Zama – recenzja najwolniejszej eksploracji w historii

To niezwykłe, jak z pogubionych, kompletnie ignorowanych wątków drugoplanowych i widzowskiego znudzenia powtarzalnością Lucrecia Martel tworzy właściwie swoją największą wartość. Jej rozsmakowanie w chwili zamienia Zamę w iście hipnotyczną tułaczkę, która staje się za ciężka nawet przed właściwym wyruszeniem w drogę.

W swoim najnowszym filmie Lucrecia Martel, rarytawywna słodycz argentyńskiej panoramy filmowej, portretuje kolonizację z pełnym kolorytem upadających złudzeń, mieszając ich wycioraną szarzyznę z natłokiem broszurowych obrazków i sielankowego ukulele. Na tym kontraście zasadza całą psychoemocjonalną wagę Zamy – na cienkiej granicy pomiędzy rajskim wygodnictwem a przytłaczającą pustką, dziewiczej separacji i stającej w gardle tęsknocie za cywilizacyjnym społecznym komfortem. Za filmowego protagonistę reżyserka obiera w końcu sobie Diego de Zamę; zamorskiego urzędnika, którego dnie płyną na plażowej kontemplacji w pozie Captaina Morgana w oczekiwaniu na zbawienny od dalszej służby królewski list. 

Zama

Fot. materiały prasowe

Martel z fetyszystycznym przywiązaniem śledzi zmęczone brakiem wyrazu ludzkie wnętrza kolejnych karczm, salonów i kwater, odnajdując od czasu do czasu mrugnięcia obumierającego człowieczeństwa, którymi następnie cieszy się w wyuczonych, automatycznie prowadzonych dysputach. Rozgrywane przez cienie dawnych prawdziwie barwnych osobowości, teraz kojarzą się prędzej z powtarzanymi w różnych konfiguracjach scenami dialogowymi kiepskiego RPG, stanowiącymi dla bohaterów jedyną codzienną motywację do wstania z łóżka pełnego komarów. Pod tym względem Zamę ogląda się jak spowolnioną wariację na temat Spielbergowskiego Marsjanina; eksploratywna frajda zostaje jednak szybko zastąpiona spacerową kontemplacją kolejnych stadiów niemego wyniszczenia, a walka o przetrwanie rozgrywa się już jedynie we własnych myślach, które w rytm przesterowanej elektroniki wyrządzają jedynie coraz większą mózgową dewastację. 

Zama

Fot. materiały prasowe

W tak bezokresowej separacji najbardziej niezwykłe wypadki stają się rutyną Zamy, a najpiękniejsze oazy pozostają bez słowa pochwalnego komentarza. Urzędowa przeprawa Martel przybiera zmiksowaną formę homeryckiej „Odysei” z esencjonalnie kafkowskimi elementami, ale wzbogacona zostaje przede wszystkim o hiperrealistyczne złamane dusze i regularne kłamstwa niezbędne do wydłużenia niekończącej się wegetacji. Mimo to Zama nigdy nie staje się dla widza przytłaczająca; a to dzięki subtelnemu humorowi wplatanemu w obrazy wycieńczenia, a to dzięki lawinie kolejnych postaci i porozpoczynanych, ignorowanych w połowie wątków. W ich obliczu reżyserka precyzyjnie wykrawa z filmu jakikolwiek emocjonalny potencjał, prowokacyjnie zmniejszając do zera realną wartością ludzkiego losu. A może wręcz przeciwnie, idąc za śladem filmowego protagonisty, odnajduje ją właśnie dopiero w rychłej perspektywie ostatecznego końca, pod postacią tak słodko przecenianej, niemogącej się dogasić nadziei.

Film widziany dzięki uprzejmości Kina Pod Baranami

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?