Rozmawiamy z Maggie Q! Odtwórczynią roli Gwen w Wyspie Fantazji!

Maggie Q, pochodząca z Honolulu na Hawajach, od czasów studenckich podróżowała po całym świecie. Pracowała jako modelka w Japonii i na Tajwanie, po czym przeprowadziła się do Hongkongu, gdzie otrzymała propozycję współpracy od wytwórni filmowej Jackiego Chana. Zagrała w dwóch jego filmach – „Godziny szczytu 2” i „W 80 dni dookoła świata”. Jednak po raz pierwszy w blasku reflektorów znalazła się dopiero po występie u boku Toma Cruise’a w „Mission: Impossible III”. Po tej roli jej kariera nabrała tempa dzięki występom w takich filmach jak: „Szklana pułapka 4.0”, „Zakochany Nowy Jork”, „Piłki z jajami”, czy też trylogia „Niezgodna”. Telewizyjną sławę zdobyła jako tytułowa „Nikita”, zbuntowana zabójczyni próbująca unicestwić organizację, która ją wyszkoliła. Obecnie pracuje na planie thrillera sensacyjnego pod tytułem „The Asset”, gdzie występuje u boku Michaela Keatona i Samuela L. Jacksona.

Poza aktorstwem Maggie zajmuje się także działaniami na rzecz praw zwierząt i ludzi, wspierając organizacje takie jak: PETA, Best Friends, WildAid, Kageno i PCRM (Komitet Lekarzy na Rzecz Medycyny Odpowiedzialnej) z siedzibą w Waszyngtonie. Miłość do naszej planety zainspirowała ją do stworzenia marki odzieży sportowej QEEP UP. Jej ubrania są wykonane w 100% z materiałów pochodzących z odzysku lub wyłowionych z oceanu, a ich produkcja odbywa się w Stanach Zjednoczonych. Maggie, założycielka marki, może dzięki temu zrealizować swoje marzenie połączenia pasji ze szczytnym celem. 

Film dostępny jest już na platformach: Canal+ Platforma, Chili, Apple TV, Orange VOD, Player+, Rakuten TV, UPC, Vectra.

Jak zaangażowałaś się w projekt „Wyspa Fantazji”?

Maggie Q: Szczerze mówiąc, gdy usłyszałam o tym, że planowana jest produkcja, która miała ożywić tę franczyzę, nie byłam do tego przekonana. Publiczność doskonale pamiętająca ten serial ma konkretne oczekiwania. Z drugiej strony plan zakładał zachęcenie do tego projektu nowego pokolenia, które nie wie, co to był za serial, i nie ma żadnego punktu odniesienia. To stawia twórców w skomplikowanej sytuacji, więc miałam pewne wahania. Dopiero kiedy poznałam Jeffa i przeczytałam scenariusz, pomyślałam sobie: „Hej, to jest zaskakująco dobrze napisany film pełen dopracowanych postaci”. Tak więc najpierw przekonał mnie sam materiał. I oczywiście Michael Peña – uwielbiam jego grę aktorską. Michael zaangażował się w projekt, a Jeff dobrał resztę obsady pod nas oboje. Ostatecznie na moją decyzję złożyło się wiele czynników. 

Czyli nie pamiętasz serialu?

M.Q.: Byłam na niego za młoda. Nawet serial „Wonder Woman” nie był skierowany do mojego pokolenia, choć wtedy Lynda Carter cieszyła się jeszcze popularnością. Jednak nawet jako dziecko miałam świadomość znaczenia tej produkcji. Jasne, od tego czasu udało mi się w końcu ją obejrzeć, ale byłam zbyt młoda, by móc przeżywać ją w czasach świetności.

Wszystkim najbardziej w pamięci utkwiła postać Tattoo, niskiego Francuza, który wykrzykiwał: „Szefie, szefie – samolot, samolot!”, gdy na wyspę przybywali goście.

