Paradise PD – recenzja 1. sezonu netflixowego Brickleberry 2.0

Netflix stał się od pewnego czasu oazą dla znanych nazwisk, które w przeszłości zaistniały już w tradycyjnej telewizji, a teraz za sprawą giganta streamingowego mogą rozwinąć swoje twórcze zapędy. Ostatnio ten trend możemy zauważyć również w segmencie animacji dla starszego widza. W zeszłym miesiącu dostaliśmy Rozczarowanych od Matta Groeninga – twórcy Futuramy i Simpsonów, a teraz duet Roger Black-Waco O’Guin odpowiedzialny za szalone Brickleberry uraczył użytkowników Netflixa nowym dziełem pt. Paradise PD. Czy kolejny serial animowany dla dorosłych od wspomnianych panów dorównuje ich pierwszemu dziełu? Tego dowiecie się z poniższej recenzji.

Paradise PD to serial opowiadający o dość nietypowym posterunku policji w mieście Paradise. Pracujący w nim funkcjonariusze to zbiorowisko zwariowanych osobowości, które z wizerunkiem przykładnego stróża prawa mają mało wspólnego. Do tego nietypowego grona chce jednak dołączyć 18-letni Kevin Crawford, który od zawsze pragnął zostać policjantem, jak jego ojciec. Niestety to dość trudne zadanie, gdyż Kevin nie jest darzony zbyt dużym uczuciem przez swojego rodzica – a to mało powiedziane, zważając na incydent z jego dzieciństwa. Wtedy to mały, niewinny Kevinek chciał się pobawić bronią taty, gdy ten był zajęty zabawą… z mamą, i przez przypadek pozbawił człowieka odpowiedzialnego za jego przyjście na świat atrybutów, które były mu do tego niezbędne. Przez to ojciec Kevina musi od tego momentu przyjmować testosteron w plastrach, inaczej nabiera cech bardziej pasujących kobietom.

Zobacz również: Final Space – recenzja 1. sezonu animacji dla dorosłych, która pozytywnie zaskakuje

Jak widać, twórcy od początku dają nam jasno do zrozumienia, z czym będziemy mieli tutaj do czynienia i pozwalają nam zdecydować – „dziękuje, postoję”, czy może jednak „dawać mi więcej”. Ja zdecydowanie należę do tej drugie grupy, gdyż cieszyłem się z każdych niemoralnych wymysłów twórców Paradise PD, aż do samego końca tego dziesięcioodcinkowego sezonu.

Paradise PD

Fot. Kadr z serialu Paradise PD

Jeśli ktoś oglądał Brickleberry – pierwsze dzieło duetu Black-O’Guin, na pewno zna dobrze ten specyficzny humor i po włączeniu pierwszego odcinka Paradise PD poczuje się jak ryba w wodzie. Twórcy, układając żarty do kolejnych odcinków, nie przejmują się żadną grupą społeczną ani tematami tabu – dla nich takie słowo nie istnieje. Black i O’Guin w charakterystyczny dla nich sposób, czyli z użyciem ostrej jak brzytwa satyry podszytej prostym i brudnym żartem znanym z amerykańskich komedii, uwypuklają i wyśmiewają problemy społeczne –  zarówno prawej, jak i lewej strony.

Zobacz również: TOP 20 – Najlepsze seriale animowane dla dorosłych!

Świetnym przykładem jest tu, moim zdaniem, najlepszy odcinek pt. Black & Blue, który wprost nawiązuje do głośnej sprawy rasizmu wśród policji w USA i znęcania się przez funkcjonariuszy nad czarnoskórymi obywatelami. Jednym z pracowników posterunku w Paradise jest ciemnoskóry Gerald Fitzgerald, który przez przypadek sam się postrzelił, a media rozdmuchują to i podciągają pod slogan rasizmu wśród policji. Potem widzimy obie strony barykady przekrzykujące się co do swoich racji, coraz bardziej podsycające absurdalną sytuację. A finał odcinka i rozwiązanie całej sprawy to już kwintesencja Paradise PD w czystej postaci – to po prostu trzeba zobaczyć. W innym odcinkach dostaje się między innymi kościołowi, a to jedynie zalążek, gdyż ukryte przytyki do różnych problemów społeczno-politycznych mamy w każdym odcinku.

Paradise PD

Fot. Kadr z serialu Paradise PD

Tutaj widzimy też znaczącą różnicę między Rozczarowanymi Matta Groeninga a Paradise PD. Twórca pierwszego serialu zdecydował się na odważny ruch i odejście od współczesnych realiów na rzecz średniowiecznych. Tym samym Groening porzucił satyrę aktualnych wydarzeń/trendów znaną z Simpsonów, a w swoim nowym tworze mógł jedynie wyśmiać schematy znane z dzieł fantasy osadzonych w średniowiecznych realiach. Jak wiemy, nie wyszło do na dobrze Rozczarowanym, gdyż serial szybko tracił uwagę widzów. Twórcy Paradise PD zostali jednak w doskonale znanym sobie środowisku i wykorzystali zdobyte doświadczenie z Brickleberry, dając popis swoich zdolności w nowym serialu.

