Castlevania – recenzja 2. sezonu!

Po udanym i dobrze przyjętym prologu – jak można nazwać zaledwie czteroodcinkowy pierwszy sezon – Netflix zdecydował się na kontynuowanie historii z Władem Drakulą i Trevorem Belmontem w rolach głównych. Czy dwukrotnie dłuższy sezon drugi daje nam to, na co czekaliśmy? Czy uczucie niedosyty odeszło w niepamięć? Zapraszam do recenzji.

Pierwszy sezon zauroczył widzów mrocznym klimatem i niczym nieskrępowaną brutalnością. Zadowoliło to zarówno osoby, które miały do czynienia z pierwowzorem serialu, czyli serią gier komputerowych Castlevania, jak również widzów pierwszy raz stykających się z tą historią. Niestety, chyba z niepewności przed odbiorem serialu, Netflix zdecydował, że pierwszy sezon Castlevanii będzie miał tylko cztery odcinki po 25 minut. Pozwoliło to na zaledwie wprowadzenie do historii rozłoszczonego wampira Włada Drakuli Tepesza oraz łowcy wampirów Trevora Belmonta. Fani, którzy po seansie wspomnianych czterech odcinków chcieli więcej, mogli jednak odetchnąć z ulgą, gdyż Netflix bardzo szybko zamówił kontynuację – niestety na efekt końcowy przyszło im czekać aż 16 miesięcy.

Zobacz również: Castlevania – recenzja 1. sezonu!

W pierwszym sezonie dowiedzieliśmy się, że żona Drakuli została zamordowana przez ludzi, którzy niesłusznie oskarżyli ją o praktykowanie magii. Skutkiem tego wydarzenia była wielka złość potężnego wampira. Postanowił on zemścić się na ludziach, zsyłając na nich armię piekielnych bestii. Walkę z nimi podjął łowca wampirów, Trevor Belmont, oraz jego nowa towarzyszka o magicznych mocach, mówczyni Sypha Belnades. Sezon pierwszy kończy się walką Trevora z synem Drakuli, Alucardem, który jest pół wampirem i pół człowiekiem. Ostatecznie dołącza on do ferajny w celu pokonania ojca i zapobieżenia planu całkowitej eksterminacji ludzkości.

Zobacz również: Chilling Adventures of Sabrina – recenzja pierwszego sezonu opowieści o czarownicach

W drugim sezonie historia jest bezpośrednio kontynuowana. Jednak w nowych odcinkach dostajemy znaczne poszerzenie perspektywy całej historii z Drakulą w roli głównej. Na początku mamy więc retrospekcję z żoną głównego antagonisty serii, gdzie widzimy moment jej pojmania przez kapłanów. Z współczesnych wydarzeń widzimy trójkę bohaterów – Trevora, Syphę oraz Alucarda, którzy docierają swoje relacje. Początki nie są łatwe, ale czego się spodziewać, gdy obok siebie przebywają wampir oraz łowca wampirów. Z drugiej zaś strony twórcy przedstawiają nam sytuację na zamku Drakuli. Jak przystało na potężnego władcę, nie jest on tam sam i otaczają go podwładni. Poznajemy więc generałów w armii Drakuli, którzy są naprawdę ciekawi i przejawiają skrajne charaktery.

Castlevania

Fot. Kadr z serialu Castlevania

W kolejny odcinkach poznajemy Godbranda – szalonego i żądnego krwi barbarzyńcę, który martwi się planem swojego pana tylko dlatego, że gdy zabraknie ludzi, nie będzie miał się czym żywić. Obok Drakuli kręci się również zdradziecka Carmilla, która za wszelką cenę chce przeciągnąć władcę na swoją stronę oraz przekonać go do realizacji jej planu. Najciekawiej prezentuje się jednak dwójka ludzkich generałów potężnego wampira. Pierwszy z nich to Hector, a drugi Isaac. Obaj zostali w przeszłości skrzywdzeni przez ludzi, więc z wielką chęcią dołączyli do armii Drakuli. Są oni cennym wzmocnieniem w armii, a to ze względu na ich moce, które umożliwiają przemianę umarłych w potwory. Ludzcy generałowie posiadają całkiem różne charaktery – Isaac jest fanatycznie oddany swemu panu, lecz Hector ma wątpliwości, co do planów zaślepionego złością Drakuli. To właśnie szalone plany wampira prowadzą w efekcie do rozłamu w armii na zamku.