M.Q.: Oczywiście – i wszyscy mnie o niego pytają! Nie mogę jednak niczego zdradzić, bo pod koniec filmu widzów czeka zabawna niespodzianka.

Film ma bardzo zróżnicowaną etnicznie obsadę. Czy jest w tym twoja zasługa?

M.Q.: Poprosiłam, aby w postać mojego męża wcielił się afroamerykański aktor, a naszą córkę zagrało dziecko mieszanej krwi, lecz to Jeff zajmował się castingiem. To jego zasługa. Wiem, że przede wszystkim szukał najlepszych aktorów pasujących do danej roli. Od samego początku wspierał dywersyfikację etniczną, ale jednocześnie nie chciał, by film był w zasadzie płytką historią o kimś, z kim nie można się utożsamić. Trzeba mu to przyznać – od początku naciskał na to, by obsada reprezentowała świat takim, jakim jest naprawdę, a ludzie zobaczyli na ekranie to, czego pragną. Nie poszedł jednak na żadne kompromisy. Ostatnią rzeczą, jakiej chcesz podczas kompletowania zróżnicowanej etnicznie obsady, jest dobranie odpowiedniej mieszanki ras w celu uciszenia krytyków, nie zwracając jednocześnie uwagi na talent i dopasowanie do postaci. To częste zmartwienie podczas doboru zdywersyfikowanej grupy aktorów czy aktorek. Sądzę, że najważniejsze jest znalezienie odpowiednich ludzi. 

Columbia Pictures

Wcielasz się w Gwen. To dość niezwykła postać jak na film grozy, nieprawdaż?

M.Q.: Masz całkowitą rację. Prawda jest taka, że gdybym nie zobaczyła, ile emocji, bólu i pojednania z losem musi pojawić się w życiu tej bohaterki, nie przyjęłabym tej roli. Nie interesuje mnie rozrywka sama w sobie. Chodzi mi o to, że jeśli postać nie zabierze cię w emocjonalną podróż, to nie widzę w niej żadnego sensu. Gwen jest interesująca, bo składa się z wielu warstw. Gdy ją poznajesz, myślisz sobie, że to nieskomplikowana, prostolinijna osoba, która żałuje tylko jednej rzeczy – tego, że miała szansę na szczęście, lecz powiedziała: „Nie”. Mogła wieść szczęśliwe życie; mieć przystojnego męża, który by ją kochał, i cudowne dziecko. Jednak po chwili zagłębiasz się w jej historię i dostrzegasz, że jest powód, przez który sabotuje swoje szczęście – nie czuje się godna niczyjej miłości.

To wszystko było już w scenariuszu, czy też przyczyniłaś się jakoś do rozwoju Gwen? Brzmi to tak, jakbyś miała konkretną wizję tego, kim ona będzie.

M.Q.: Powiem ci, co mnie zafascynowało, i nad czym pracowaliśmy razem z Jeffem – chodzi o poczucie winy u osoby ocalonej. Nie jest to popularny temat badań, jednak istnieją naprawdę interesujące opracowania dotyczące życia osób, które jako jedyne – lub jedne z niewielu – uszły z życiem z tragedii. Do takich ludzi należą uczestnicy wypadków samochodowych czy katastrof lotniczych. W takim człowieku do końca życia tkwi pewien poziom poczucia winy i bólu. Zależy on oczywiście od tego, kim jest dana osoba. To wpływa na każdą decyzję, którą podejmuje, myśląc zazwyczaj: „Nie zasługuję na to, co mam przed sobą. Nie zasługuję na szczęście. Czemu wciąż żyję?”. To choroba trawiąca wszystkie aspekty życia. W przypadku Gwen od takiego wydarzenia minęło zaledwie 6 lat, lecz ludzie potrafią cierpieć tak przez całe życie – 30, 40, czy 50 lat. Ona otrzymała jednak wspaniały dar: świadomość, że niezależnie od tego, co się wtedy stało, jej życie – to, które ma teraz – jest wspaniałe. Zrozumiała, że ma szansę na nowy początek zamiast ciągłego tkwienia w przeszłości. To był temat, który zgłębialiśmy szczegółowo, i dyskutowaliśmy o nim w kontekście Gwen oraz tego, jak wyglądało jej życie.

