the old guard background Advertisement

Berlinale 2016 – nasza relacja z festiwalu filmowego, dzień 3

poniedziałek, 15.02

O tym, że wybrane w oficjalnej selekcji filmy nie zawsze muszą być wysokich lotów, przekonałem się boleśnie podczas kilku różnych festiwali. Złych jabłek w koszyku nie zabrakło również w Berlinie, bo dwa z trzech tytułów konkuroswych okazały się dość chybione.

Konkurs główny

deathinsarajevo1

„Death in Sarajevo”

reż. Danis Tanovic

Tanovic niczym bumerang powraca w swoich filmach do rodzinnych stron, dokonując rozrachunku z historią krajów byłej Jugosławii. W „Śmierci w Sarajewie” jako punkt wyjścia stawia setną rocznicę zamachu na księcia Franciszka Ferdynanda, które to wydarzenie uznawane jest jako punkt zapalny do wybuchu I wojny światowej oraz narodziny Jugosławii. Reżyser wdaje się w dyskusje społeczne i polityczne, chcąc powiązać przeszłość z teraźniejszością. Prowadząc kilka wątków równolegle, w jednej lokacji w ciągu jednego dnia, osiąga dość ciekawy, klaustrofobiczny efekt, który jest metaforą sztucznie zlepionego państwa. Inna sprawa, że dość specyficzna tematyka może zniechęcić widzów spoza tego regionu do zmierzenia się z filmem.

Miejscem akcji jest luksusowy hotel, który najlepsze czasy przechodził w latach 80., choć także ostatnimi laty bywają tam wielkie gwiazdy (Angelina Jolie, Richard Gere…). Gośćmi hotelu mają być głowy państw i politycy przybyli na obchody rzeczone wcześniej rocznicy. Pełną parą trwają przygotowania, zaburzone przez groźbę strajku pracowników, którzy nie dostali wypłaty od dwóch miesięcy. Dyrektor stara się temu zapobiec, głównie posyłając swoją podwładną, by coś wynegocjowała, albo angażując rezydującą w piwnicach mafię, by zastraszyć organizatorów. Na dachu hotelu dziennikarka telewizyjna przeprowadza szereg rozmów z historykami, by w końcu spotkać się z bezpośrednim potomkiem Gavrilo Principe, który zatwardziale bronił będzie decyzji swojego przodka. Jest też gość specjalny, przygotowujący się do wystąpienia podczas spotkania polityków, oraz podsłuchujący go nierozgarnięci i naćpani policjanci. Nietrudno domyśleć się, że cała ta mozaika posypie się, doprowadzając do małego chaosu…

Operator prowadzi nas płynnie przez korytarze hotelu niczym przez nieskończony labirynt. Mroczny, zmęczony latami hotel momentami prezentuje się jak rześki staruszek, a w niektórych miejscach jak najgorszy slums. Szkoda, że wizualna strona filmu nie dźwiga do końca dość przewidywalnej i wyświechtanej fabuły, a bardziej sympatyczne postacie, przy natłoku zdarzeń i bohaterów, nie mają szans w pełni się rozwinąć.

Ocena Movies Room: 50/100

aloneinberlin1

„Alone in Berlin”

reż. Vincent Perez

Z jednego filmu konkursowego wpadłem na drugi – i było to przejście z deszczu pod rynnę. Kolejny rozrachunkowy w tematyce film, tym razem oparty na bestsellerowej powieści Hansa Fallady „Każdy umiera w samotności”, to potencjalny samograj z Emmą Thompson i Brendanem Gleesonem w rolach głównych. Aktorzy wcielają się w małżeństwo, które po stracie syna w kampanii francuskiej zaczyna roznosić widokówki z antywojennym przesłaniem w Berlinie. Część z nich trafia do policji, gdzie prowadzący śledztwo inspektor Escherin (Daniel Bruhl) stara się drogą dedukcji namierzyć autora wywrotowych wiadomości.

Kolejny raz, przy dużym budżecie i wsparciu wielkiego studia filmowego, otrzymujemy poprawnie zrobiony film, zniszczony przez detale. Bo dopieszczona do bólu scena wizualna, scenografia i kostiumy, zostają zniweczone przez drętwe dialogi prowadzone w języku angielskim z nieznośnym, niemieckim akcentem. Popadająca w melancholię ścieżka dźwiękowa nie pomaga w zatopieniu się w tą przejmującą opowieść o zdesperowanych rodzicach, starających się być głosem rozsądku w zahipnotyzowanym przez tyrana narodzie. Vincent Perez, który jest bardziej uznanym aktorem niż reżyserem, stworzył film do bólu sztampowy i konwencjonalny. Twórcy zabrakło doświadczenia, żeby nadać akcji odrobinę jakże potrzebnego napięcia, oraz odwagi, by do tego wdzięcznego tematu podejść się ze świeżością i drapieżnością.

