Arrow – recenzja 5. sezonu! Powolna rehabilitacja

Arrow to serial, który ma za sobą dwa kataklizmy: kolejno 3. i 4. sezon. Czekając na „piątkę”, przede wszystkim zachodziłem w głowę, jak jeszcze Guggenheim i spółka się ośmieszą, nim zakończą serię i zwiną interes. W końcu jednak, jak się okazało, ktoś życzliwy ekipie doradził im, że idą niezbyt fortunną ścieżką (a może po prostu twórcy zaczęli czytać krytyczne komentarze pod adresem swoich potworków?). I tak oto można mówić o swojego rodzaju powstaniu z kolan. Co prawda nie jest to jeszcze pewne stąpanie po ziemi – prędzej już chwiejne balansowanie na granicy ponownego upadku – ale z całą pewnością nareszcie sięgnięto po odpowiednie środki, by przełamać fatalną passę. Rozłóżmy na czynniki pierwsze wszelkie „za” i „przeciw” sezonu.

Zobacz również: Na pierwszy rzut oka: 5. sezon Arrow! Serial znów jest dobry?!

Po triumfie nad swoim kolejnym wrogiem, Oliver Queen staje przed kolejnymi wyzwaniami. Przede wszystkim musi pogodzić rolę burmistrza ze swoim superbohaterskim alter ego, mając w drużynie już zaledwie Felicity i Diggle’a. Uszczuplona drużyna musi szukać nowych sprzymierzeńców – zwłaszcza w świetle nowego, niepoznanego jeszcze do końca zagrożenia.

Spośród produkcji CW piąty Arrow znajduje się jakoś tak w średniej klasie – bo daleko mu do najmocniejszych sezonów stacji, ale i ciężko byłoby go nazwać najlepszym. Jeżeli jednak rozpatrywać będziemy tę kwestię pod względem trudności w ocenie, to bezapelacyjny numer jeden. W skrócie można powiedzieć, że to istny szwedzki stół wszelkich najważniejszych zalet i przywar całej serii. Wielokrotnie zatem powracamy razem z twórcami do, zdawałoby się, strasznie odległej przeszłości z czasów dwóch pierwszych sezonów, gdy klimat gęstnieje, a sceny walki powracają do naprawdę całkiem wysokiego poziomu. O głównych wątkach fabularnych zazwyczaj nie możemy tego samego powiedzieć, bo choć są lepsze od katastrofalnych wypocin z poprzednich odsłon, daleko im do dawnych intryg Malcolma Merlyna czy Slade’a Deathstroke’a Wilsona. No i wciąż natykamy się co pewien czas na durne, męczące dialogi i wątki rodem z telenowel.

Zobacz również: The Flash – recenzja 3. sezonu, czyli bezdech speedstera

Na pewno nie można odmówić twórcom chęci zrehabilitowania się. W pierwszych epizodach tak bardzo chcą się odciąć od tego, co było, że aż co niektóre sceny są wręcz zerżnięte z pierwszego i drugiego sezonu. Później scenarzystom już trochę przechodzi, co do czego mam dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony dostajemy kilka ciekawych koncepcji i zwrotów akcji, z drugiej zaś – najgorsze schematy serii, na czele z wzajemnym prawieniem sobie morałów, jedną zresztą z wizytówek każdego widowiska CW. Na pewno poprawie uległy retrospekcje. Rosyjski epizod Olivera na pewno jest bardziej wciągający od tego, co było ostatnimi czasy, choć i tam wkrada się sporo nudy. Ostatecznie ani na plus, ani na minus. Elementem, który w bardzo dużym stopniu naprawia to, co się wcześniej sknociło, jest finał sezonu. W przeciwieństwie do emitowanego równolegle 3. sezonu The Flash, tutaj naprawdę jest suspens i poczucie, że to ostateczna rozgrywka – tak bardzo potrzebne składniki, gdy idzie o tego rodzaju etap każdego sezonu. Nie przypominam sobie lepszego finału w jakimkolwiek serialu superhero od stacji CW.

