Trzynaście powodów, czyli dlaczego nie lubimy popularnego?

Artykuł zawiera spoilery dotyczące serialu 13 powodów!

Niecałe 4 miesiące temu, konkretnie 31 marca, na Netflixie pojawił się pierwszy sezon serialu 13 powodów. Przed premierą niezbyt hype’owano jego nadejście, chociaż miał parę atutów, które byłyby w stanie zawalczyć o fanów. Stała za nim idolka młodzieży Selena Gomez, oparty był o bardzo dobrą młodzieżową powieść Jaya Ashera, w końcu był z gatunku, który dawno nie widział dobrej i głośnej produkcji. Udało się, produkt się sprzedał. W pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu. Produkcja jest jednym z ważniejszych i szerzej omawianych seriali w tym roku. Czy na to zasługuje? Jakościowo absolutnie nie. W moim odczuciu to serial po prostu dobry. Widziałem w życiu szereg lepszych, ale dużo więcej słabszych, takie moviesroomowe 70/100. A jednak to on ściąga na siebie tyle hejtu. Dlaczego? Główna przyczyna, jaka przychodzi mi na myśl to właśnie ta jego popularność. Popularność, która przerodziła go z nie do końca wykorzystującej swój potencjał teen dramy w najgorsze zło ostatnich lat. Dlatego też powstał ten tekst. Żeby spytać i zastanowić się: Czemu duża część społeczeństwa z góry odrzuca to, co popularne? No i z drugiego powodu. Aby powiedzieć wszystkim hejterom serialu: Witajcie na swojej taśmie!

Zobacz również: Hannah Baker zainspirowała samobójcę z Peru?

Tak jak wspomniałem, żaden ze mnie wielki fan 13 powodów. O tym, co głównie mi przeszkadza w tym serialu później, jednak napewno nie jest to przywoływane na każdym kroku gloryfikowanie samobójstwa. Hannah Baker to przeżywająca okres buntu nastolatka jakich wiele, wrzucona w mocno przerysowany świat. Nieco zadufana w sobie, próbująca się odegrać na otoczeniu i zwrócić na siebie uwagę. Tak jak wszystkie trzynaście osób wymienionych na taśmach zalazło jej mniej lub bardziej za skórę, tak ona chciała wyjść na swoje, oddać coś wszystkim, do których miała żal. O tym jest według mnie ten serial i to pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się podczas oglądania. Hannah nigdy nie uchodzi tam za osobę przesadnie inteligentną czy lubianą. Takie jednak też istnieją i też mają swoje problemy.

Słowa klucze to nieprzesadnie lubiana. Taki wizerunek głównej bohaterki sprzedaje nam ten serial i z tym się oczywiście zgodzę. Próbuje wejść w skórę nastolatek jej typu, ale nie stara się specjalnie o to, aby widzowie kochali tę postać. Nie pokochali, więc do gloryfikacji samobójstwa doszedł ogólny brak sympatii do Hannah. Tylko jeśli połączyć te dwa czynniki zarzuty nie mają sensu jeszcze bardziej. Gdyby Joffrey z Gry o Tron wbił sobie nóż w brzuch, panowałaby ogólna euforia. Hannah Baker, która sama się zabiła, jest głupia i gloryfikuje odbieranie sobie życia. No i zwracanie uwagi na sztuczność świata, za dużo strasznych rzeczy, które przydarzają się głównej bohaterce. Przecież to niemożliwe! A przecież przerysowanie świata, żeby uwypuklić problemy i spojrzeć na nie w krzywym zwierciadle to zabieg stosowany przez wielu twórców i tak często (choćby, żeby przywołać bardzo popularnego i powszechnie szanowanego twórcę, stosowany w twórczości Smarzowskiego), że trudno tego argumentu nie zbyć krzywym uśmieszkiem. Tylko wtedy usłyszymy pewnie, że problemy bohaterki wcale nie były poważne. Urwij Hydrze jedną głowę, wyrosną trzy następne.