Gdzie miały miejsce zdjęcia do filmu?

M.Q.: Na Fidżi. To był szalony okres. Spędziliśmy tam kilka miesięcy.

Nakręciliście tam całość filmu czy dodatkowo pracowaliście jeszcze w studiu w Stanach?

M.Q.: Nie, wszystko działo się na Fidżi. (śmiech) Choć można powiedzieć, że tam też mają „studia”. To było niesamowite. To jedna z gorzej dofinansowanych produkcji, w jakich wystąpiłam, a jednak Jeff wziął w swoje ręce projekt, którym wytwórnia Blumhouse była podekscytowana. Stworzył coś, co ostatecznie wygląda znacznie lepiej, niż pozwalały na to warunki materialne. To świadectwo tego, jak ciężko pracuje i jak silną wizję posiada. 

To dość niespotykane. Zwykle w przypadku takich filmów w danym miejscu spędza się tydzień, a resztę produkuje w Stanach…

M.Q.: Wiem! To sama prawda. Jednak szczerze – i sądzę, że Jeff jest tego świadom – nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy postąpić tak, jak mówisz, co często się dzieje, i być w stanie stworzyć tak fantastyczną produkcję. Mieszkaliśmy na statku wycieczkowym, a do pracy pływaliśmy małymi łódkami. Gdy już znaleźliśmy się na planie, byliśmy kompletnie odizolowani od świata. To nie było miejsce turystyczne, żaden hotel, w którym byłoby pełno ludzi. Wokół panowała pustka, przebywaliśmy tam jedynie my i kilka bezpańskich psów.

Columbia Pictures

Jak często wchodziłaś w interakcje z pozostałymi członkami obsady? To wielowątkowa historia, więc nie zawsze występowaliście razem w tych samych scenach.

M.Q.: Jeden tydzień spędziliśmy na wytężonych próbach, gdyż Jeff uważa, że aktorzy nie powinni ćwiczyć jedynie w grupach, ale także jeden na jeden z osobą, z którą będą mieli najwięcej do czynienia na planie. Tak więc przez pierwszy tydzień zajmowaliśmy się właśnie tym, a potem, w trakcie zdjęć na wyspie, wszyscy mieszkaliśmy razem przez 14 dni na jednym statku. Spędziliśmy ten intensywny okres wspólnie, więc była to także okazja do poznania się. Właśnie w tym czasie wytworzyła się między nami nierozerwalna więź. Gdy zaczęliśmy pracować nad osobistymi wątkami i siłą rzeczy nasze drogi się rozmijały, to właśnie ta bliskość dawała nam poczucie, że należymy do jednej, wielkiej rodziny, którą udało nam się zbudować przez te dwa tygodnie. To było naprawdę mądre posunięcie. Może nie był to zamierzony efekt, niemniej tak właśnie się stało.

Biorąc pod uwagę fakt, że twoja kariera obraca się wokół filmów sensacyjnych, można by sądzić, że w pewnym momencie zobaczymy cię w akcji także w tej produkcji, lecz tak się nie stało. Lubisz igrać z oczekiwaniami wobec siebie?

M.Q.: Tak. Ludzie zawsze pytają mnie o filmy akcji. To dość śmieszne, bo z pewnością jest to moja nisza, ale z drugiej strony zajmowałam się także innymi rzeczami. Prawda jest taka, że filmy sensacyjne są zwykle najpopularniejsze. Przyciągają największą publiczność i zadowalają masy, przez co ludzie świetnie je pamiętają. Mimo to lubię, gdy ludzie oczekują czegoś, mówiąc: „Och, na pewno zaraz komuś dokopie”. A potem uświadamiają sobie: „Jednak nie, przecież jest rozbita emocjonalnie”. To zupełne przeciwieństwo tego, co zazwyczaj zrobiłabym na ekranie.

