Advertisement
Advertisementpixel

Cannes 2019 – dzień 10: It Must Be Heaven i Sybil

Ostanie dwa filmy w konkursie o Złotą Palmę nie powinny zaważyć na końcowym wyniku. Choć nigdy nie wiadomo. Francuski dramat psychologiczny nie ma może synonimów wielkiego kina, ale broni się dobrym aktorstwem. Palestyńska czarna komedia jest aktualną satyrą polityczną  i dzięki temu może zyskać w oczach jury festiwalu w Cannes.

It Must Be Heaven

reż. Elia Suleiman

Absurdy codziennego życia i celny komentarz polityczny przeplatają się ze sobą w najnowszym filmie Palestyńczyka. Jego poprzednia produkcja – Czas, który pozostał– miała premierę równe dziesięć lat temu, więc reżyser nie kwapi się z nowymi tytułami. I w tym przypadku cierpliwość się opłaciła, bo It Must Be Heaven to z jednej strony piękne nawiązanie do filmów Jacquesa Tati i Bustera Keatona, z drugiej – oryginalny głos na temat współczesnego świata.

Kadr z filmu It Must Be Heaven / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu It Must Be Heaven / fot. materiały prasowe

Centralną – często dosłownie – postacią filmu jest grany przez reżysera mieszkaniec Nazaretu. I poza trzema słowami (tłumaczącymi skąd pochodzi) starszy pan w kapeluszu, okularach w rogowej oprawce i o zmęczonej twarzy nie wypowie żadnego innego słowa. Zawsze w środkowej części kadru, ta postać jest naszymi oczami na otaczający świat. Najpierw poznajemy Nazaret. Jeden z jego sąsiadów podkrada mu cytryny pod pretekstem dbania o drzewo. Drugi wraca z polowania z baśniową opowieścią. W restauracji dwaj bracia chcą zlinczować właściciela, że podał ich siostrze alkohol, w którym gotowany był kurczak. Bohater w pewnym momencie pozbywa się rzeczy należących do jego zmarłej żony i wyrusza za granicę, by spróbować zrealizować nowy film. W Paryżu ma spotkanie z producentem, na którym dowie się, że jego treść jest za mało palestyńska. W Nowym Jorku potencjalni inwestorzy nie chcą nawet słyszeć o takiej historii.

Statyczna kamera pokazuje świat w bardzo specyficzny sposób. Najpierw Suleiman w centrum kadru przygląda pewnemu wydarzeniu. Po cięciu widzimy oglądaną scenę z jego perspektywy. Co jakiś czas ujęcie wraca do jego twarzy, który minimalnymi ruchami brew daje wyraz swojego zdziwienia i przejęcia, czasem smutku i radości. Świat postrzegany oczyma reżysera nie jest zbyt wesoły, choć obserwacje wywołują gromki śmiech. Jak choćby otwierająca sekwencja, w której prawosławna procesja ma problem z dostaniem się do wnętrza kościoła i zdesperowany duchowny musi wziąć sprawy we własne ręce. Albo widok amerykańskiej ulicy, na której każdy przechodzień uzbrojony jest w pistolet, od matek z dziećmi po staruszków, od pistoletów po wyrzutnie rakiet. Trudno nie nazwać politycznym widoku opustoszałej paryskiej ulicy, po której idealnie zsynchronizowani policjanci na segweyach gonią kogoś, czołgi przemierzają stylowe dzielnice, a samoloty przecinają niebo. W Nowym Jorku temat Palestyny jest tak delikatny, że nawet przebrana za anioła kobieta z flagą tego państwa jest traktowana jak zagrożenie, goniona po całym Central Parku przez gliniarzy. Świat wcale nie jest taki kolorowy w porównaniu do tego, co dzieje się w jego regionie. Reżyser komentuje sytuację w swoim kraju w zgrabnej scenie, gdy dwóch izraelskich żołnierzy wiezie na tylnym siedzeniu kobietę z zawiązanymi oczami. Bardziej niż aresztowaną mundurowi zainteresowani są przymierzaniem okularów słonecznych.

