31. WFF – Dzień 8. – kino familijne, wojenne i sportowe

31. WFF powoli zbliża się do końca. Spora część filmów już za nami, lecz my nie ustajemy w prezentowaniu kolejnych produkcji, które można obejrzeć na warszawskim festiwalu. W ósmej relacji przeczytacie o kinie familijnym z Holandii, francusko-belgijskim dramacie wojennym z elementami irracjonalnymi oraz naturalistycznym dramacie o bokserze z Filipin.

 

„KOD M” – sekcja Rodzinny Weekend Filmowy

Dennis Bots od początków swojej kariery zajmuje się kinem familijno-młodzieżowym. W jego filmografii odnaleźć można między innymi lubiany przez publiczność „Ósmoklasiści nie płaczą”. Wydawałoby się, że reżyser po tylu latach znajomość gatunku powinien mieć w przysłowiowym małym palcu. Niestety „Kod M” to nieudany film. Może Bots jest już znudzony poruszaniem się w jednej tematyce?

„Kod M” przedstawia dwie równoległe historie. Pierwsza z nich toczy się w XVII wieku, druga w czasach współczesnych. Łączy je szpada D’Artagnana, którą miała zostać ofiarowana praszczurowi pewnej holenderskiej rodziny. Broń jednak nigdy nie trafiła do rąk własnych przodka głównej bohaterki jedenastoletniej Isabel . Dziewczynka postanawia pójść w ślady dziadka i odszukać cenny artefakt. Intencją Botsa była chęć stworzenia filmu w duchu kina nowej przygody i „Goonies”. Niestety „Kodowi M” brakuje charakteru. Posiada bezpłciowe postaci, kiepski montaż oraz sztampową muzykę. Podstawowym i niewybaczalnym błędem jest jednak brak przygody, która zaangażuje widza. Już dawno nie widziałem filmu, w którym postaciom wszystko przychodziłoby z nomen omen dziecinną łatwością. Nie ważne czy jest to ucieczka, znalezienie odpowiedzi czy włamanie w dowolne miejsce. Smutną konstatacją jest również, to że w dobie komputeryzacji, Internetu i smartfonów przygody są tak nudne, że reżyser musi dodawać atrakcji w postaci pochodni czy jazdy konnej. Ktoś powie, że już wyrosłem z kina familijnego i pewnie będzie miał rację. Niestety „Kod M” nie zainteresował również pewnej klasy z podstawówki, która wolała strzelać w siebie ze słomek, niż oglądać film.

Ocena Movies Room: 45/100

 

„Front w Dolinie Wakhan” – sekcja Odkrycia

Następny w kolejce jest francusko-belgijski „Front w Dolinie Wakhan”. Zarówno tytuł polski i angielski oraz pierwsze sceny sugerują, że obejrzymy typowe kino wojenne. „Front w Dolinie Wakhan” na pierwszy rzut oka wydaje się być wręcz  remakiem dokumentu „Wojna Restrepo”. Identyczne są lokacje (górski przyczółek), bohaterowie (niewielki oddział żołnierzy), sytuacje (patrole, użeranie się z tubylcami, sceny obozowe), uatrakcyjnienie zdjęć (termowizja). W filmie starano się również oddać jak największy realizm przedstawianej historii – taktyką walki, scenografią, kostiumami. Jednakże szybko zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe, a film przyjmuje konwencję realizmu magicznego, którą to w pierwszym odcinku przybliżył ostatnio serial „Narcos”. Otóż kolejni żołnierze francuscy znikają bez śladu. Miejscowi mówią, że związane ma to być z przypowieścią znaną z Koranu i władaniem doliną przez Allaha. Początkowo wojskowi starają się szukać wytłumaczeń racjonalnych i uznają, że koledzy zostali porwani przez wroga, lecz wśród Talibów również dochodzi do niewytłumaczalnych zniknięć. Do tego wszyscy mają identyczny sen o jaskini. Obie strony próbują rozwiązać zagadkę. „Front w Dolinie Wakhan” obywa się bez zbędnych ekspozycji i budowania postaci. Bohaterów poznajemy w trakcie filmu i poprzez to jak reagują na wydarzenia. Dzięki zabiegowi odkrywania niewytłumaczalnej racjonalnie tajemnicy doliny fabuła trzyma nas w napięciu od początku do końca. Twórcy potrafią rozładować napiętą sytuację wykorzystując również komediowy aspekt historii i zderzenia kultur. Wiarygodnie w roli żołnierzy wypada również obsada, a szczególnie Jeremie Renier w roli kapitana. Aktor znany z filmów braci Dardenne przekonująco obrazuje przemianę swojego bohatera oraz postępujące wyniszczenie psychiczne w związku z nieudanymi próbami poszukiwawczymi. Trzeba przyznać, że w pełnometrażowym debiucie reżyserowi Clementowi Cogitore’owi wyszedł  niecodzienny manifest antywojenny i jeden z najlepszych dramatów wojennych ostatnich lat. My będziemy z uwagą przyglądać się kolejnym jego projektom.