To pasuje idealnie do jednego z motywów przewodnich tego filmu: nic nie jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka. Czy rozmawialiście kiedykolwiek z Jeffem na ten temat? Czy można uznać, że film niesie ze sobą pewien przekaz?

M.Q.: Powiedziałabym, że ma duszę. Sądzę, że wszystkie te postacie poszukują swego rodzaju bliskości. Oczywiście poza J.D. i Braxem, którzy są zabawni – dwóch ziomali interesujących się tylko „zabawą, laskami w bikini i gorącymi facetami”. (śmiech) To typowe dla młodych mężczyzn, a śmieszy dlatego, że nie każdy będzie przecież fantazjować na temat zadośćuczynienia jakichś win czy zaleczenia ran psychicznych. Widać to jednak w przypadku większości pozostałych postaci – w zasadzie każda z nich chce się poczuć lepiej. Im jestem starsza i im bardziej zagłębiam się w życie z moimi przyjaciółmi, rodziną i ludźmi, których kocham, tym bardziej dostrzegam, że koniec końców wszyscy próbujemy wyleczyć się z jakiejś traumy. Każdy chce się jej pozbyć, by móc zrozumieć, dlaczego zasługuje na swoje życie. Powinniśmy cieszyć się z tego, co posiadamy. Nadrzędnym motywem przewodnim filmu jest przecież motto: uważaj, czego sobie życzysz. Gdyby natrafiła się okazja na zrobienie jakiejś rzeczy inaczej albo odzyskanie czegoś, co się utraciło, to czy twoje życie byłoby lepsze? To w pewnym sensie „szukanie kwiatu paproci”. Otaczający nas świat jest niesłychanie płytki i wszystko obraca się wokół stwarzania pozorów, percepcji tego, co ktoś posiada i kim jest.

Columbia Pictures

Jak znalazłaś się w przemyśle filmowym? Zawsze pragnęłaś zostać aktorką?

M.Q.: Nie. To był przypadek. Chciałam zostać weterynarzem i pracować ze zwierzętami. Wciąż tego pragnę i nadal próbuję wymyślić sposób, by stało się to ważną częścią mojego życia. Kiedyś byłam spłukaną studentką mieszkającą na Hawajach. Miałam bardzo bliską przyjaciółkę, która była modelką i co roku podróżowała do Japonii. Spędzała tam dwa miesiące w lecie i zarabiała w tym czasie masę pieniędzy, odkładała je, po czym wracała do szkoły. Miała wszystko opracowane. Pomyślałam sobie, że to wspaniałe. Nie działo się wtedy dobrze w moim życiu, więc zaproponowała mi: „Hej, posłuchaj, chciałabym ci pomóc. Wprowadzę cię w ten świat, który pozwoli ci się utrzymać i znów stanąć na własnych nogach”. Pojechałam z nią do Japonii i było to pierwsze miejsce poza domem, w którym zamieszkałam. Wychowałam się na wyspie (Honolulu – przyp. red.) i opuściłam ją jedynie raz w życiu, by poznać moich dziadków w Nowym Jorku. Nie miałam obycia w świecie. Dosłownie nie byłam nigdzie poza moim rodzimym stanem. Pojechałam więc do Japonii i mieszkałam tam przez pół roku – i było to najbardziej niezwykłe doświadczenie w moim życiu.

Dlaczego?