Zobacz również: 13 powodów – rozpoczęto kręcenie 2. sezonu

Ostatnio pojawiła się też informacja o mieszaniu z błotem twittera serialu (więcej TU). Wszystko przez pokazanie zdjęcia wyraźnie wygladających na szczęśliwych Jessiki i Justina. Już pomijając fakt, że była to burza w szklance wody, chcę zadać pytanie. Znacie takie słowo spoiler? Pewnie i owszem. Zawsze bowiem bardzo mocno oburzacie się, gdy tylko ktoś takowego użyje w jakimś tekście czy rozmowie. Pomiędzy amerykańską a polską premierą jakiegoś filmu ograniczacie internet, aby tylko się na nic nie natknąć. Nie przyszło więc Wam do głowy, że może jeszcze nie wszyscy serial Netflixa oglądali? Że pokazanie tego, co dokładnie działo się w tym związku, byłoby psuciem zabawy innym. A i sam obrazek nie ukazywał jakiejś wielkiej miłości, bez przesady. Coś jakby promować Zaginioną dziewczynę takim czymś:

Niby to samo, a jednak to Fincher, więc może. Prawda?

Żeby nie było, internetowy hejt na to, co popularne, nie dotyczy tylko produkcji Netflixa. Hejterów nolanowskiej Dunkierki byłoby pewnie trochę mniej, gdyby zewsząd nie napływały najlepze recenzje w karierze brytyjczyka. Jacy są najbardziej nielubiani piłkarze na świecie? Ano, prawdopodobnie Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Nie z powodu niesnasek pomiędzy Realem i Barceloną (choć mnóstwo jest kibiców zachowujących się tak, jakby istniały tylko te dwa kluby), a właśnie dlatego, że ci goście zawsze są w centrum. Są najlepsi, wpisują się w historię sportu praktycznie każdym meczem, dlatego o nich się mówi. Człowiek z natury jest wyjątkowy, a chce być jeszcze bardziej, tym, co mówi i tym, co myśli. Dlatego odwracanie się od tego, o czym mówią i co lubią wszyscy, wydaje się być czymś fajnym. Wracając do tej piłki nożnej, mnóstwo ludzi przez lata lubiło negować, że jest to dla nas Polaków, sport narodowy i najważniejszy, mimo że takiej popularności jak ona nie mają wszystkie inne razem wzięte. Żaden ze mnie specjalista od psychologii, ale myślę, że taka już ludzka natura.

Zobacz również: Hannah Baker wciąż żyje? Tak głosi jedna z fanowskich teorii!

Gdy patrzę na polski Box Office, w którym z powodzeniem sprzedają się takie hity jak Pięćdziesiąt twarzy Greya, Pitbull: Niebezpieczne kobiety czy 7 rzeczy, których nie wiecie o facetach, zastanawiam się nad sensem istnienia. Kiedy najpopularniejsze stacje telewizyjne w kraju puszczają mi cały dzień idiotyczne paradokumenty, ogarnia mnie biała gorączka. I niby produkowanie takich dzieł również warunkuje ich popularność, jednak tutaj dochodzą jeszcze niskie wymagania, jakie ma duża część polskich widzów. Rozumiem, że po ciężkim dniu/tygodniu w pracy, niekoniecznie potrzeba jeszcze wysiłku intelektualnego przy jakimś dołującym dziele, ale jednak rozrywkę również dzielimy na tę lepszego i gorszego sortu.

https://www.youtube.com/watch?v=JebwYGn5Z3E

Gdyby odcinek jedenasty, taśma Claya, po całym zamieszaniu przed nim i twierdzącej odpowiedzi Tony’ego na pytanie: Did I killed Hannah Baker?, oferował nieco większą fabularną bombę oraz gdyby zakończenie serialu było jakąś refleksją, czymś więcej niż tylko wylaniem fundamentów pod drugi sezon, który jeszcze w dodatku będzie fabularnie babrał się dokładnie w tym samym błocie, które powstało po śmierci Hannah, pewnie lubiłbym ten serial bardziej. Jednak zdecydowanie ma on się czym obronić. Porusza ważny temat, daje się wykazać nieopatrzonym młodym aktorom, z których większość robi świetną robotę. Trudno jednak uznać za wadę samo jego istnienie (a są takie produkcje, oj są). Na pytanie, dlaczego nie lubimy popularnego, nie jestem więc w stanie odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. Wiem tylko, jak to nurtujące zjawisko ograniczyć. Każdy może sobie wyselekcjonować produkcje trafiające w jego gust i konsumowania ich się trzymać. A Hannah Baker, która i tak jest już po drugiej stronie, zostawić w spokoju.

ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor prowadząćy działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod [email protected]

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?