Ocena Movies Room: 85/100

„Bestia” – Konkurs 1-2

Ostatnim widzianym przeze mnie filmem była „Bestia” braci McKeith – Sama i Toma. Australijscy reżyserzy w swoim debiucie na warsztat wzięli dramat sportowy, a dokładniej film bokserski. Nie jest to film w amerykańskim stylu, gdzie chłopak z nizin społecznych osiąga sukces. Wręcz przeciwnie. Jak wiemy boks cieszy się popularnością, gdyż przypomina pojedynek honorowy. Walka jest brutalna, ale obowiązują w niej ścisłe reguły. Jednak gdy walczysz w obskurnych indonezyjskich halach, to nie ma tam zbyt wiele miejsca na szlachetność. Dużą wygraną może zapewnić wyłącznie układ z gangsterami i obstawianie walk. Jamie więc majstruje przy rękawicach i wygrywa. Jednak jego ostatni rywal umiera w szpitalu. Jamie w ramach pokuty postanawia pomóc rodzinie przeciwnika, co nie podoba się gangsterom i wdowie po Ramirezie. Chłopaka czeka ciężka noc w Manilli.

Australijsko-filipiński film próbowano przedstawić jak najbardziej realistycznie. Kamera prowadzona z ręki trzyma się blisko bohaterów. Miasto jest mroczne, prezentowane nam są ciemne zaułki, tanie motele, nocne kluby, brudne rzeki i uliczne życie. Scena walki bokserskiej nie jest udawana, a ciosy przyjmowane są prosto na twarz. Możliwe to było dzięki zaangażowaniu w głównej roli boksera Chada McKinneya. Trzeba przyznać, że jak na aktora niezawodowego wypadł całkiem przyzwoicie. Skutecznie zaprezentował dwa oblicza postaci: „Bestii” w ringu i przeciwieństwa poza nim. Przyniesie pijanego ojca do domu, zrobi pranie, pomodli się o zdrowie oponenta. Twórcy nie zadają również pytań „dlaczego?”. Interesują ich wyłącznie próby zmierzenia się Jamiego z konsekwencjami czynu i niechętnej wobec jego pomocy rodziny Ramirezów. Najciekawsze są więc wewnętrzne zmagania boksera, walka z samym sobą. Z jednej strony chce postąpić honorowo, z drugiej uniknąć kary i nie przyznać do oszustwa w ringu. Główną wadą „Bestii” jest zbyt jednostajne tempo filmu. Bracia McKeith nie spieszą się opowiadając historię. Szczególnie lubują się w długich ujęciach twarzy albo zwykłego przemieszczania się bohaterów. Niestety Australijczycy nie zdecydowali się na podkręcenie fabuły poprzez zwroty akcji czy pojawienie się bezpośredniego zagrożenia ze strony gangsterów. Zawiedzeni mogą być również ci, którzy liczą na sporo scen walki. Ta jest jedna i to na samym początku filmu, będąc wyłącznie punktem wyjścia dla fabuły. Mimo wszystko jest to historia, która ujmuje i pozostaje w głowie również po seansie.

Ocena Movies Room: 65/100

 31. WFF trwa do 18 października.

Dziennikarz

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?