Wieś pływających krów – recenzja dokumentu o platonicznej miłości do natury

Katarzyna Trzaska (Maksimum przyjemności, 10 lat do Nashville) prezentuje w swoim najnowszym dokumencie dwa odmienne światy, oddalone od siebie jak dwie strony rzeki. Na jednym z brzegów berlińska, świadoma ekologicznie i żyjąca alternatywnie młodzież. Na drugim, polska, hodująca i pracowita, prosta, ale szczęśliwa wieś. Łączy ich bliskość z naturą. Jej odbiór i adoracja są już jednak zupełnie inne. Czy zderzenie tych rzeczywistości może skutkować obopólnym zrozumieniem? Czy pomimo problemów z komunikacją i różnic kulturowych te dwie grupy społeczne będą w stanie znaleźć wspólny język? Czy połączy je miłość do ziemi i jej plonów? Być może spajającym je ogniwem będzie przeprawiające się przez rzekę stado hodowlanych krów.

Dokument Trzaski to opowieść o trójce berlińczyków, którzy postanowili obcować z naturą na podlaskiej wsi. Ku temu, wynajmują u lokalnego rolnika, Pana Stanisława, skromną izbę i starają zawierzyć swoje życie Matce Ziemi. Nieomal pewni, że odnaleźli raj szybko orientują się, że otaczająca ich wiejska rzeczywistość różni się od ich wyobrażeń. Żona Pana Stanisława z wielką zapalczywością stara się ich bowiem przekonać, że kiedy krowa przestaje dawać mleko to nadaje się już tylko do zjedzenia. Gospodarz z kolei uczy ich jak wypasać krowy, ale za pomocą poganiacza, który sprawia im ból. Ta komiczna konfrontacja zupełnie nieświadomych siebie nawzajem i nierozumiejących się ludzi prowadzi do zaskakujących wniosków. Zderzają się ze sobą bowiem środowiska postulujące całkiem podobnie, a jednak zupełnie inaczej.

Bohaterowie filmu Wieś pływających krów

fot. kadr z filmu Wieś pływających krów

Wieś pływających krów polemizuje, który z tych światopoglądów jest trafniejszy, który lepiej spełnia ideę ekologii i życia w zgodzie z naturą. Można odnieść wrażenie, że mimo drobnych uszczypliwości reżyserka sympatyzuje jednak z podlaską wsią. Młodzi niemieccy aktywiści mogą być momentami odebrani jako niezrównoważeni psychicznie. Niegroźni, zabawni, mili, ale jednak niezrównoważeni. Natomiast polska wieś to prostota, ale przede wszystkim pracowitość i duma, może to odrobinę zaburzać równowagę, której mimo wszystko autorzy poszukują.

Silnym elementem całego filmu, który dominuje na pierwszy planie i pozostawia rozważania ideologiczne gdzieś w tle jest warstwa komediowa. Starcie zaskakująco podobnych skrajności w wielu abstrakcyjnych i absurdalnych sytuacjach wzbudza niekontrolowane salwy śmiechu. I jest to właściwie zabieg, który jest wyjątkowo korzystny. Dokument ogląda się płynnie, z przyjemnością i uśmiechem na ustach. Tak jak rześkie, nagie, poranne prysznice młodych berlińczyków podglądane przez mieszkańców wsi z niedowierzaniem.  Całości obrazu dopełniają spokojne, stonowane zdjęcia. Kadry natury, wschodzącego i zachodzącego słońca, rzeki i podlaskiej wsi wspaniale komponują się z tematyką dokumentu.

Katarzyna Trzaska uzyskuje w swoim filmie efekt prawie całkowitej równowagi. Szala przechyla się nieco na polską stronę, ale chyba przez wzgląd na narodowościową sympatię i sentyment można przymknąć na to oko. Drobne niedociągnięcia ukrywają się pod warstwą świetnego sytuacyjnego humoru. Dynamiczny nurt filmu przecinają od czasu do czasu stada rozleniwionych krów, które spajają nie tylko dokument jako całość, ale i przedstawionych w nim bohaterów. Przeprawiają się one przez wartką rzekę płynącą nieopodal, symbolicznie jednocząc jej brzegi.

Fan wszystkich ruchomych obrazków, miłośnik kina artystycznego i blockbusterowych hitów, gdyby mógł być filmem to byłby The Royal Tenenbaums, panicznie boi się parasoli i nowych pomysłów Larsa von Triera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?