M.Q.: Nie miałam pojęcia, że taki świat istnieje! Wielkie miasta, pieniądze, samochody i ludzie o wartościach odmiennych od tych, wśród których dorastałam. Wszystko to otworzyło mi oczy – może nie były to ważne rzeczy, ale na pewno zachęcały do refleksji. Później wróciłam i znów znalazłam się w szkole – prywatnej uczelni katolickiej. Uprawiałam sport. Otrzymałam stypendium za wyniki w biegach przełajowych, więc ostro trenowałam, by je utrzymać, a jednocześnie pracowałam w sklepie. To było okropne, ponieważ nie miałam rodziny, do której mogłam zwrócić się po pomoc lub pieniądze. Wszystko, za co się zabierałam, musiałam zrobić sama. Stypendium pokrywało ponad połowę mojego czesnego, ale prywata szkoła i tak była niesamowicie droga. Nie wiązałam końca z końcem, to było po prostu niemożliwe. Kolejną podróż odbyłam na Tajwan. Wzięłam urlop dziekański na jeden semestr i pojechałam pracować tam jako modelka, ale nie taka na wybiegu – pracowałam przy reklamach. Pewnego dnia na targu zaczepiła mnie kobieta i zapytała, kim jestem. Do tej pory to pamiętam. Odpowiedziałam dosłownie: „Nikim. Po prostu próbuję tu zarobić na życie”. Akurat w tamtym okresie nie mogłam znaleźć żadnej pracy w reklamie, bo na Tajwanie szukano blondynek z niebieskimi oczami. Wyłącznie białych dziewczyn lub znanych osób z Chin. 

Jak to na ciebie wpłynęło?

M.Q.: Pod wpływem impulsu kupiłam bilet w jedną stronę do Hongkongu. Poleciałam tam sama. W gościnę przyjęła mnie tam kobieta, która pozwoliła mi spać na podłodze przez rok do momentu, aż było mnie stać na wynajęcie własnego pokoju. Pracowałam trochę przy reklamach, a pod koniec tamtego roku zadzwonili do mnie z firmy Jackiego Chana i powiedzieli: „Chcemy cię wytrenować. Sądzimy, że masz przed sobą przyszłość w branży filmowej”. 

Jak na to zareagowałaś?

M.Q.: Po prostu się roześmiałam. Nie miałam pojęcia, o czym oni mówią! Odparłam: „To niedorzeczne. Nie mam żadnych umiejętności. Nie jestem aktorką, więc nie mogę do was dołączyć, bo nie mam o tym zielonego pojęcia”. Nie zgodziłam się, co ich zszokowało. Powiedziałam: „Może zróbmy tak – za pół roku, jeśli ludzie wciąż będą o mnie pytać, dajcie mi znać i porozmawiamy ponownie”. I tak się właśnie stało. Zadzwonili po sześciu miesiącach i powiedzieli: „Nadal o ciebie pytają”. Tak się zaczęło.

A jednak zajmowałaś się wcześniej sportem, prawda?

M.Q.: Jasne, byłam wysportowana, ale tego właśnie ludzie nie rozumieją. Biegałam i pływałam – a biegaczki i pływaczki nie są w stanie dosięgnąć dłońmi do palców swoich stóp! (śmiech) Więc gdy ostatecznie podpisałam kontrakt z wytwórnią Jackiego Chana i zaczęłam trenować z tamtymi ludźmi… uff, oni mnie złamali! Popsuli moje ciało. Musieli przekształcić mnie w kogoś, kto potrafi się bić. A ja taka wcale nie jestem. Z naciskiem na „wcale”. Może dlatego, że w połowie jestem Azjatką, ludzie z góry zakładają, że w dzieciństwie uprawiałam sztuki walki, ale na świecie jest wielu białych ludzi, którzy znają je lepiej niż ja, to jedno jest pewne. Nie miałam więc żadnych podstaw, ale dawałam z siebie wszystko, i właśnie dlatego tak przekonująco wypadam w scenach walki w filmach.

Columbia Pictures

Kiedy zdałaś sobie sprawę, że wszystko się układa i będzie to udana kariera?

M.Q.: Wiesz co, wciąż się nad tym zastanawiam.

