Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Zabójczo dobre seriale w BBC First

Projekt Hail Mary - recenzja filmu! Uwaga, naukowy bełkot

Autor: Łukasz Kołakowski
10 marca 2026
Projekt Hail Mary - recenzja filmu! Uwaga, naukowy bełkot

Na początek mała adnotacja, którą chciałbym zacząć ten tekst. Już w pierwszym zdaniu pojawiają się informacje, które ta część z was, która unika jak ognia wszelkich informacji o filmie, może uznać za spoiler. Nie chce tutaj rozpoczynać batalii o definicje spoilera, dlatego informuję od razu. To co napisze, jest w trailerze i każdym innym materiale promocyjnym, a także czerpie z popularnego utworu literackiego, więc nie jest dla mnie żadnym specjalnym odkrywaniem kart. Rozumiem jednak, że są ludzie, którzy przed seansem unikają jakichkolwiek informacji i chcą odkrywać na ekranie absolutnie wszystko. Prawdopodobnie i tak tego tekstu nie przeczytają, miejcie jednak ostrzeżenie 😊

Jednym z moich ulubionych momentów książki Andy’ego Weira jest sytuacja, w której doktor Ryland Grace wyjaśnia ze swoim nowo poznanym przyjacielem rozjazd czasowy, jaki sprawił, że się spotkali. Sympatyczny przybysz wyliczył sobie odpowiednio czas dotarcia w interesujące go zakamarki kosmosu, jednak korzystał z mechaniki klasycznej. Słowem, wracając do szkolnych ław i fizyki na poziomie szkoły średniej, w obcych cywilizacjach co prawda mieli swój odpowiednik Isaaca Newtona, ale już nie Einsteina i jego teorii relatywistycznych. Okazuje się więc, że uczony, który na ziemi już od ponad wieku uchodzi za symbol geniuszu może spokojnie określać swój umysł galaktycznym. 

Po śmierci fizyka wycięto więc jego mózg i poddano przez wiele lat serii badań naukowych (polecam zgłębić temat, zaczynając choćby od wklepania w wikipedię słów mózg Alberta Einsteina). Ta dygresja odchodzi jednak zbyt daleko, a ma na celu to, żeby stwierdzić, że czerpanie przyjemności z Projectu Hail Mary w wersji książkowej wymaga choć delikatnego obycia z podstawami fizyki. Jeśli w ogóle nie rozumiesz, o czym napisałem w poprzednim akapicie, ilość naukowego bełkotu na kartach powieści może cię przytłoczyć. Jeśli chociaż hasłowo rozróżniasz mechaniki i coś tam z fizyki wiesz, łatwiej będzie ci odczytywać kolejne dywagacje i nie będziesz czekać wyłącznie na ich końcowy efekt. A jeśli w ogóle jesteś za pan brat, to może nawet zaczniesz szukać nieścisłości w interpretacji naukowo-astronomicznych faktów przez autora. 

Na myśl od razu przychodzą dwa problemy. Pierwszym jest fakt, że taśma filmowa całego tego naukowego bełkotu nie pomieści, a drugim to, że rodzi się on w dużej mierze w głowie człowieka, który prowadzi samotną egzystencję wiele lat świetlnych od ziemi. Poprzedni bohater ekranizacji Weira - Mark Watney z Marsjanina - wszystkie swoje postępy nagrywał, bo był bardziej świadomy swojej sytuacji i cały czas mógł liczyć, że ktoś po niego wróci. Zupełnie jakby w Projekcie Hail Mary autor powieści podwyższył po prostu potencjalnemu scenarzyście poziom trudności. A można uwierzyć, że tak było, wszak studio MGM zapłaciło grube miliony za prawa do ekranizacji, gdy książka pachniała jeszcze świeżością po wyjściu z drukarni. 

Za scenariusz znowu zabrał się Drew Goddard, bo pewnie wielopoziomowy sukces Marsjanina skłonił włodarzy studio do zatrudnienia człowieka, który będzie wiedział co robi. Powstał tekst, który ciągnie film, a jego autor, choć musiał pójść na kilka ustępstw, dał radę zachować istotę powieści. Oprócz tego dostosował scenariusz do pokaźnego metrażu i iście filmowych akcji. Naukowe wstawki znacząco okroił, w ich miejsce stawiając na usilne budowanie relacji pomiędzy bohaterami, zarówno w segmencie ziemskim, jak i tym ważniejszym, kosmicznym. Zagrożenie zagładą Ziemi cały czas tutaj istnieje, lecz wyczuwalnym jest jego odroczenie w czasie oraz to, że specyfika misji Rylanda - gdy już sobie ją relatywnie przypomni – sprawia, że przynajmniej na początku, nie ma on zbyt wiele do stracenia. 

