Invicible tom 9 – recenzja komiksu

Zwykle pięć tomów liczących około trzystu stron to wystarczająco czasu, by opowiedzieć spójną i zamkniętą historię. Chyba, że chodzi o superbohaterów, których przygody ciągną się od dekad i zapewne prędko nie skończą. Invincible Roberta Kirkmana wypada dużo skromniej, niż serie z DC i Marvela, ale przy dziewiątym tomie czuć pewne stałe punkty i manierę autora, co ma jednak swoje plusy i minusy.

Strona komiksu Invincible tom 9

Dzieje się sporo. Pozorna śmierć Marka i tragedia w życiu jego zastępcy. Zmiany w strukturach społeczności jego rodaków i wywyższenie jego ojca. Kolejni złoczyńcy i kolejne potyczki. Słowem – standard świata superbohaterskiego Kirkmana. Scenarzysta nie zwalnia i właśnie ta szybkość sprawia, że gdzieś ulatuje cała energia, jaką niósł Invincible. Nawet największa słodycz w nadmiarze traci swą atrakcyjność, a bombardowanie akcją, początkowo będące atutem, z czasem zaczyna powoli tracić na sile. Cała ta dynamika nie psuje jednak jednej niezmiennej.

Strona komiksu Invincible tom 9

Kirkman, gdzieś w całej fali mordobicia, zawsze umieszcza poważniejsze wątki. Tu wiążą się one między innymi ze związkiem Eve i Marka, a konkretniej kolejnym etapem ich miłości, którym jest dziecko. Wiadomo, że rodzina herosa to magnes na przeciwników, a kobieta w ciąży, mimo że posiadająca własne metaludzkie zdolności, stanowi jeszcze wrażliwszy punkt. Napięcie ciągle towarzyszące parze i to w tak trudnym czasie to prawdziwa bomba zegarowa. Zresztą nie jedyna w tym albumie.

Invincible tom 9 posiada więc wszystkie wady i zalety poprzednich tomów. I w tym tkwi problem. Jeżeli dotąd w serii był jakikolwiek spadek bądź wzrost poziomu, to był on nieznaczny. Jest to tytuł superbohaterski z nieco większym pazurem niż konkurencja, ale bez skłonności do bycia ambitnym obrazkowym traktatem. Tu nie ma miejsca na rewolucję, mimo że autor stara się dorzucać do pieca nowe pomysły, w tym niektóre dość mocne, aczkolwiek finalnie to, co serwuje, smakuje tak samo. Invincible jest trochę jak aktor wciąż grający ten sam rodzaj bohaterów lub zespół grający dobrą, ale w żaden sposób nie ewoluującą muzykę. Zagorzali fani nie zauważą żadnej wady, ale ludzie, którzy lubią różnorodność, mogą zacząć marudzić. Dokłada się do tego Ryan Ottley, który zdaje się, że momentami zaczyna traktować swą pracę od niechcenia. Wystarczy przyjrzeć się mimice bohaterów, by zobaczyć, że kreskówkowy styl jest miejscami niedociągnięty…

Strona komiksu Invincible tom 9

Dziewiąty tom Invincible jest jak kolejny sezon serialu, którego nie da się nie lubić, ale jednocześnie nie wymienilibyśmy go w czołówce ulubionych. Zmęczenie materiału? Może nie jest aż tak drastycznie, ale skoro nawet zaskakujące twisty fabularne nie robią większego wrażenia, to coś zaczyna niepokojąco dymić i iskrzyć. Mimo to Wielka Dwójka nadal mogłaby sporo wynieść z lektury serii Kirkmana i Ottleya, a na horyzoncie nie widać czarnych chmur zwiastujących klapę w finale. Powiem więcej – zapoczątkowane tu zmiany mogą przynieść upragniony powiew świeżości i dziesiąty tom ma szansę nieco podnieść poprzeczkę.


Okładka komiksu Invincible tom 9

Tytuł oryginalny: Invincible The Ultimate Collection Vol. 9
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley
Tłumaczenie: Agata Cieślak
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 320
Ocena: 70/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?