Advertisement

Zagraj to kiedyś jeszcze raz, Sam! – recenzja filmu 1917!

W ostatnich latach mieliśmy właściwie tylko dwa głośnie filmy wojenne. Mowa oczywiście o Dunkierce Nolana i Przełęczy ocalonych Gibsona. Obydwa spotykały się z pozytywnym odbiorem i choć były to produkcje zgoła od siebie różne i można do nich różnie podchodzić z perspektywy czasu, to jednak zdołały one przykryć nieco fakt, że dobrego kina wojennego z motywami batalistycznymi ostatnio po prostu brakowało. Ktoś zaraz przywoła tu Furię Ayera (hej, starzy jesteśmy, w tym roku stuknie jej 6 lat), ale myślę, że postawienie tezy o niedoborach w kinie wojennym ostatnich lat się obroni. Dlatego też temu gatunkowi potrzeba nieco odświeżenia, czegoś, co na nowo pokazałoby, że pomysł na film i realizacja takowego są w stanie popchnąć do nagród i rzeczy wielkich. No i oto mamy, całego na biało Sama Mendesa. Nawet mimo faktu, że w 1917 brud jego bohaterów nie omija.

Ostatnim tego typu filmem, który wygrał Oscara, był siłujący się z Avatarem Hurt Locker Kathryn Bigelow. W przypadku Złotego Globa musimy cofnąć się aż do Szeregowca Ryana, dlatego też skala decyzji z ubiegłej soboty jest naprawdę wyjątkowa. Miejmy nadzieje, że kinowe batalie na różnych frontach wrócą na salony, a wtedy sukces filmu twórcy American Beauty będzie pełny. Jaki jest natomiast do tej pory?

fot. materiały prasowe

Jesczcze rzadziej od dobrego filmu wojennego zdarza się dobry film wojenny ukazujący I wojnę światową. W poprzednim roku świetnie zrobił to Peter Jackson w formie dokumentalnej, jednak w kinie aktorskim nie mam zamiaru nawet wracać pamięcią, bo potrzeba byłoby szerszego zagłębienia. A jednak to na ten okres postawił Mendes. Kontekst historyczny pełni jednak u niego rolę marginalną. Choć cały brud, żołnierskie mundury i realia są oddane niesamowicie pieczołowicie, to samej prawdy historycznej jako takiej nie ma wiele. Wiemy, że historia opowiedziana jest na podstawie prawdziwych wydarzeń, wiemy, że mają jakiś tam związek z opowiadaniami dziadka reżysera, ale to tyle. Tutaj najważniejszy jest człowiek i jego misja.

Gdy już w zwiastunie grany przez Colina Firtha generał Erinmore mówi dwóm chłopakom, że będzie masakra, jeśli nie dadzą rady, wiemy, że stawka jest wysoka. Mendes potrafi ubrać ją w dodatku w stylistykę, która sprawia, że na Sali kinowej osiągniemy stan podobny do naszej dwójki młodych bohaterów. To za nimi będziemy zmierzać i to ich misję weźmiemy za centrum wszechświata. Będzie tak z kilku, zarówno narracyjnych, jak i technicznych przyczyn.

fot. materiały prasowe

Wojna to dramat, ale także bardzo przyspieszona szkoła życia. Młodzi szybciej zaczynają pojmować świat i odpowiedzialność, ale także błyskawicznie budują relacje międzyludzkie. W 1917  jest to najlepiej wygranym na głównych postaciach motywem. Mendes zestawia dwójkę młodych ludzi, jednemu w misji nadając cel osobisty, a drugiego błyskawicznie dostowując do nowych realiów. Naprawdę dawno w kinie nie miałem bohatera, któremu powodzenia życzyłbym tak mocno, jak temu młodemu, granemu przez George’a MacKaya bohaterowi. Im bardziej jego puls przyspiesza, im bardziej on rozumie potrzebę i ważność swojej misji, tym bardziej udziela się to widzowi. A towarzyszący mu kolega pięknie uczy go zarówno pokory wobec życia, jak i szacunku. Nawet mimo że sam doświadczenie ma bardzo podobne.

Czas na kawałek akapitów pochwalnych, mówiących o tym, jak piękny i sugestywny to film. Parę lat temu mieliśmy Zjawę, która była tak pokazem tak niesamowitego kunsztu operatorskiego, że obok Oscara dla czekającego ze sto lat Leonardo DiCaprio, najwięcej dyskutowało się o tym filmie pod kątem zdjęć. Kunszt Emanuela Lubezkiego przyćmił każdy inny element tego filmu. Wspominam o nim jednak, bo 1917 Sama Mendesa to operatorsko ta sama półka. Nie jest to ta forma zdjęć, które świetnie będą się nadawać w ramkę do powieszenia nad łóżkiem, tylko taka, która naturalnie rezonuje z językiem tego filmu, nie raz i nie dwa nadając mu tempo i podkręcając emocję. Cały wielki konflikt Mendes mieści tu w kadrze i wędrówce dwóch chłopaków, a Roger Deakins wydatnie mu w tym pomaga.

fot. materiały prasowe

Widać, że był to dla reżysera Skyfall bardzo osobisty film. Plansze pojawiające się na koniec seansu nie dają nam co do tego złudzeń. W trakcie też idzie zobaczyć kilka scen z zawyżonym wskaźnikiem patosu. Choć znam mnóstwo filmów, w których ukułoby to w oczy, Brytyjczykowi działa. Pokazuje on bowiem konflikt w materii na tyle ludzkiej, że nie możemy nie dać jego bohaterom chwili, na sławetne wyciągnięcie zdjęcia osoby bliskiej i wygłoszenie ostatniej przemowy, ostatniego akcentu. Mam nadzieję, że ten film będzie pierwszym akcentem, który sprawi, że kino wojenne wróci na salony za sprawą innych uznanych twórców. A jeśli nie, to że kiedyś zagrasz to jeszcze raz, Sam.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?