pomocną siostrę, poszukuje innych wrażeń. Jednak kiedy dramat Margot przybierze na kolorach i zagrożone zostanie ukończenie filmu (zatytułowanego Don’t Talk To Strangers, który jest też ironiczną przestrogą dla głównej bohaterki, aby nie odbierała telefonu od nieznanych numerów, co zresztą robi na samym początku filmu), Sybilla zostanie sprowadzona na plan zdjęciowy, żeby pomóc młodej aktorce poradzić sobie z trudnymi do okiełznania emocjami. Obecność psychoterapeutki, żerującej na życiu swojej pacjentki, będzie jak dolewanie oliwy do ognia.

Kadr z filmu Sybilla / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sybilla / fot. materiały prasowe

Symboliczne imię tytułowej bohaterki nawiązuje do mitologii greckiej, a przepowiadająca przyszłość Sybilla patrzy na Margot jak na powtarzającą się znowu historię. Zna ją doskonale z własnego doświadczenia. Od tej mętnej metafory o wiele bardziej wolę jednak pochylenie się nad niezwykle trudnym zawodem psychoterapeuty. Sybilla dotyka jakże ważnych motywów empatii i zaufania na linii terapeuta – pacjent. Pokazuje, jak zacierają się granice pomiędzy byciem “na zewnątrz” i “wewnątrz” życia swoich rozmówców. Sybilla niezwykle wczuwa się w problemy młodej aktorki, do tego stopnia, że rozmowy z nią wychodzą poza święty obszar gabinetu. Kobiety wymieniają wiadomości przez telefon, rozmawiają na Skype i w końcu spotykają się u Margot w pracy. Jest to również relacja pasożytnicza, bo terapeutka stara uporać się ze swoją blokadą twórczą, nagrywając i spisując spotkania z pacjentką. Na najciekawszym poziomie film zaciera granice między fikcją i życiem oraz analizuje złożone ludzkie zależności, które kształtują zachowania bohaterów.

Kadr z filmu Sybilla / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sybilla / fot. materiały prasowe

Triet niestety nie do końca udało znaleźć się balans pomiędzy rozrywającymi produkcję od środka gatunkami. Gdzieniegdzie jest pełnym bystrych wymian zdań dramatem psychologicznymi, po chwili przeradza się w farsę albo w dreszczowiec. Szkoda, że film nie idzie albo w stronę odkręconej na maksa czarnej komedii w stylu Podwójnego kochanka Fracoise Ozone’a, albo intrygującej introspekcji w klimacie Bólu i blasku Pedro Almodovara. Doklejona do tego, dość mizerna krytyka świata kina, niepotrzebnie komplikuje nasz odbiór przeżyć bohaterki. Poziomów, jak w przerośniętym torcie weselnym, jest trochę za dużo i cała konstrukcja chwieje się na naszych oczach. Kiedy więc Triet niezamierzenie powtarza wspaniałą scenę z Portretu kobiety w ogniu, gdy główna bohaterka zalewa się łzami, a towarzyszy temu pierwsza część Czterech pór roku Vivaldiego, nasza reakcja zamiast  szlochu wzruszenia to głośne westchnienie i niemalże słyszalny odgłos wywracania oczami.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Aurora Films

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?