Zobacz również: Rozczarowani – recenzja 1. sezonu nowego tworu Matta Groeninga

W Paradise PD trudno nie zwrócić uwagi na nawiązania popkulturowe, których możemy znaleźć w serialu całe mnóstwo. Jako że serial powstał z udziałem Netfixa, to dużo odniesień związanych jest właśnie z produkcjami tego giganta streamingowego. W odcinku Dungeons & Dragnet możemy zobaczyć na przykład czwórkę bohaterów ze Stranger Things, a finał to oczywiste nawiązanie do świetnego Tenacious D: Kostka Przeznaczenia. Natomiast w odcinku Karla Dusty udaje się do Kolumbii, gdzie poznaje barona narkotykowego wyglądającego jak Pablo Escobar, co nawiązuje oczywiście do netflixowwego Narcos. Dla nałogowych pochłaniaczy popkultury odkrywanie w serialu kolejnych nawiązań to nie lada gratka, bo jest tu tego naprawdę dużo.

Paradise PD

Fot. Kadr z serialu Paradise PD

Prawdziwą siłą serialu, obok niepoprawnego humoru, są niezwykle barwne postacie. Jak już wspomniałem, głównym bohaterem jest tuta Kevin Crawford – nierozgarnięty świeżak, którego dobre chęci nie zawsze przynoszą zamierzone efekty. Szefem na posterunku w Paradise jest jego ojciec Randall Crawford – twardziel z ciętym językiem, który próbuje nie tracić w oczach swoich podwładnych, mimo utraty klejnotów rodowych. Jego ekipa to grupa niezwykłych osobowości. Mamy tu puszystego, naiwnego jak dziecko Dustiego, bojącego się broni, czarnoskórego Fitzgeralda, lubującą się w przemocy Ginę Jabowski, emeryta z ciekawą przeszłością – Stanleya Hopsona, a także psa o imieniu Pocisk, który uwielbia czyścić policyjny magazyn ze wszelakiego rodzaju narkotyków. Po kilku odcinkach dołączają do ekipy nowi rekruci, wśród których możemy zobaczyć nawet odpowiednik Davida Hawkinsa. Jest różnorodnie, dzięki czemu spektrum żartów jest wręcz nieograniczone.

Zobacz również: Erased – recenzja japońskiego serialu

Choć Paradise PD to przede wszystkim epizodyczne historie, nie można przejść obojętnie obok głównego wątku pierwszego sezonu, bo jest on naprawdę ciekawy. Od pierwszego odcinka nasi niesforni policjanci próbują ująć szajkę odpowiedzialną za metę w romby (lub tartanową metę – zależnie od tłumaczenia). Temat ten przewija się przez cały sezon, kilka razy nas zwodzi, a jego ostateczny finał z małym cliffhangerem jest naprawdę zaskakujący. Duży plus dla twórców, że skupili się również na stworzeniu ciekawej głównej historii, a nie tylko na dopieszczaniu kolejnych gagów.

Paradise PD

Fot. Kadr z serialu Paradise PD

Na koniec trzeba także wspomnieć o lokalizacji serialu. Dzięki Netflixowi Paradise PD możemy oglądać z oryginalnym angielskim dubbingiem i polskimi napisami lub z polskim dubbingiem. Wiem, że to, co teraz powiem, dla wielu z Was będzie herezją, ale zdecydowanie bardziej podobała mi się wersja w polskim dubbingiem. Tak, jest to serial dla dorosłych, więc polski dubbing nie wydaje się tu na miejscu. Jednak firma odpowiedzialna za tę lokalizację bardzo się tu postarała. Język nie został ani trochę ugrzeczniony i nadal jest ostry jak żyletka, a dzięki bogactwu naszego języka wiele dialogów jeszcze zyskało względem oryginału. Niektórym mogą nie przypaść do gustu poszczególne głosy, ale myślę, że zostały dobrane w miarę optymalnie.

Nie mogłem natomiast przekonać się do napisów, gdyż te akurat zostały potraktowane po macoszemu. Często dialogi i żarty tłumaczone były jeden do jednego z angielskiego, przez co brzmiały sztucznie i bez polotu, brakowało odniesienia do naszych realiów, co mogliśmy znaleźć w polskim dubbingu. Do tego praktycznie do każdego odcinka napisy robił inny tłumacz, więc brakowało konsekwencji. Polecam, choć sprawdzić polski dubbing, ja po pierwszym odcinku przełączyłem na polskie głosy i oglądałem tak do końca.

Zobacz również: TOP 20 – Najlepsze seriale kryminalne na Netflix

Paradise PD to naprawdę udana produkcja, która niestety może odrzucić wiele osób swoim specyficznym humorem. Widać to po dużym rozstrzale ocen oglądających, które oscylują między 1/10 a 10/10. Do mnie żarty duety Black-O’Guin zdecydowanie trafiły i bawiłem się wyśmienicie do samego końca sezonu, dlatego z niecierpliwością czekam na kontynuację. Warto przynajmniej sprawdzić serial, a nuż się Wam spodoba i wsiąknięcie w ten zwariowany świat.

Ilustracja wprowadzenia: Netflix

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?