Nadal? Naprawdę?

M.Q.: (śmiech) Cóż, naprawdę nie wiem. Na pewno nie stało się to w Hongkongu. Szczerze mówiąc, gdy występowałam tam w filmach, traktowałam to jak zwykłą, ale wspaniałą pracę, dzięki której poznałam wiele niesamowitych osób. Było mi też bardzo trudno – to była inna kultura, inny język, wszystko na raz. Dało mi to mocno w kość. Jednak na początku 2005 roku albo pod koniec 2004 roku, do Hongkongu przyleciał agent z CAA, by spotkać się z miejscowymi szefami mediów. Poznaliśmy się i doznał szoku. Powiedział: „Kim ty jesteś i co tu robisz? Przecież jesteś Amerykanką!”. Odparłam: „Tu właśnie pracuję”. On na to: „Czemu nie w Hollywood?”, a ja: „Bo nie chcę tam pracować”. „To niedorzeczne”, odparł. Skomentowałam: „Hollywood mnie nie obchodzi”. Popatrzył na mnie i odrzekł: „No cóż, za pół roku właśnie tam się znajdziesz”. (śmiech) Powiedziałam: „Tak, jasne”. Mówiłam to z pełnym przekonaniem – Hollywood nic mnie nie obchodziło. Nie sądziłam, że można tam odnieść sukces po prostu będąc na miejscu. Przecież mi się udało – stać mnie było na opłacenie czynszu i jedzenie. Dla kogoś przed trzydziestką tak właśnie wygląda sukces! (śmiech) Po sześciu miesiącach – i to prawie co do dnia, nie żartuję – dostałam zaproszenie na spotkanie z J.J. Abramsem w Los Angeles. Pojechałam tam, odbyłam przesłuchanie do roli, i w taki oto sposób znalazłam się na planie „Mission: Impossible III”.

Tęsknisz za Azją? Chcesz tam wrócić?

M.Q.: Bardzo za nią tęsknię. Jednocześnie myślę, że nadchodzi taki moment w życiu, który w szczególny sposób rozwija cię i pcha na nowe tory. Ten krok to coś, co powinno doprowadzić cię do nowego etapu w życiu. I naprawdę uważam, że tym właśnie była dla mnie Azja. Dzięki niej to wszystko się wydarzyło.

Jak czułaś się, wkraczając do Hollywood i tamtejszego stylu produkcji filmów? Był to szok czy też czułaś się na to gotowa?

M.Q.: Jedno i drugie. Przeżyłam szok, ale myślałam sobie: „Dzięki ci, Boże!”. W Azji nie ma przecież związków zawodowych czy ochrony – całej tej struktury. Gdy rozpoczynasz pracę nad filmem, scenariusz nie jest jeszcze ukończony i nie ma zwiastunów. Pracowałam z naprawdę wielkimi gwiazdami azjatyckiego kina, a gdy następowało cięcie, siadaliśmy razem na plastikowych stołkach na ulicy. W trakcie prac nad filmem trudno było o komfortowe warunki. Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystko, bo pamiętam, jak otrzymałam rolę w „Mission: Impossible III”, produkcji z budżetem 170 milionów dolarów. Podczas pracy miałam taką wygodę, że codziennie płakałam z radości. Wchodziłam do mojej przyczepy i zalewałam się łzami. Dostarczano mi jedzenie od kucharza Toma Cruise’a, który zasłużył na gwiazdkę Michelin, i płakałam. Łzy leciały mi po policzkach non stop, gdyż nie wierzyłam w to, że moje życie może być aż tak wygodne. Ludzie traktowali mnie w miły sposób. Myślałam sobie wtedy: „Co? W Azji wszyscy mówili mi, że jestem śmieciem. Co się dzieje?!”. (śmiech) Nawet takie doświadczenia ukształtowały mnie taką, jaką nigdy nie wierzyłam, że się stanę. Wszystko dzięki temu, że zmuszono mnie do ciężkiej pracy i nikt ewidentnie mnie nie cenił, więc myślałam: „Muszę sobie na to zasłużyć”. Stąd właśnie wzięła się moja etyka pracy.