Ziemia może zginąć, a raczej cofnąć się do epoki lodowcowej z uwagi na fakt występowania w Układzie Słonecznym niejakich astrofagów. To małe organizmy mogą magazynować w sobie ogromne ilości energii, przy okazji jednak pożerają słońce i sprawiają, że ono samo dostarczać będzie coraz mniej. Co prawda spokojnie wyhamuje to ocieplenie klimatu, jedno z największych wyzwań stojących przed ludzkością (sam Weir na ten temat, że w końcu się uda, nie omieszka heheszkować), jednak zupełnie nie w takiej formie, jakby wszyscy tego chcieli. Zagłada z gorąca zamieni się w zagładę z zimna. Na samym początku poznajemy jednak Rylanda Grace’a, buntowniczego biologa, który ośmielił się sprzeciwiać podstawom teorii naukowych dotyczących życia na ziemi (ale i innych planetach). Jak się okazało, zaprowadziło go nie do wspaniałych odkryć i międzynarodowej kariery, a do klasy biologicznej w liceum. Los jednak szybko zechce dać mu drugą szansę. 

Astrofagi, ze względu na to, że są najlepszym źródłem energii, jakie poznała Ziemia, zostaną w wojnie z nimi samymi użyte jako paliwo rakietowe, które pozwoli kilku astronautom dostać się dużo dalej w kosmos, niż było to możliwe do tej pory. Musicie bowiem wiedzieć, że u podstaw podróży kosmicznych leży fakt, że paliwa, które są wykorzystywane w astronomii muszą mieć na tyle mocy, aby rakieta mogła osiągnąć konkretną prędkość, bo bez niej nie ma możliwości dotarcia w konkretne zakamarki wszechświata. Nie, że będziesz wolniej, nie będzie się dało w ogóle. Tak się nieszczęśliwie składa, że będący biologiem molekularnym Ryland wiele wie o astrofagach. Gdzie i w jaki sposób go to doprowadzi to już dowiedzcie się sami. 

Skoro mamy nakreśloną stawkę, możemy zająć się tym, co dla tego filmu jest najważniejsze, czyli walorami rozrywkowymi. Projekt Hail Mary to pomimo ostatecznych zagrożeń film, którego ton idzie jednoznacznie w kosmiczne feel good movie a ratowanie świata przebiega na wesoło i często bardzo emocjonalnie. Zasługa to głównego bohatera, jednak wpływ na ten fakt ma nie tylko sama kreacja Ryana Goslinga, ale typ postaci, jaką jest Ryland sam w sobie. Oprócz tego, że musi uratować świat, to znajdzie jeszcze kilka pomniejszych motywacji, które podczas samotnego przemierzania kosmosu będzie musiał zrewidować. Sam Gosling gra to świetnie, niejednokrotnie skręcając w rejony śmieszkowej maski, która przykrywa wewnętrzne rozdarcie jego bohatera. Jako, że w ostatnich latach filmów z kanadyjskim aktorem nie pojawia się zbyt dużo cieszmy się, że każda kolejna kreacja jest głośna i spektakularna. 

Twórcy zarzekali się, że nie użyli na planie green screena, więc wszystko co widzimy to pełnoprawnie zaprojektowane scenografie, co ze względu na rozmach produkcji musi imponować. Cały film wygląda znakomicie, przestrzenie tytułowego Hail Mary naprawdę dają się poczuć jak na pokładzie cudu techniki NASA, a film celowo uderza w nas oszczędną, pozbawioną pastelowości kolorystyką. Szkoda, że Oscary już za pasem, a wychodzi on w okresie, w którym przegra w przyszłorocznym głosowaniu z tytułami, które będą na świeczniku bliżej następnego sezonu. Mam bowiem wrażenie, że pod kątem efektów specjalnych, ale i kilku innych aspektów bije co najmniej kilka tytułów z nominowanej stawki. 

Projekt Hail Mary w filmowej wersji, jeśli nie wydarzy się jakiś kataklizm, powinien być dużym hitem. Widać, że Phil Lord i Christopher Miller postawili na kino przystępne i rozrywkowe. Mam wrażenie, że wygrali w tej kwestii na właściwie każdej płaszczyźnie. To taki film, który zaraz po premierze na portalach filmowych łapie od społeczności średnią około 8/10 i bardzo wysokie miejsca w rankingach. Trudno jest bowiem sobie wyobrazić element, na który można jakoś wyraźnie narzekać, jak i widza, który nie będzie oczarowany tym seansem. Jasne, książka Andy Weira działa na trochę innych zasadach, kilka jej wątków zostało tu wyciętych czy ledwie delikatnie napomkniętych, co czasem mocno obniża ich stawkę. W jednym filmie, a nie sezonie serialu trzeba jednak postawić na jakieś kompromisy. Efekt jest dla mnie, jako znającego i lubiącego powieść jednocześnie spodziewany i wysoce zadowalający. Tak widziałem oczami wyobraźni dobre przeniesienie tej historii na ekran. Teraz czekam tylko, aż pokocha ją nowe grono odbiorców.

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Ocena recenzenta

80/100
  • Bardzo wholesome i rozrywkowy to seans
  • Ograniczono ilość naukowego bełkotu, który był w książce, ale na ekran się nie nadawał
  • Nie zapomina o ostatecznej, bardzo wysokiej stawce
  • Potrafi wzruszyć
  • Znakomicie wygląda
  • Jest kilka wątków z książki, które scenariusz wyraźnie pominął lub spłycił, mimo iż zdecydowanie podbijały stawkę

Movies Room poleca