Venezia77: Najciekawsze filmy na półmetku festiwalu

Gdyby po pięciu dniach imprezy filmowej w Wenecji wybrać tytuł, który przypadł większości festiwalowiczów do gustu, byłaby nim absurdalna francuska komedia Mandibules. Nie znaczy to jednak, że to jedyny dobry film festiwalu. Tych dobrych było kilka. Tylko arcydzieł jak na razie brak.

Na otwarcie imprezy zobaczyliśmy całkiem przeciętny rodzinny dramat Więzi (Lacci) włoskiego reżysera Daniele Luchetti, który okazał się uboższą wersją Historii małżeńskiej, jednego z filmów Netflixa, który podczas poprzedniej edycji był jednym z czarnych koni imprezy, choć filmowi nie przypadła żadna nagroda. W tym roku streamingowy gigant zupełnie zignorował włoskie święto kina i nie pokazuje tu żadnej swojej oryginalnej produkcji. Włosi, jak na piłkarzy grających na własnym boisku, liczą że gospodarzą będą pomagały ściany, bo kolejne wystawiane przez nich filmy okazywały się coraz słabsze.

Więzi broniły się kilkoma ciekawymi zabiegami narracyjnymi i stylistycznymi, świetnymi zdjęciami oraz niezawodną jak zwykle Albą Rohrwacher, która wciela się w rolę kobiety zdradzanej przez męża, zostawioną przez niego z dwójką dzieci. Po latach dzieci osądzą ich z podjętych kiedyś decyzji.

Konkurs główny

Nie zachwycił także pierwszy włoski film walczący o Złotego Lwa. Padrenostro również korzysta z zabiegu retrospekcji i opowiada historię rodziny we Włoszech połowy lat 70., która próbuje żyć normalnym życiem w mieście, gdzie ktoś co chwila czycha na ich życie. Głowa rodziny – Alfonso (Pierfrancesco Favino) jest jednym z szefów policji, którzy próbują się rozprawić z lewicową grupą terrorystyczną. Egzystencja w ciągłym strachu wpływa szczególnie mocno na dziesięcioletniego Valerio (Mattia Garaci), który po strzelaninie pod domem zaczyna mieć poważne ataki paniki. Nagle w jego życiu pojawia się Christian (Francesco Gheghi), kilka lat starszy chłopiec, który zaczyna spędzać z nim coraz więcej czasu. Tylko czy Christian nie jest wymysłem jego wyobraźni? Bardzo ciekawy koncept filmu został zmarnowany przez brak wyczucia w stosowaniu pewnych rozwiązań fabularnych zaczyna irytować. Nie mówiąc, że film niepotrzebnie trwa dwie godziny.

Kadr z filmu Pieces of a Woman / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Pieces of a Woman / fot. materiały prasowe

Na szczęście Wenecja nie jest usłana tylko i wyłącznie włoskim kinem. Wśród tytułów, które wzbudziły większe emocje widzów na pewno znalazły się dwie produkcje anglojęzyczne. Pieces of a Woman to pierwszy film węgierskiego reżysera Kórnela Mundruczó (Biały bóg, Joanna) zrealizowany poza ojczyzną. W tym wstrząsającym dramacie w głównych rolach występują Vanessa Kirby i Shia LaBeouf i bez dwóch zdań jest to ich popis aktorski. Oboje grają parę, która spodziewa się dziecka i decyduje się na poród w domu. Położna (Molly Parker), która nadzoruje cały proces, zaczyna niepokoić się, że z płodem może być coś nie tak. Trwająca prawie trzydzieści minut, zrealizowana w jednym ujęciu scena porodu, choć oszczędza nam ginekologicznych detali, perfekcyjnie buduje atmosferę napięcia i oczekiwania. Zasługa w tym nie tylko genialnie skoordynowanej pracy kamery, ale także świetnej gry aktorskiej. Przez te pół godziny puls widów osiąga rejony około zawałowe.

Pieces of a Woman to historia rozgrywająca się na przestrzeni kilku miesięcy, pokazująca rozpad związku dwojga ludzi spowodowany tragicznym wydarzeniem. Nie bez winy jest rodzina, nie szukająca pomocy i wsparcia psychologicznego dla pary, ale raczej zainteresowana aspektem finansowym. Doskonale zrealizowany film ma pewne problemy z nachalnym symbolizmem (mężczyzna buduje mosty, kobieta pielęgnuje nasiona), ale jesteśmy w stanie wiele wybaczyć, gdy oglądamy tak świetny aktorski koncert.

Kadr z filmu The World to Come / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu The World to Come / fot. materiały prasowe

Drugim doskonale odebranym filmem był The World To Come, drugi film fabularny pochodzącej z Norwegii aktorki Mony Fastvold. W tym również główną rolę zagrała Vanessa Kirby, której sekundują fantastyczna Katherine Waterson, stonowany jak zwykle Casey Affleck i Christopher Abbot. Rozgrywająca się w latach 50. XIX wieku na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych historia skupia się wokół dwóch par, które mieszkają na sąsiadujących ze sobą farmach. Abigail i Dyer (Waterson i Affleck) stracili niedawno czteroletnią córkę. W ich domu panuje nastój żałoby, małżeństwo ledwo ze sobą rozmawia. Sytuacja zmienia się, gdy Abigail zaprzyjaźnia się z Tallie (Kirby), która razem z mężem Finney’em wprowadziła się do okolicy. Kobiety zaczynają spędzać ze sobą coraz więcej czasu, nawiązując między sobą znajomość, która przeradza się w coś głębszego. Film oddaje poczucie izolacji i samotności, z którą musieli mierzyć się pierwsi osadnicy. Poruszony jest też temat kobiet i ich rola w społeczeństwie, potrzeba edukacji i wolności. Nic nie jest tu jednoznaczne, a dramatyczny finał rozdziera serce. Porównania do Tajemnicy Brokeback Mountain będą pojawiały się bardzo często.