Wielu młodych aktorów pojawia się w tych wysokobudżetowych filmach, po czym znika. Ty jednak nie dałaś za wygraną. Jak udało ci się utrzymać rozpęd? 

M.Q.: Nie mam pojęcia. To połączenie ciężkiej pracy, szczęścia i daru od Boga. Zwykłam mówić o tym biznesie: to mógłby być ktokolwiek inny, niekoniecznie ty. Gdy pracuję z ludźmi, którzy nie rozumieją, jakie mają szczęście, nie jestem w stanie tego pojąć. Jednocześnie uważam, że niezależnie od tego, co mówi się o Hollywood, ludzie zawsze będą mieli ochotę pracować z osobami, z którymi naprawdę chcą – z ludźmi dostarczającymi konkretny produkt, na których można polegać w tym zakresie. Więc to kolejny element układanki, choć musisz także podejmować właściwe decyzje. Gdy zaczynałam, oferowano mi każdą rolę będącą kalką Azjaty na tym świecie. Od „Street Fighter” przez „Dragon Ball” po inne podobne klimaty. A ja nie potrafiłam tego zrobić. Nie miałam zamiaru utrwalać tego azjatyckiego stereotypu w Hollywood. Jestem tu po to, by coś zmienić, a nie pogarszać sprawę.

Więc w jaki sposób otrzymałaś główną rolę w serialu „Nikita”? To nie była taka oczywista decyzja.

M.Q.: Wiem, dziękuję. Peter Roth, szef Warner Bros Television, zaprosił mnie na spotkanie, usadził na krześle i powiedział: „Słuchaj, będziemy produkować taki serial i chcemy go zrobić właśnie z tobą”. Pamiętam, że pomyślałam sobie jedynie: „Słucham?”. 

Czemu akurat ty?

M.Q.: Wiesz, kim jest Danny Cannon? To znany amerykański twórca programów telewizyjnych – stworzył franczyzę „CSI”, więc bezsprzecznie odniósł sukces. To właśnie on powiedział: „To ona. To ta kobieta”. Należy też oddać szacunek wytwórni Warner Bros. Jej szefowie poważnie podeszli do słów Danny’ego, rozważając obsadzenie roli, w którą do tej pory wcielały się wyłącznie białe kobiety. Przyjrzeli się moim dokonaniom i przyznali: „Wiesz co? Masz rację – to jest ona”. I dlatego Peter Roth zaprosił mnie na spotkanie. Spytałam go: „Jesteś pewien?”. A on na to: „O co ci chodzi? Jasne, że jestem całkowicie pewien”. Ciągnęłam dalej: „Czemu wolicie mnie od jakiejś białej aktorki?”, bo normalnie ta rola właśnie tak zostałaby obsadzona. Odparł: „Maggie, ja nie szukam kogoś z określonej grupy etnicznej. Ja szukam najlepszej aktorki dla tej postaci”. To jest tak przyjemne uczucie, gdy ktoś chce z tobą pracować nie dlatego, żeby odhaczyć jakieś konkretne okienko etniczne, czy też spełnić parytet różnorodności. Po prostu czuli, że mam to, czego im potrzeba, by zagrać tę wspaniałą postać.

Mówiłaś, że zawsze stroniłaś od stereotypów, ale jak właściwie to robisz? To po prostu kwestia unikania takich ról czy może próba edukowania po drodze innych osób?

