Advertisement

Na pierwszy rzut oka: 5. sezon serialu „Dziewczyny”

Gdy na ekranach telewizorów po raz pierwszy zagościła produkcja Leny Dunham, można było poczuć prawdziwy powiew świeżości. Wreszcie pojawił się serial idealny dla dwudziestoparolatek zaliczających się do pokolenia millenialsów – szczery, bezkompromisowy, realistyczny. Bohaterki zmagały się z problemami, z którymi utożsamiać się mogły dziewczyny, niezależnie od miejsca zamieszkania. Serial poruszał tematy tabu, łamał zasady, którymi od lat rządził się i duży, i mały ekran – i właśnie za to widzowie pokochali „Dziewczyny”. Niestety, tak jak jeszcze do trzeciego sezonu można powiedzieć, że poziom serialu w miarę się utrzymywał, tak już w czwartym odczuwalny był spory spadek. Losy bohaterów mocno się zagmatwały i zaczęły przypominać (stereo)typowy amerykański serial dla nastolatków. Obawiam się, że w piątym sezonie będzie już tylko gorzej.

Co stało się z paczką przyjaciółek po pięciu sezonach serialu „Dziewczyny”? Z pierwszego odcinka nowej serii pt. „Wedding day” wynika, że nic dobrego. Więzi łączące bohaterki zawsze budziły wątpliwość. Hanna, Marnie, Jessa i Shoshanna tworzą dosyć nietypową grupkę przyjaciółek. Niby się wspierają i kochają, ale kłótnie i wzajemne pretensje są u nich na porządku dziennym. Pierwszy odcinek piątej serii świetnie to potwierdza. Dziewczyny spotykają się w domku pod miastem, w dniu ślubu Marnie. Przyjaciółki niby są razem, ale każda zdaje się być zajęta tylko sobą. Żadna z nich nie sprawia wrażenia, jakby naprawdę chciała tam być, jakby naprawdę chciała wesprzeć swoją przyjaciółkę w jednym z ważniejszych momentów w jej życiu. No tak, czasem drogi się rozchodzą i ludzie oddalają się od siebie, ale ze względu na długą i swego czasu zażyłą znajomość wciąż ją kontynuują. Czy to chcieli nam przekazać twórcy? Nie jestem przekonana, czy taki mieli plan, ale być może w kolejnych odcinkach się to wyklaruje.

 

W najnowszym odcinku zabrakło też innego czynnika, który był do tej pory najmocniejszą stroną serialu. Widzowie i krytycy doceniali „Dziewczyny” w dużej mierze za dosadny, ale bardzo trafny humor. Dowcip, który na początku wywoływał konsternację, a dopiero po chwili śmiech. Żarty, które były zaskakująco prawdziwe i nawiązywały do sytuacji, z którymi mogliśmy się utożsamiać. W „Wedding day” tego humoru jest jak na lekarstwo. Żarty są zdecydowanie bardziej toporne i wymuszone. Zabrakło tu błyskotliwości, za którą swego czasu doceniliśmy Lenę Dunham.  

Trudno powiedzieć, co sprawiło, że oglądanie „Dziewczyn” nie jest już taką przyjemnością. Nie da się ukryć, że scenarzyści dali się ponieść i nieco odpłynęli. Wykreowane przez nich postacie zrobiły się po prostu karykaturalne i zaczęły mocno irytować. Na pewno nie są to postacie, z którymi można się utożsamiać. Bohaterki nie wydają się ani trochę bardziej dojrzałe, pomimo że sporo czasu upłynęło, odkąd poznaliśmy je po raz pierwszy. Nieszablonowy, odważny, ale i przenikliwy serial stał się najzwyczajniej w świecie gorszą wersją siebie.

https://www.youtube.com/watch?v=tSEL7BkZVek

Fot. materiały prasowe

 

Dziennikarz

Absolwentka Iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo związana z branżą reklamową. Fanka filmów klasy A i Z.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?