Na starym filmie cały czas można zarobić. Wystarczy zrobić kolejną część, nawet jeśli historia została już zakończona. Czasami to faktycznie się udaje, ale większość sequeli pozostawia pytanie: "No i po co to w ogóle było?". Wtedy cały na biało wchodzi Diabeł ubiera się u Prady 2. Jedna z tych produkcji, która pokazuje, że jednak druga część nadal może być dobra.
To chyba oczywiste, że najlepsze filmowe drugie części to High School Musical 2, Shrek 2 i Toy Story 2. Częściej zdarza się, że wraz z kontynuacją (która nie była zaplanowana już w momencie powstawania oryginału) jakość danej produkcji spada. W tych przypadkach jest wręcz odwrotnie, bo ciąg dalszy zdecydowanie góruje nad pierwowzorem. Żeby i tutaj mieć porównanie, przed napisaniem tej recenzji odświeżyłam sobie Diabeł ubiera się u Prady i jako fanka tego tytułu przyznaję: mam dylemat, która z dwóch części podobała mi się bardziej.

Diabeł ubiera się u Prady wszedł na ekrany kin zaledwie 20 lat temu, a już spokojnie można go nazwać kultowym. Został oparty na powieści o tym samym tytule autorstwa Lauren Weisberger – byłej asystentki Anny Wintour, znanej światu jako redaktorka naczelna magazynu „Vogue”. I tak jak książka szybko stała się bestsellerem, tak też film zyskał mnóstwo fanów – mimo że odbiegał od pierwowzoru. Widzowie pokochali ekranizację za charakterystyczne postacie, które powstały dzięki niesamowitym występom aktorskim i za klimat wciągający nas w sam środek świata mody, który jednocześnie był wyśmiewany i podziwiany.
W ciągu 20 lat zmieniło się zarówno nasze społeczeństwo, jak i podejście do filmów. Ostatnio często pojawia się pytanie: "czy produkcja x dobrze się zestarzała?". W przypadku tego modowego Diabła – tak średnio. W dobie aktualnych działań body positive oraz świadomości zdrowej pracy wiele żartów przestaje śmieszyć, a ekranizacja coraz częściej uchodzi za toksyczną. Nieco jakby na ratunek Mirandzie Priestly przychodzi tegoroczna kontynuacja, którą możemy nazwać czymś pomiędzy sequelem a rebootem. Niech Was nie zmyli nazwa – kontynuacja filmowa nie ma nic wspólnego z kontynuacją powieści wydaną w 2013 roku. I choć Diabeł ubiera się u Prady 2 teoretycznie opowiada o dalszych losach uwielbianych bohaterów, w praktyce otrzymujemy niemalże identyczną historię, z tym że jest ona zaktualizowana do obecnych czasów. Efekt? To ponownie działa!

Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że niektórzy z tego powodu będą kręcić nosem, w końcu już to widzieliśmy. Ba, nawet niektóre sceny są jak żywcem wyjęte z oryginału. Z drugiej strony prawda jest taka, że w kinie było już praktycznie wszystko, a większość filmów powtarza utarte i sprawdzone schematy. Rzecz jasna – nie jest to piękna historia z wieloma ukrytymi symbolami czy przekazem mnóstwa wartości. Sama nie miałam żadnych oczekiwań wobec fabuły Diabeł ubiera się u Prady 2. Chciałam dostać rozrywkowe kino w vogue'owym klimacie pełnego humoru i parodiującego show-biznes high fashion. I właśnie to dostałam.
Chociaż nie będę ukrywać – nie wszystko w przeniesieniu historii zadziałało. W części z 2006 roku istotną rolę odgrywa sfera romantyczna w życiu Andy. Dostajemy związek przyczynowo-skutkowy, bo jej nowa praca ma wpływ na jej relacje, co również napędza fabułę. W Diabeł ubiera się u Prady 2 twórcy ponownie zdecydowali się na konieczność obecności miłości w życiu Andy. Tylko ten wątek jest już całkowicie zbędny. Nie ma związku z resztą fabuły, a jedynie wydłuża film o jakieś 10 minut. Niestety trochę to wyglądało, jakby twórcy uznali, że życiowy sukces głównej bohaterki – uznanej dziennikarki z 20-letnim doświadczeniem – i tak będzie niepełny bez mężczyzny u boku.

Były dwie rzeczy, których się bałam przed seansem Diabeł ubiera się u Prady 2, bo wiem, że to elementy często psujące sequele. Mówię o nadmiernym opieraniu się na nostalgii widza i psuciu postaci poprzez odebranie im dotychczasowego charakteru. Jedno i drugie wynika z chęci wyciśnięcia jak największej ilości pieniędzy z sukcesu filmowego bez pomysłu na kontynuację. Oczywiście, że w nowej produkcji znajdziemy nawiązania do poprzedniej części, jednak na szczęście nie jest to przesadzone. Moje obawy były niepotrzebne. Podobnie w przypadku postaci – każda z nich jest wciąż tak samo iconic jak była. Szczególnym plusem jest tutaj rozwój Emily, której rola znacznie urosła, a twórcom udało się jej "nie popsuć".
W kwestii bohaterów miałam jedynie problem z uwierzeniem, że w ich świecie od poprzednich wydarzeń również minęło 20 lat, bo oni wcale się nie postarzyli. Przez to w mojej głowie to był jakiś krótki odstęp czasu, co trochę gryzło mi się z fabułą. Ale to już nie jest kwestia twórców, a aktorów, którzy wyglądają niemalże tak samo jak w 2006 roku.
Zaktualizowanie "Diabła" do aktualnych czasów nie opiera się tylko na uwspółcześnieniu humoru, ale także warstwy wizualnej. Bądźmy szczerzy – oglądając Diabeł ubiera się u Prady, od razu widać, że to produkcja z początku lat 2000. Teraz to, jak wygląda film, również ma znaczenie. I muszę przyznać – sequel wygląda naprawdę dobrze. Co prawda widziałam już komentarze dotyczące zwiastuna, że "pierwsza część wygląda filmowo, druga jak reklama". Już po zwiastunie i zdjęciach promocyjnych widać, że panuje tam minimalizm kolorystyczny. Oczywiście, każdy ma swoje subiektywne poczucie estetyki, ale nie da się ukryć, że jest to historia osadzona w świecie tego, co modne. A w modzie jest właśnie taki minimalizm. No i wszystko ładnie się łączy.

Diabeł ubiera się u Prady 2 okazał się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Byłam gotowa na zepsucie kultowego filmu, a otrzymałam godnego następcę. Spodziewałam się Walmartu, a to jednak wciąż Chanel.
That's all.
Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.