W walce o Złotego Lwa do tej pory zwróciły też uwagę dwa inne tytuły. W Quo Vadis, Aida? Jasmila Zbanic dokonuje mrożącego krew w żyłach rozrachunku z wojną domową na Bałkanach, rekonstruując masakrę w Srebrenicy. Bohaterka filmu, tłumaczka dla wojsk ONZ pomiędzy dowódcami niebieskich kasków i Serbami pod wodzą Radko Mladica, uczestniczy w negocjacjach obydwu stron. Widząc bezsilność wojsk pokojowych stara się uratować przetrzymywanych w obozie ONZ muzułmanów, wśród których są jej mąż i synowie.

I w końcu indyjski The Disciple w reżyserii Chaitanya Tamhane’a, opowiadający o pragnieniu młodego piosenkarza w zostaniu klasycznym wokalistą. Jest to droga pełna wyrzeczeń, nie gwarantująca ani pieniędzy, ani sławy. Podążając za śladami swojego mistrza, młody mężczyzna będzie musiał oprzeć się pokusie dumy, pogodzić trening głosu z codziennym życiem. Piękny film utkany hipnotyzującą muzyką, pokazujący jak trudna i niewdzięczna jest droga do perfekcji.

Poza konkursem

Drugiego dnia premierę miał półgodzinny film Pedro Almodovara, luźno oparty na dramacie Jeana Cocteau The Human Voice, który jest praktycznie monodramem nagodzonej podczas festiwalu Tildy Swinton. Nikt z taką lekkością jak Brytyjka nie potrafi w jednej chwili recytować czułych słów, błagając przez telefon mężczyznę by wrócił do niej do (pięknie jak zwykle u Hiszpana zaprojektowanego) mieszkania, by po chwili z furią wywijać siekierą. Almodovar igra z widzem, demaskując mieszkanie jako pieczołowicie wykonaną scenografię. Kolory, muzyka, emocje – nie mamy wątpliwości od pierwszych sekund, że obcujemy z filmem twórcy Volver, choć nie w formie pełnometrażowej.

Kadr z filmu Greta / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Greta / fot. materiały prasowe

Poza konkursem zobaczyliśmy także bardzo interesujący dokument o Grecie Thunberg zatutułowany po prostu Greta. Nathan Grossman poznał młodą szwedkę jeszcze zanim jej sława ogarnęła cały świat. Dokumentalista towarzyszy jej i jej rodzinie do momentu jej pamiętnego występu przez Organizacją Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Z tego portretu wyłania się niezwykle dorosła jak na swój wiek dziewczynka pewna swoich przekonań, całkowicie im oddana i przekonana o swojej racji.

Na koniec o dwóch filmach, w których centralne role odegrały… owady. W wyreżyserowanym przez Filipa Jana Rymszę Mosquito State oglądamy ostatni kryzys finansowy z perspektywy genialnego informatyka programującego algorytmy dla firm grających na nowojorskiej giełdzie. Będąc finansowym krwiopijcą mężczyzna sama pada ofiarą innego drapieżnika, największego wroga człowieka – komara. Owad zalęga się w jego luksusowym mieszkaniu, wpływając na jego życie i zachowanie. Wizualnie i tematycznie film przypomina dzieła Davida Cronenberga, nie bojąc się podążać w kontrowersyjne rozwiązania jak zniekształcenia fizyczne czy władanie nad chmarą komarów.

Kadr z filmu Mandibules / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Mandibules / fot. materiały prasowe

No i w końcu wspomniane Mandibules – absurdalna komedia Quentina Dupiexa, twórcy Deerskin i Morderczej opony. Ten film to czysta zabawa, w której dwóch idiotów skończonych kretynów wpada na iście genialny plan. Zamiast wykonań zlecone im zadanie przewiezienia walizki z punktu A do B za 500 Euro, postanawiają zająć się treningiem gigantycznej muchy znalezionej w bagażniku skradzionego samochodu. Co chwila ich plan zostaje storpedowany przez inną myśl, która sprawia, że szalonym pomysłom tej dwójki nie ma końca. Jest spalona przypadkiem przyczepa kempingowa, porwany pies i mucha, która zasmakowała w jedzeniu dla kotów. Dwóch bohaterów zamiast przybijać sobie piątkę, wymienia się gestem “toro”, który sam w sobie jest równie bezsensowny i idiotyczny, co oni sami. Kiedy po projekcji widzowie wymieniali się “toro” między sobą, cytując idiotyczne teksty i gesty bohaterów, przypomniałem sobie jak wspaniale jest być na festiwalu filmowym z prawdziwą, a nie wirtualną publicznością.

77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji potrwa do 12 września.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?