Grace i Grace – recenzja miniserii Netflixa

Niektóre opowieści snuje się dla własnej przyjemności i satysfakcji słuchających. Taką historię ma dla nas przygotowaną Grace Marks. Dziewczyna ma wiele twarzy, a pod płaszczem niewinności skrywa mnóstwo tajemnic, których czasem nawet ona sama nie jest świadoma. Powinniśmy się więc czuć zachwyceni, że odkrywa przed nami rąbek swej duszy. Jednak czy aby na pewno mówi prawdę?

Jeśli chcecie odpowiedzi na to pytanie, będziecie zawiedzeni. Nowy serial Netflixa nie prezentuje nam prostych rozwiązań. Może właśnie dlatego jest taki intrygujący. Grace i Grace stanowi doskonałe studium psychologiczne młodej kobiety żyjącej w kajdanach obyczajów, norm oraz religii. Grace (Sarah Gadon) to młoda kobieta doświadczona przez los. Poznajemy ją w najgorszym momencie jej życia, kiedy znajduje się w więzieniu za udział w zabójstwie dwójki ludzi. W jej monotonne życie wkrada się ułuda nadziei, kiedy pojawia się możliwość wyjścia na wolność. Wszystko to za sprawą psychologa dr. Simona Jordana (Edward Holcroft), który ma pomóc oczyścić ją z zarzutów. Aby jednak to się udało, musi wpierw usłyszeć jej historię.

A trzeba przyznać, że nie jest ona prosta. W miarę jak się w nią zagłębiamy, dostrzegamy coraz więcej rys, niedopowiedzeń. Twórcom udało się zaintrygować widza i tę ciekawość utrzymać do samego końca. Wiele osób porównuje serial do Opowieści podręcznej. Trudno się im z resztą dziwić, skoro obie produkcje opierają się na dziełach tej samej autorki: Margaret Atwood. Pikanterii dodaje jeszcze fakt, że sama książka oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. Możemy więc w pełni zrozumieć producentów, którzy zdecydowali się na jej ekranizację. Na nic jednak zdają się w tym przypadku porównania, czy do Opowieści podręcznej, czy do samego książkowego pierwowzoru. Chociaż twórcy czerpią z nich wiele, to film należy traktować jako osobny twór.

Zobacz również: Punisher – recenzja 1. sezonu hitu Netflixa!

https://www.youtube.com/watch?v=A-fofQ9VpPQ

Nowy serial Netflixa kusi nas, jednocześnie odkrywając przed nami ludzkie pragnienia, o których wolelibyśmy czasem nie wiedzieć. Pomimo że prezentuje nam historie, które już kiedyś słyszeliśmy, robi to w zupełnie nowy sposób. Tutaj od samej historii, bardziej liczy się sposób opowiadania i opowiadająca. Jej historia jest odbiciem jej natury. Każdy z pozoru niepozorny szczegół ma znaczenie, każde zbliżenie coś oznacza, a przy okazji buduje napięcie. Reżyser umiejętnie wykorzystuje każdą składową filmu. A już szczególnie upodobał sobie zbliżenia, które budują każdą scenę, w której doktor i Grace znajdują się w jednym pomieszczeniu. Idealnie oddaje to charakter ich stopniowo zacieśniającej się więzi. Podobne znaczenie mają marzenia senne bohaterów, które mają wskazywać na intymność ich relacji.

Jak widać, nic nie jest tutaj przypadkowe. Montaż, muzyka, scenografia, charakteryzacja – wszystko jest tutaj dopieszczone i dopięte na ostatni guzik. Jednak serial nie byłby tym, czym jest bez dobrego aktorstwa. Gdyby nie plejada doborowych aktorów, fabuła nie byłaby już tak barwna. Pierwsze skrzypce grają tu ludzkie emocje i to widać. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście odtwórczyni Grace Marks, która na te 8 odcinków wręcz stała się swoją postacią. Zadanie miała niezwykle trudne, gdyż to ona jest narratorem tej opowieści. To jej głosu słuchamy, jej twarz widzimy, jej gesty obserwujemy. Można powiedzieć, że to teatr jednej aktorki, nawet jeśli obok widzimy innych bohaterów. Każdy z nich jest lustrem uczuć Grace… a może wręcz przeciwnie – to ona jest ich odbiciem? Z przyjemnością możemy oglądać jej przemiany w zależności, z jaką postacią znajduje się akurat w pokoju. Zachwytów dla Sarah Gadon portretującej Grace nie może zabraknąć, choć i innym należy się uznanie. Wszystkim bohaterom jednocześnie się kibicuje, jak i nienawidzi się ich. Tak, jak i w życiu nie ma tu postaci jednobarwnych. Każdy z bohaterów prezentuje szeroką paletę różnych, czasem skrajnych emocji. Mary Harron zdaje się świetnie rozumieć swoich aktorów i genialnie wykorzystuje ich talent.

Zobacz również: Stranger Things – recenzja 2. sezonu

AG EP03 DAY56 00063 2

Grace i Grace  można by długo wychwalać. Za świetny scenariusz, sprawną reżyserię, i genialne aktorstwo. Jednak to, co mnie najbardziej ujęło w tym serialu, to prawdziwość historii i drobiazgowość realizacji. Widać to w każdej scenie. Nie tylko realia tamtej epoki zostały odtworzone dosyć szczegółowo, ale również kobieca psychika. Zasługi można by przypisywać kobiecemu gronu twórców: reżyserce Mary Harron oraz scenarzystce Sarah Polley, a także autorce książki. W końcu kto zrozumie kobietę lepiej niż ona sama. Jednak myślę, że prawda jest bardziej skomplikowana. Swoją cegiełkę do tego majstersztyku z pewnością dorzuciła Sarah Gordon. Po obejrzeniu tej miniserii człowiek czuje niedosyt i chciałby jeszcze więcej. Choć historia stanowi pełną całość, mamy nadzieję na jej kontynuację. Co tu dużo pisać, po raz kolejny Netflix udowodnił, że potrafi tworzyć świetne seriale. Byle tak dalej.

Stały współpracownik

Studentka dziennikarstwa. Miłośniczka kina. Zafascynowana Azją, a w szczególności koreańską kinematografią. Fanka Sherlocka. W wolnych chwilach ogląda seriale, podróżuje lub rozczytuje się w romansidłach.

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?