Mroczne materie – recenzja 1. sezonu nowego serialu HBO

Znacie to uczucie, gdy serial wydaje się we wszelkiej mierze poprawny, ale mimo to nie potrafi przykuć do ekranu? Gdy wszystkie jego cechy są idealnie niezłe, ale żadna nie okazuje się nieprzeciętna? Takim właśnie serialem są Mroczne materie od HBO, przez co naprawdę trudno je właściwie ocenić. No bo jak tu wydać werdykt produkcji, której ciężko coś zarzucić, ale mimo to nie chce się jej polecić.

Pierwsze co rzuca się w oczy w serialu to naprawdę ciekawe uniwersum. Mroczne materie będąc adaptacją powieści Philipa Pullmana zawierają wszelkie cechy, które wyróżniały oryginał względem literackiej konkurencji. Lądujemy więc, w pozornie współczesnym świecie, który opanowany jest jednak przez Magisterium – organizację przypominającą kościół katolicki. Ziemię ukazaną w materiach wypełnia magia, czarownice, inteligentne niedźwiedzie polarne oraz elementy steampunkowe, takie jak powszechne użycie sterowców. Trzeba też wspomnieć o Dajmonach, czyli zwierzęcych towarzyszach wszystkich ludzi, które odzwierciedlają ich duszę. Ten specyficzny miszmasz początkowo skutecznie przyciąga uwagę i daje powody do zainteresowania. Samo tło jednak nie wystarczy, więc szybko poznajemy główną bohaterkę serialu – Lyrę.

Fot. HBO

W rolę protagonistki wciela się Dafne Keen, którą widzowie mogą kojarzyć z Logana. We mnie budziło to początkowo obawy, że będziemy mieli do czynienia z kolejną postacią na modłę popularnej Jedenastki ze Stranger Things. Na szczęście Keen tworzy na ekranie osobowość zdecydowanie inną i przypominającą bardziej żądne przygody i charyzmatyczne dziewczyny takie jak Arya z Gry o tron. Dzięki temu łatwo polubić jej bohaterkę i początkowo chętnie obserwowałem jest losy. Szczególnie, że pierwszy odcinek zapowiada naprawdę niezłą przygodę i już na start zarysowuje nam kilka tajemnic. W świecie Mrocznych materii tematem tabu jest bowiem tajemniczy Pył. To właśnie nad nim prowadzi badania lord Asriel (James McAvoy) – swoisty opiekun Lyry. Jego zainteresowania sprowadzają na niego kłopoty ze strony Magisterium, które ma własne plany względem magicznego pierwiastka. Problemem, z którym mierzą się bohaterowie są również niewyjaśnione zaginięcia dzieci. Wśród porwanych znajduje się przyjaciel Lyry – Roger (Lewin Lloyd). Nie pozostaje więc nic innego jak spieszyć mu na ratunek.

Fot. HBO

Zobacz również: WIEDŹMIN. Recenzja wyczekiwanego serialu Netflixa!

W swojej podróży Lyra odwiedza różnorodne lokacje, wśród których oprócz rozległych miast zobaczymy suche równiny, czy mroźną północ. Twórcom należą się brawa za wizualną kreację świata. Każdy jego element wygląda bardzo realistycznie i nigdy nie można poczuć się jak na plastikowym planie zdjęciowym. Nie doświadczymy tu sterylności, wszystko jest odpowiednio nadszarpnięte upływem czasu. Również atmosfera jaką tworzą zdjęcia jest wyraźnie wyczuwalna. Czasami trudno wręcz nie poczuć zimna wylewającego się z ekranu, a widok metalowych sterowców na niebie przywodzi na myśl najlepsze steampunkowe powieści. Wszystko to brzmi bardzo dobrze, prawda? Na co więc narzekać?

Niestety w serialu zawodzą dwa bardzo ważne elementy – scenariusz i tempo. Do pierwszego z nich można mieć zarzut szczególnie pod względem dialogów. Na ekranie Lyra spotyka wiele różnorodnych postaci. Poznajemy Gipcjan, czyli tutejszych Cygan, pojawia się intrygująca postać Marisy Coulter współpracującej z Magisterium, co jakiś czas widujemy Asriela. Dużym problemem jest jednak fakt, że ich rozmowy są całkowicie pozbawione polotu i ładunku emocjonalnego. Bohaterowie potrafią rozmawiać nawet o najważniejszych sprawach ich życia w sposób jakim dyskutuje się na temat pogody. Nie jest to wina aktorów a scenariusza, który nie pozwala im wydusić z siebie nic ciekawego. Zamiast oglądać dynamiczne interakcje obserwujemy snujące się i powolne wymiany nudnych zdań. Brakuje tu nawet celnego humoru, który mógłby choć trochę przyćmić nijakość frazesów jakie wypowiadają bohaterowie. Przez to cierpi również sama fabuła. Nawet najbardziej znaczące wątki stają się coraz mniej ciekawe, gdy przedstawione są w tak nijaki sposób.

Fot. HBO

Zobacz również: For All Mankind – recenzja 1. sezonu

Tempo niestety również nie jest odpowiednie. Naprawdę nie jestem fanem akcji gnającej na łeb na szyję, byle tylko nie dać widzowi się nudzić. Wiadomym jest, że w dobrej historii trzeba dać bohaterom czas, aby mogli wejść ze sobą w interakcję i zbudować pewne więzi. Gdy jednak ich relacje zawodzą, sceny je przedstawiające zwyczajnie nużą. To duży problem, gdy mówimy o serialu, który rzadko kiedy daje nam do oglądania dobrą scenę akcji. Nawet, kiedy jednak jakaś się pojawia, to znika równie szybko jak nadeszła. Kulminacyjne momenty w Mrocznych materiach potrafią zostać doprowadzone do finału w przeciągu pięciu minut. Gdy obserwujemy taki ich przebieg kilka razy pod rząd, szybko przestają budzić jakiekolwiek emocje.

Moja przygoda z serialem, była więc finalnie dość ciężką przeprawą. Historia była przyzwoita, aktorstwo naprawdę dobre, scenografia rewelacyjna, ale co z tego skoro przez większość czasu po prostu się nudziłem. Produkcji brakuje ładunku emocjonalnego, który powinien zostać zbudowany poprzez relacje protagonistów.

HBO kreowało Mroczne materie na jednego z następców Gry o tron. Niestety zamiast tego otrzymaliśmy przeciętny serial, który można obejrzeć co jakiś czas do kotleta. Pytanie tylko po co.

Ilustracja wprowadzenia: HBO

 

Uzależniony od powtarzania Władcy Pierścieni i Johna Wicka, pochłonięty przez Marvela, w wiecznym oczekiwaniu na nowy film Finchera, a do tego opętany przez F1.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?