Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Zabójczo dobre seriale w BBC First

WWE 2K26 - recenzja gry! Co się stało, że się...

Autor: Mikołaj Lipkowski
13 marca 2026
WWE 2K26 - recenzja gry! Co się stało, że się...

Ach te gry WWE… od czasu WWE 2K22 seria naprawdę wróciła na właściwe tory. Po katastrofie sprzed kilku lat kolejne odsłony zaczęły systematycznie odbudowywać zaufanie fanów. Każda następna część coś poprawiała, coś rozwijała, coś dodawała. Co ważne — były to zmiany widoczne i odczuwalne, a nie kosmetyczne poprawki, które w innych sportowych seriach często ograniczają się jedynie do aktualizacji składów. Ubiegłoroczna odsłona, czyli WWE 2K25, była dla mnie prawdopodobnie najlepszą częścią od wielu lat. Spędziłem w niej naprawdę ogrom czasu, eksperymentując z różnymi trybami, budując własne historie w Universe i wracając do niej nawet wtedy, gdy teoretycznie „zobaczyłem już wszystko”. I właśnie wtedy pojawia się największy problem każdej dobrze rozwijającej się serii. Bo kiedy coś działa naprawdę dobrze, pojawia się pytanie — czy da się to jeszcze poprawić? Wygląda na to, że w przypadku WWE 2K26 twórcy natrafili na coś w rodzaju szklanego sufitu. Nie jest to gra zła — absolutnie nie. Problem polega raczej na tym, że po dwóch bardzo mocnych odsłonach trudno było zrobić kolejny wyraźny krok naprzód. Efekt jest taki, że produkcja nadal dostarcza sporo frajdy, ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem seria bardziej zatrzymała się w miejscu, a momentami nawet wykonała niewielki krok w tył.

Tegoroczna odsłona bardzo mocno skupia się na jednej postaci — CM Punk. Dla mnie to wybór wręcz idealny. Punk od lat był jednym z najbardziej charyzmatycznych i bezkompromisowych wrestlerów swojego pokolenia, a jego słynne wystąpienie „pipe bomb” zmieniło sposób, w jaki WWE zaczęło opowiadać swoje historie. Przez długi czas wyglądało jednak tak, jakby federacja nie do końca wiedziała, co z nim zrobić. Raz pojawiał się na samym szczycie, innym razem znikał z głównego planu. Dopiero ostatnie lata przyniosły mu należne miejsce w historii wrestlingu i właśnie ten moment próbuje uchwycić tegoroczna gra. Można powiedzieć, że wreszcie otrzymujemy odsłonę, w której CM Punk jest traktowany tak, jak na to zasługiwał od dawna.

Showcase best in the world 

Jeśli chodzi o tryb Showcase, to jak wiecie — nigdy nie byłem jego wielkim fanem. W teorii to świetny pomysł: odtwarzamy najważniejsze momenty z kariery wybranego wrestlera i krok po kroku przechodzimy przez jego historię. W praktyce często przypomina to trochę interaktywny film, w którym musimy wykonywać konkretne zadania, żeby scenariusz mógł się potoczyć dalej. W poprzednich latach mieliśmy już kilka takich motywów przewodnich. W WWE 2K22 był to Rey Mysterio, rok później w WWE 2K23 dostaliśmy historię John Cena, następnie WWE 2K24 świętowało rocznicę WrestleMania, a w WWE 2K25 skupiono się na sadze The Bloodline. Tym razem główną gwiazdą jest właśnie CM Punk i trzeba przyznać, że twórcy wprowadzili tu jedną naprawdę ciekawą zmianę. Nie każda walka jest już odtwarzana jeden do jednego. 

Showcase pozwala momentami zmienić historię i sprawdzić scenariusze typu „co by było gdyby”. Sam Punk w przerywnikach podkreśla, że to jego showcase i wszystko odbywa się na jego zasadach. Dzięki temu możemy chociażby rozegrać walkę z Randy Orton z WrestleMania XXVII, zobaczyć alternatywną wersję WrestleMania XXX, w której Punk pojawia się zamiast Daniel Bryan, albo spróbować pokonać legendarnego The Undertaker w jego własnym stylu. Niestety tryb nadal cierpi na starą bolączkę serii. Nawet jeśli wykonamy wszystkie wymagane cele, sztuczna inteligencja potrafi nagle się „obudzić” i kompletnie pokrzyżować nam plany. Wtedy jedynym rozwiązaniem jest powtarzanie walki od początku, co potrafi być naprawdę frustrujące. 

Dziwnie wypada również kwestia komentarza. Wszystkie walki komentują Corey Graves i Wade Barrett, mimo że w wielu z tych momentów historycznych… nie byli jeszcze komentatorami. Można jednak zrozumieć decyzję twórców, bo wielu dawnych komentatorów pracuje dziś w konkurencyjnej federacji All Elite Wrestling. Dla osób, które nie przepadają za Showcase, przygotowano też tryb Gauntlet, w którym mierzymy się z dwudziestoma wymarzonymi przeciwnikami CM Punka. Co ciekawe, możemy to zrobić zarówno grając samym Punkiem, jak i jego żoną, AJ Lee.