Ocena Movies Room: 30/100

crosscurrent

„Chang Jiang Tu” („Crosscurrent”)

reż. Yang Chao

Podróż w górę rzeki Jangcy na barce z tajemniczym ładunkiem. Podróż tyleż dosłowna, co dziejąca się tu i teraz, we współczesnych Chinach, ile również poza czasem, wbrew logice. Na jednym planie mamy młodego kapitana statku, który według wierzeń musi wyzwolić jego duszę. Na drugim planie mamy tajemniczy poemat, zostawiony w maszynowni statku, napisany lata temu podczas podobnej podróży. I jest w końcu poszukiwanie jedynej miłości – nasz bohater w kolejnych portach spotyka tą samą kobietę, tylko w różnych etapach jej życia. Podobnie jak dwa płynące w przeciwnych kierunkach prądy rzeki, ich istnienia zetkną się tylko na chwilę.

„Crosscurrent” jest niczym filmowy poemat, jest jednocześnie baśnią i kinem realistycznym. Niektóre ujęcia i pejzaże równie dobrze znaleźć by się mogły w post apokaliptycznych produkcjach, jak i w dokumentach o współczesnych Chinach. Yang Chao opowiada o swoim kraju z miłością i szczerością, przygląda się przemianom, jakie zaszły wzdłuż Jangcy oraz zachowaniom i obyczajom swoich krajan. Spokojny, medytacyjny rytm filmu, poetyckie odwołania oraz szczątkowa fabuła niebezpiecznie balansują wokół pretensjonalności typowego kina arthousowego. Jednak piękno i uczucie zwycięża – przy odrobinie dobrej woli może okazać się, że zobaczyliśmy jeden z najlepszych tytułów tego festiwalu.

Ocena Movies Room: 88/100

Panorama

maggies

„Maggie’s Plan”

reż. Rebecca Miller

Od kilku lat wiem, czego oczekiwać po filmie z Gretą Gerwig, muzą Noah Baumbaha. Pozornie lekkiej komedii rozgrywającej się w Nowym Jorku, gdzie zakręcona i nietuzinkowa dziewczyna będzie starała się ujarzmiać swoje życie. I taki dokładnie jest „Maggie’s Plan” Rebecci Miller – przedłużeniem wszechświata filmowego stworzonego przez Woody Allena, zamieszkiwanego przez ekstrawaganckie, intelektualne postacie.

Gerwig wciela się w Maggie, trzydziestokilkuletnią wykładowczynię, która chcę zostać samotną matką z pomocą spermy byłego kolegi ze studiów. Plan zostaje zniweczony, bo zakochuje się ze wzajemnością w innym wykładowcy Johnie (Ethan Hawk), który dla niej zostawia swoją długoletnią partnerkę Georgette (Julianne Moore), z którą ma dwójkę dzieci. Kilka lat później okazuje się, że Maggie jest szczęśliwą mamą, ale nie do końca odnalazła się jako partnerka. „W związku jedno jest ogrodnikiem, a drugie różą” mówił o swoim byłym małżeństwie John, przestawiając siebie w roli ogrodnika. Teraz, z nową kobietą, ma szansę kwitnąć, pisząc swoją rozrastającą się do niebezpiecznych rozmiarów powieść, oddając wszelkie codzienne troski w ręce Maggie. Pora zatem na kolejny genialny plan…

Jesteśmy w stanie uwierzyć i zaakceptować niedorzeczne pomysły bohaterki głównie dzięki nieodpartemu urokowi Gerwig. Jej postać ma w sobie dziecinny czar niewinności, pomieszany z psychopatyczną wręcz chęcią kontroli. Chce zaplanować za każdego życie, choć czasem nie potrzeba planować zupełnie nic. Julianne Moore kradnie show w drugiej części filmu – jej pewna siebie Georgette jest zupełnym przeciwieństwem Maggie. Nieznoszącym słowa sprzeciwu tonem potrafi nakłonić drugą osobę do wypicia kawy z masłem, ale jej postać ulega największej przemianie. Komediowy potencjał filmu, perfekcyjnie dopracowany przez Miller w obserwacjach drobnych szczegółów i zachowań, błyszczy w wizerunku drugoplanowej pary małżeńskiej, granej przez Billa Hadera i Mayę Rudolph.

Ocena Movies Room: 90/100

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?