To: Rozdział 2 – recenzja powrotu demonicznego Klauna Stephena Kinga!

Trzeba szczerze powiedzieć, że rzadko która z kingowskich ekranizacji w kinie robiła tak dobrą robotę, jeśli chodzi o przełożenie tematyki i problemów podjętych przez pisarza, jak pierwsze To dwa lata temu. Podczas gdy można było usłyszeć opinie, że film był średnio straszny, to jednak oddać trzeba było mu to, że strach, szczególnie ten dziecięcy poddawał głębokiej analizie. A że z Klubu frajerów, o którym przecież opowiadał, wyciągnięte zostało mnóstwo ciekawie zaprojektowanych osobistości, to dało to nam jeden z najciekawszych horrorów ostatnich lat. Do tego doszedł ogromny sukces finansowy, dlatego bach, dwa lata, duże nazwiska i mamy sequel. Została druga część literackiego oryginału, ta osadzona za 27 lat. Teraz tylko trzeba było dopisać drugie pół scenariusza utrzymać poziom. Czy tak się jednak stało?

To: Rozdział 2 to mocarny film. Trwa prawie 170 minut i jest to 170 minut intensywnego przeżycia. Nie wiem jednak, czy taka akurat intensywność jest tym, czego oczekiwałem, biorąc pod uwagę wspomniane pozytywne wrażenia z części pierwszej. Dwójka to inny film, jednakże inny nie w dobrym tego słowa znaczeniu. To film półkę lub nawet dwie gorszy.

Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest zaniechanie i wyrzucenie ze scenariusza większości atutów części pierwszej. W tym długim metrażu film bowiem jest tu prawie cały czas lekko bezmyślną naparzanką z przyjmującym kolejne coraz to straszniejsze formy. Reszta odchodzi na drugi bądź nawet, co gorsza, trzeci plan. Dysonans poznawczy czuć od pierwszych minut, gdy pokazuje nam się pierwszą scenę. Pamiętacie tę słynną już z papierową łódką i kanałem? To już klasyk, a twórcy chcieli, aby Pennywise tutaj wszedł z podobnym impetem. Tutaj więc mamy podobnie, krótką i niezbyt korzystną charakterystykę Derry, po czym przejście do akcji. Nie jest jednak ani tak napięte, ani równie mroczne, ani nie ma równie dużego wpływu na resztę fabuły (właściwie to nie ma praktycznie żadnego) jak debiut naszego klauna. A dalej jest podobnie.

Wszystko, co dobre w tym filmie leży więc na rękach aktorów. W naszych zgadywankach typowałem, jak i chciałem, zobaczyć nieco inny skład grupy, jednak ten Klub frajerów, który podpisał kontrakty na drugą część, również świetnie spełnia zadanie pokazania ekipy wykluczeńców i indywidualistów. Ich interakcje są najlepsze w całym filmie, a gdyby to były skoki narciarskie to rozstrzygnięcia, kto wypada najlepiej, ważyłyby się o części dziesiąte punktów. Problemem jest jednak fakt, że charakterystyki bohaterów dwójka spisuje jak licealistę pracę domową z matmy, od części pierwszej, nie dodając nic od siebie. To, co wiedzieliśmy o Billu i spółce dwa lata temu, nie zostanie tu poddane w wątpliwość czy choćby pogłębione ani razu.

Na szczęście złego słowa nie można powiedzieć o obsadzie. Tak jak wspomniałem wcześniej, ich interakcje to najlepsze co ten film ma do zaoferowania. Bill Hader znakomicie uzupełnia się z Jessiką Chastain, reszta też dokłada od siebie do gromadki. Dorosłość przyniosła im nowe problemy, które aktorzy umieją ograć zdecydowanie lepiej od samego scenariusza.

U podstaw leży jednak pustostan. Pennywise pojawia się częściej niż poprzednio, stara się wyjść na pierwszy plan, przez co mnóstwo czasu ekranowego zapełnia pod nowymi coraz to bardziej obrzydliwymi postaciami. Straszy jednak zdecydowanie mniej subtelnie a bardziej natrętnie. Jeśli ktoś chcę przyjść na seans się bać, może być zadowolony na początku, ale pod koniec od wszystkich scen zaszumi mu już nieco w głowie. Ten film, w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie sili się na subtelność. Chyba że kwestii humoru, który znów jest w punkt i ze swojej funkcji rozładowania napięcia wywiązuje się w sposób wzorowy.

zwiastun

Fot.: Warner Bros.

Gorzej jest jednak gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że wspomnianego napięcia do rozładowania jest tu dużo mniej. Derry opustoszało, bo gdy w pierwszej części zagrożenie, jakie niesie tytułowy klaun dla społeczności miasteczka, było namacalne, tu jest tylko mówione, a nieodczuwalne. Mało jest drugiego planu, a i nasza drużyna chyba na tyle wydoroślała z dziecięcego strachu, że teraz w kluczowym momentach straszność przerywa stwierdzenie, że przecież o wszystko nie jest prawdą. Można się kłócić czy to dobrze.

Klub frajerów miał 27 lat, aby przemyśleć swoje życie i powrócić w momencie dokonania się powrotu gwiazdy. Andy Muschietti dla odmiany miał raptem dwa i w moim mniemaniu popełnił sporo błędów, które sprawiły, że nie sprostał w dorównywaniu pierwszej części. Sam Stephen King jednak określił, czym jest talent pisarski słowami Jeśli piszesz coś, za co ktoś daje ci czek, jeśli pomyślnie spieniężysz czek i płacisz tymi pieniędzmi rachunek za prąd, to można powiedzieć, że jesteś utalentowany. Pierwsze It opłaciło prąd w całym Warner bros. na ładnych parę lat. Drugie prawdopodobnie też to zrobi. Jeśli więc pisarz przełożyłby swoją definicję na przemysł filmowy, talentu reżyserowi swojej adaptacji nie mógłby odmówić. Pytanie tylko, czy tak samo pomyślą wszyscy widzowie.

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?