Podobnego tygla skrajności doświadczymy w kwestii samych postaci. Oliver Queen to oczywiście nic nowego – osobnik z kompleksem Batmana, który tak naprawdę od premierowego sezonu nie poczynił żadnego znaczącego kroku naprzód w kwestii rozwoju charakteru. Stephen Amell ma więc najprostszą możliwą główną postać do poprowadzenia. Jedyną nowością jest otrzymana pod koniec 4. sezonu posadka burmistrza – co zresztą wyszło fatalnie, bo twórcy nijak nie potrafili w miarę realistycznie ukazać jego rządów (chyba że nieudolnymi występami na konferencjach prasowych). Ale cała reszta to już prawdziwe szaleństwo. Przykładowo, na mocny plus zaliczyć możemy następczynię Laurel w roli Black Canary (przez wzgląd na to, że pojawia się dopiero na pewnym etapie sezonu, nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale jest ciekawie) i Rene Ramireza a.k.a. Mad Doga, czyli barwnego, najbardziej niepokornego członka Team Arrow. Ciekawy był także Ragman, choć niestety twórcy przeliczyli się, dając mu zbyt dużo siły, wskutek czego najpierw wchodził tylko na końcówki walk – ażeby starcia nie były zbyt krótkie – a potem w ogóle zaczęto usuwać go w cień. Wrażenie zaś psuje niezmiennie już trzeci sezon pod rząd Felicity Smoak, której irytujące wstawki i hipokryzja są już chyba legendarne wśród fanów. Jest także oczywiście Curtis – jeżeli ktokolwiek liczył, że jego pseudonerdowskie żarty z czwartej serii ulegną poprawie, z pewnością niezbyt dobrze się poczuł, oglądając błazenadę w jego wykonaniu. O pewnej młodej łuczniczce, należącej do nowego narybku superherosów Queena, lepiej nawet nie mówić. Starczy powiedzieć, że niewielu chyba jest widzów, którzy nie życzyliby sobie jej rychłego zgonu. Można także odnieść wrażenie, że całe to powiększone Team Arrow jest troszeczkę na siłę. I tak zresztą dość szybko część rozchodzi się na różne strony. Ale na końcu dobre wieści: nareszcie główny złoczyńca nie tylko nie jest bez sensu, ale to jeden z najjaśniejszych punktów serialu! Zanim jego tożsamość zostanie ujawniona, nie widać tego aż tak, ale gdy sprawy zaczną się wyjaśniać, będzie coraz lepiej. Bez spoilerów mogę tylko zapewnić, że od czasu Slade’a nie mieliśmy takiego asa w tej serii. O nieudanym liderze Ligi Cieni i przeszarżowanym Darhku można z ulgą zapomnieć.

Zobacz również: Legends of Tomorrow – recenzja 2. sezonu

Na pewno trzeba powiedzieć, że to najlepszy sezon Arrow od lat. Czy to powrót do formy dwóch pierwszych odsłon? Niestety nie, na dobre strony przypada zbyt dużo potknięć i chimerycznej formy. Ale to doprawdy istotny krok naprzód. Czy pozwoli on serii ostatecznie się podnieść – zależy od tego, czy twórcy z CW czegoś się nauczyli. Póki co przygody czołowego łucznika DC Universe w tym sezonie biją na głowę bez większego problemu znajdujący się na dnie The Flash oraz – dzięki prawdopodobnie najlepszemu finałowi w historii serialu – rzutem na taśmę dorównuje zaskakująco nie takiemu złemu Legends of Tomorrow. A ciekawy cliffhanger z samej końcówki ostatniego epizodu pozwala wierzyć w kolejne iskry kreatywności.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

darden pisze:

przeciez 5 sezon jest najnudniejszym sezonem jaki w życiu wyszedł i te daremne postacie :/ motyw rosyjski też do mnie nie przemawia serial jużjest tak mocno naciągany że powinni go po 4 sezonie (ostatnim dobrym) zakończyć

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?