It Must Be Heaven ogląda się niczym zaginiony film Tatiego albo Chaplina. Stanowi też doskonały duet z Po tamtej stronie Aki Kaurismakiego albo innym filmem pokazywany w tym roku w Cannes w ramach Tygodnia Krytyków – marokańskim The Unknown Saint. Śmiała polityczna satyra oglądana ze stoickiej perspektywy może przysporzyć mu wielu fanów i namieszać w wydawałoby się rozstrzygniętym konkursie głównym.

Ocena: 75/100


Sybil

reż. Justine Triet (Francja)

Widzieliśmy to w kinie nie raz. Psychoanalityk diagnozujący i leczący swoich pacjentów sam nie do końca radzi sobie z życiem, użera się z przeszłością i nałogami. W ten schemat idealnie wpisuje się francuski dramat psychologiczny Sybil, w którym elementy czarnej komedii mieszają się z wątkami autotematycznymi, pokazującymi w krzywym zwierciadle europejskie kino. Z tej odważnej mieszanki wyszedł dość nierówny produkt, któremu daleko do subtelności.

Kadr z filmu Sybil / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sybil / fot. materiały prasowe

Sybil (Virginie Efira) chce zakończyć swoją karierę jako psychoanalityczka i zająć się pisaniem książek. Brakuje jej do tego dobrej historii. Wtedy na horyzoncie pojawia się przechodząca załamanie nerwowe aktorka Margot (Adèle Exarchopoulos), uwikłana w toksyczny trójkąt miłosny z kolegą z planu (Gaspard Ulliel) i reżyserką filmu, w którym oboje występują (Sandra Hüller). Dla tytułowej bohaterki spisywanie tych wydarzeń okazuje się być jakże kuszącą perspektywą. Sybil zaczyna także delikatnie ingerować w dramaty, tracąc chłodne i obiektywne spojrzenie na całą sytuację, jakie przystoi profesjonalistom w jej zawodzie.

Reżyserka dość odważnie traktuje linię czasową filmu, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Wspomnienia Sybil, które pojawiają się w dość nieoczekiwanych momentach, rzucają nowe światło na główną postać. Dzięki kunsztowi aktorskiemu Efiry możemy dość szybko połapać się, na którą wersję jej postaci patrzymy: rozbitą, młodszą Sybil, albo pozornie ułożoną, skupioną kobietę. Widzimy pełen pasji związek z niejakim Gabrielem (Niels Schneider) i niedomkniętą relację ze zmarłą matką alkoholiczką. Terapeutka nie potrafi też zerwać ze swoim uzależnieniem, jakimi są niektórzy klienci (ma sesje z pewnym młodym chłopakiem). Mimo, iż ma dwójkę dzieci i troszczącego się o niej partnera oraz pomocną siostrę, wydaje się szukać innych wrażeń. Jednak kiedy dramat Margot przybierze na kolorach i zagrożone zostanie ukończenie filmu (zatytułowanego Don’t Talk To Strangersjako ironiczna przestroga dla głównej bohaterki, by nie odbierała telefonu od nieznanych numerów, co robi na samym początku), Sybil zostanie sprowadzona na plan zdjęciowy, żeby pomóc młodej aktorce poradzić sobie z trudnymi do okiełznania emocjami.

Kadr z filmu Sybil / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sybil / fot. materiały prasowe

Triet nie udało się znaleźć balansu pomiędzy rozrywającymi od środka gatunkami. Szkoda, że film nie idzie albo w stronę odkręconej na maksa czarnej komedii w stylu Podwójnego kochanka Fracoise Ozone’a, albo intrygującej introspekcji w klimacie Bólu i blasku Pedro Almodovara. Doklejona do tego, zabawna krytyka świata kina, niepotrzebnie komplikuje nasz odbiór przeżyć bohaterki. Kiedy więc Trier powtarza niemalże dosłownie scenę z Portrait of a Lady on Fire, gdy główna bohaterka zalewa się łzami, a towarzyszy temu pierwsza część Czterech pór rokuVivaldiego, nasza reakcja to głośne meh.

Ocena: 50/100

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Więcej informacji o

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?