Zobacz również: Hilda – recenzja 1. sezonu netflixowej animacji dla dzieci i nie tylko

Twórcy wprowadzając nowych antagonistów, nie zapomnieli jednak o głównym aktorze całej historii – Drakuli. To właśnie w relacjach z jego podwładnymi widać, jak pogrąża się on w smutku i szaleństwie. Z trudem przychodzi mu podejmowanie racjonalnych decyzji i samodzielnym planowaniem walki z ludźmi. Staje się więc coraz bardziej podatny na sugestie, co skrzętnie wykorzystuje Carmilla. Już w pierwszym sezonie był on bohaterem dramatycznym, a w kontynuacji zostało to jeszcze bardziej uwypuklone. Świetnie wykreowana postać, która straciła cel do życia, a teraz coraz bardziej się zatraca i zmierza jedynie ku samodestrukcji.

Castlevania

Fot. Kadr z serialu Castlevania

Po drugiej strony barykady trójka bohaterów postanawia udać się do domu rodzinnego Trevora, gdzie mają nadzieję znaleźć odpowiednie narzędzie do walki z Drakulą. Przy okazji tej podróży dostajemy małe rozszerzenie świata o historię rodu Belmontów. Twórcy wcisnęli również coś dla starych wyjadaczy gier Castlevanii, gdyż zdobyta tam nowa broń przez Trevora jest oczywistym nawiązanie do tych tytułów. Świetnie prezentują się tutaj również relacje między trójką bohaterów. Alucard z Trevorem ciągle sobie dogryzają, a Sypha z czasem coraz bardziej zbliża się do łowcy wampirów. Dzięki tej chemii nawet mało dynamiczne sceny, gdzie bohaterowie po prostu rozmawiają, nadal nas nie nużą.

Zobacz również: Daredevil – recenzja trzeciego, najlepszego sezonu o Diable z Hell’s Kitchen

Narracja w drugim sezonie Castlevanii jest budowana bardzo powoli, co jest tu zdecydowanym plusem, zwłaszcza w zestawieniu z pierwszymi czterema odcinkami. Mamy czas na poznanie obu stron konfliktu, a także głównych bohaterów wraz z kierującymi nimi pobudkami. Ostateczne starcie przychodzi dopiero w ostatnich trzech epizodach, jako naturalna kolej rzeczy. Tutaj ogromne wrażenie na mnie zrobił pojedynek Alucarda ze swoim ojcem. Walka ta przesiąknięta jest wieloma emocjami targającymi zarówno Drakulą, jak i jego synem. Starcie chwyta za serce i trudno pozostać tu obojętnym.

Castlevania

Fot. Kadr z serialu Castlevania

Warstwa audio-wizualna w Castlevanii to nadal ten sam wysoki poziom, co w poprzedni sezonie. Jest mrocznie, klimatycznie oraz krwiście. Twórcy nie oszczędzają widza – latają kończyny, a krew sika na prawo i lewą. Co chwile w tle przygrywają utwory, które wywołają łezkę u niejednego oldschoolowego gracza. Kreska jest inspirowana anime, więc nie każdy może być zadowolony, ja oczywiście jestem na tak. Efektownie wyglądają także sceny walk, choć czasami troszkę kuleje animacja, jednak nie jest to szczególnie uciążliwe. Dobrze prezentuję się także polski dubbing, z którym oglądało mi się bardzo przyjemnie.

Zobacz również: Relacja z Poznań Game Arena 2018!

Drugi sezon Castlevanii to bardzo udana kontynuacja. Dostaliśmy tutaj to, za co pokochaliśmy pierwszy sezon, lecz ze znacznie lepszymi fundamentami. Fabuła rozwija się powoli, a my w tym czasie poznajemy kolejnych bohaterów, a gdy przychodzi do ostatecznego starcia, jesteśmy jak najbardziej usatysfakcjonowani. Świetnie prezentują się relacje zarówno w obozie antagonistów, jak i protagonistów, a sama animacja wygląda nadal bardzo soczyście. Po seansie dwunastu odcinków netflixowej Castlevanii można chyba śmiało powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych adaptacji gier komputerowych, choć umówmy się – konkurencji to tu nie ma praktycznie żadnej.

Ilustracja wprowadzenia: Netflix

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ruchacz napisał(a):

Kurwa, trzymajcie mnie. To powolne budowanie to nie plus, tylko bieda oszczędność budżetu. Animacja jest fajna, ale przez pierwsze 5 odcinków występuje rzadko. Do tego tyle tych jebanych monologów wewnętrznych, normalnie każdy jest Paulo Coelho i musi pierdolić o swoich uczuciach aż do posrania.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?