M.Q.: Z mojego doświadczenia wynika, że jedyne, co możesz zrobić, to wchodzić do tych sal konferencyjnych i zmieniać nastawienie ludzi. To wszystko. Koniec końców właśnie na tym to polega. Widzę dwa składniki. Pierwszy to mówienie „nie” zazwyczaj oferowanym mi rolom, których być może po mnie oczekiwano. Drugim jest walczenie na spotkaniach o te z mojej perspektywy wręcz niemożliwe do zdobycia. A jedynym sposobem, żeby się to udało, jest zaskakiwanie ludzi. Wciąż zdarza mi się wchodzić na przesłuchania i słyszeć od kierowników castingu: „Och, kim ty jesteś? Skąd się tu wzięłaś?”. Wtedy mówię: „Hej, jestem tu już od dawna!”. (śmiech) Rozumiesz? Bo oni nie patrzą na ciebie. Wcale. Po prostu tkwią w ramach, które są znajome i zapewnią im pewny sukces. A prawda jest taka, że obecnie wszystko stanęło na głowie, co właściwie jest bardzo pozytywne. Jednak tak naprawdę chodzi przede wszystkim o moją pracę. Żadna rozmowa nikogo do mnie nie przekona. To, czym mogę do nich trafić, to dobrze wykonana praca.

Które doświadczenie było dla ciebie najbardziej satysfakcjonujące do tej pory, biorąc pod uwagę to wszystko?

M.Q.: Wtedy nie byłam tego świadoma. Przeczytałam o tym – i nie miałam w tamtym czasie pojęcia, że tak jest – na okładce magazynu „The Hollywood Reporter”. Gdy rozważano obsadzenie mnie w tytułowej roli w „Nikicie”, reporter napisał cały artykuł o tym, że jeśli podpiszę kontrakt, będę pierwszą Amerykanką pochodzenia azjatyckiego, która zagra główną rolę w serialu wyprodukowanym w Stanach.

Wow – to ważna rzecz!

M.Q.: No co ty nie powiesz! (śmiech) Pamiętam, że myślałam sobie: „To nie może być prawda”. Następnie zdenerwowałam się, a później przepełniła mnie nadzieja – przeżyłam przez to cały wachlarz emocji. Po głowie chodziło mi tylko: „Muszę zagrać tę rolę tak, by widzowie serialu nie mogli uwierzyć, że ktokolwiek inny mógłby tego dokonać. Właśnie w taki sposób chcę od tej pory postępować, z godnością i pełnią szacunku do tego, czym się zajmuję”. To była dla mnie bardzo ważna rzecz. Na przykład, niedawno nagrywałam scenę z Michaelem Keatonem. Skończyliśmy kręcić i ustawialiśmy kolejny kadr. Patrzyłam na niego i myślałam sobie: „Nie ma mowy, żeby ta scena była tak dobra, gdyby to był inny aktor. Ten człowiek jest jedyny w swoim rodzaju”. Czyż nie o to właśnie chodzi? Czymkolwiek się zajmujesz, co sprawia, że jesteś niezastąpioną osobą na tym stanowisku?

Wydaje mi się, że jesteś zadowolona ze swojego dotychczasowego życia. Gdybyś kiedyś znalazła się na Wyspie Fantazji, czego byś sobie życzyła?

M.Q.: To ma być fantazja, więc nie musi być logiczna, prawda? Pożyczyłabym niewidzialny odrzutowiec Wonder Woman i poleciała w każde miejsce, w którym zwierzęta, dzieci i kobiety są zniewolone, i oswobodziłabym wszystkich. Dałabym wolność każdej osobie, która zmaga się z niesprawiedliwością. To jest właśnie moja fantazja.

Redaktor naczelny

Założyciel i właściciel Movies Room. Z wykształcenia prawnik i certyfikowany mediator sądowy . Redaktor naczelny, grafik i account manager. Gustuje w kinie rozrywkowym jak i w filmach, po których psychikę trzeba zbierać z podłogi. Fan Batmana, Dartha Vadera, Geralta z Rivii i innych "bad-assów" popkultury.

Odpowiedzialny za koordynacje zespołu, public relations, marketing oraz publicystykę wszystkich działów.

Więcej informacji o
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?