Nowa fizyka, nowe zabawki 

Jedną z większych zmian w tegorocznej odsłonie jest nowy system fizyki. W WWE 2K26 pojawiły się ragdolle, dzięki czemu postacie reagują na uderzenia w znacznie bardziej naturalny sposób. Zniknęły też słynne niewidzialne ściany, które przez lata potrafiły wybić z immersji. Teraz, jeśli walczymy w klatce Hell in a Cell, możemy naprawdę zrzucić przeciwnika z jej szczytu bez zatrzymywania się na magicznej barierze. Takie momenty podczas bójek backstage’owych potrafią być naprawdę widowiskowe i często kończą się spektakularnymi upadkami. Do gry trafiły również nowe bronie, w tym pinezki — element znany fanom hardcore’owych walk, który przez długi czas był zakazany w WWE. Możemy rozsypać je na ringu i rzucić przeciwnika prosto na nie. Szkoda tylko, że gra nie pokazuje krwi na plecach zawodnika, bo dodałoby to całej scenie jeszcze więcej brutalności i klimatu starych, ekstremalnych walk. 

Na szczęście mój ulubiony tryb, czyli Universe, nadal pozostaje jednym z najmocniejszych elementów gry. To ogromna piaskownica dla fanów wrestlingu, w której możemy prowadzić własne federacje, organizować gale i budować własne historie. W tym roku pojawiło się kilka ciekawych dodatków. Najważniejszym z nich jest draft między brandami RAW i SmackDown, który pozwala przetasować roster i stworzyć zupełnie nowe układy rywalizacji. Ulepszono też system realizowania kontraktu Money in the Bank. W poprzednich częściach często dochodziło do automatycznego cash-inu w najmniej odpowiednim momencie. Teraz posiadacz walizki może wykorzystać ją dokładnie wtedy, kiedy uzna to za stosowne — na przykład tuż po wyczerpującej walce mistrza. Do gry wróciły również stare typy pojedynków, takie jak Inferno Match, gdzie ring otoczony jest płomieniami, czy 3 Stages of Hell - walka do trzech zwycięstw. Jest też absolutnie absurdalny Dumpster Match, będący kalką castket matchu, w którym zamiast wrzucać przeciwnika do trumny… pakujemy go do śmietnika. Brzmi głupio, ale właśnie takie momenty od lat są częścią wrestlingowej rozrywki.

Niestety nie wszystkie zmiany są tak pozytywne. Najbardziej irytującą nowością jest system staminy. W poprzednich częściach zmęczony wrestler po prostu zwalniał i potrzebował chwili na regenerację. W tym roku pojawia się fioletowe kółko oznaczające moment skrajnego wyczerpania. W takim stanie możemy właściwie tylko chodzić i wykonywać podstawowe ataki. Bieganie, kontry czy specjalne ruchy są zablokowane. W teorii ma to zwiększać realizm, w praktyce jednak często spowalnia tempo walki i potrafi odebrać część przyjemności z rozgrywki.

Tym trybom już podziękujemy…

Muszę jednak trochę pomarudzić, bowiem wraca też temat monetyzacji. Tryb MyFaction nadal istnieje i wciąż sprawia wrażenie projektu stworzonego głównie po to, by wyciągać pieniądze od graczy. W tym roku nie czułem aż takiej presji, by grać w niego tylko po to, żeby odblokować nowe postacie, ale pojawił się inny problem — Ringside Pass. To coś na kształt battle passa, w którym wraz z kolejnymi poziomami odblokowujemy nowych wrestlerów i nagrody. Mamy DLC, ale musimy je odblokować w tym Ringside Passie. Oczywiście możemy przyspieszyć cały proces płacąc prawdziwe pieniądze. Problem polega na tym, że pełne odblokowanie kosztuje niemal tyle co sama gra, czyli około 300 zł. I tu naprawdę trudno nie kręcić nosem. Przez wiele lat wystarczyło po prostu grać w tryby fabularne, by zdobywać nowe postacie. Teraz trzeba grindować… albo płacić.

Największym rozczarowaniem okazał się jednak tryb MyRise. W ubiegłorocznej odsłonie był on absolutnie fenomenalny. Historia inspirowana rywalizacją WWE z World Championship Wrestling wciągała jak dobry serial i była jednym z najlepszych trybów fabularnych w historii serii. Tym razem wracamy jako wielka gwiazda, ale całość jest znacznie bardziej rozwleczona. Pojawia się mnóstwo walk zapychaczy, sporo grindu i przeciwnicy, którzy nie budzą większych emocji. Walczymy z midcarderami, a czasami nawet z postaciami wymyślonymi przez samą grę. Trudno się w to naprawdę wciągnąć, zwłaszcza jeśli pamięta się, jak dobrze wyglądało to rok temu.

Więc jak to jest z tym WWE 2K26?

Więc jak ostatecznie wypada WWE 2K26? To wciąż solidna odsłona serii i gra, która potrafi dostarczyć sporo zabawy. Problem polega na tym, że po dwóch naprawdę świetnych częściach oczekiwania były ogromne. Czy będzie to moja ulubiona odsłona? Raczej nie. Bawiłem się dobrze, ale mam wrażenie, że zarówno WWE 2K24, jak i WWE 2K25 wypadają dziś lepiej. Nie jest to katastrofa ani powrót do złych czasów serii. To po prostu moment, w którym rozwój na chwilę wyhamował. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko krótka zadyszka i że w przyszłym roku twórcy znów pokażą, że potrafią wynieść gry WWE na jeszcze wyższy poziom.

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Geek i audiofil. Magister z dziennikarstwa. Naczelny fan X-Men i Elizabeth Olsen. Ogląda w kółko Marvela i stare filmy. Do tego dużo marudzi i słucha muzyki z lat 80.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Ocena recenzenta

80/100

Showcase CM Punka

Lepsza fizyka 

Kolejna rozbudowa trybu Universe

Wyśmienity roster

Drobne dodatki jak kontrolowanie wejść czy start walki

Ringside Pass

Zmiany w staminie

Nudne MyRise

Grind, grind i jeszcze raz grind…

Movies Room poleca