Worms: Gra planszowa przeznaczona jest dla 2-4 graczy, a sens zabawy pozostaje taki sam: zniszczyć przeciwnika za pomocą różnorodnego arsenału, uważając na niespodziewane wydarzenia oraz warunki atmosferyczne, które realnie wpływają na rozgrywkę. Już samo otwarcie pudełka z grą powoduje niemały uśmiech na twarzy – w zestawie znajduje się bowiem 16 plastikowych figurek robali, które z miejsca przypomną Wam długie godziny spędzone przed komputerem. Nie sposób nie zaśmiać się też przeglądając karty, bo poza klasycznym uzbrojeniem w talii znajdują się takie hity jak babunia, owca, gołąb samonaprowadzający, betonowy osioł, bomba bananowa czy absolutnie kultowy Święty Granat Ręczny, nawiązujący do twórczości Monty Pythona.

Przygotowanie do gry jest dość proste: rozkładacie kafelki mapy pamiętając o wskaźniku wiatru, który jest jednym z kluczowych elementów rozgrywki. Rozdzielacie zasoby, w tym po 4 robaczki na gracza, beczkę z ropą, minę i skrzynkę z zasobami, a następnie rozmieszczacie wszystko na planszy. Losujecie kolor drużyny, co zapobiega manipulowaniu układem na mapie, dobieracie startowy zestaw broni (uzi, bazooka, lina ninja, belka + 1 losowa karta), przygotowujecie talie zaopatrzenia i zrzutu, no i gotowe – można zabrać się za radosną rozwałkę.
Worms: Gra planszowa toczy się w turach. W każdej z nich gracz ma prawo wybrać aktywnego robaczka, a następnie uleczyć go (jeśli wcześniej został ranny trzeba położyć go na planszy), poruszyć za pomocą kroku lub skoku, zagrać kartę broni (atak) i dobrać kartę zrzutu. Uważać trzeba na znajdujące się na mapie pułapki: miny i beczki z ropą, które mogą zrobić niemałą krzywdę. W takich sytuacjach gracze rzucają żetonem niebezpieczeństwa niczym monetą i mają 50% szans na wyjście cało z opresji. W ogóle w grze występuje duża losowość, bo spora część wydarzeń determinowana jest przez rzuty dwunastościennymi kośćmi.

Oprócz szczęścia, kluczem do zwycięstwa jest zbieranie zasobów ze skrzynek i skuteczne wykorzystywanie dostępnego arsenału, którego każdy element posiada inny sposób działania i zasięg. Ale nawet najlepsza broń może wypalić nam prosto w twarz, jeśli nie sprzyja nam… wiatr. Wtedy nawet precyzyjnie zaplanowane ataki mogą nie sięgnąć celu. Czujecie już ten klimat znany z gier komputerowych? Twórcy starali się zachować nie tylko szeroko rozpoznawalny styl, ale też szalony i nieprzewidywalny sposób rozgrywki i to się w dużej mierze udało. Jednak w tej beczce miodu znalazło się też trochę dziegciu. Co poszło nie tak?
Prosta i szybka (zajmująca średnio ok. 30 minut) partyjka może na początku wydać się zgoła przerażającym doświadczeniem, jeśli przed nauczeniem się gry na żywym organizmie postanowimy najpierw przeczytać instrukcję „na sucho” od deski do deski. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że zasady opisane (oraz zdaje się, że również przetłumaczone) zostały tu dość siermiężnie i niezrozumiale. Po przyswojeniu zasad z papieru nie wiedzieliśmy za co się zabrać – w przypadku tej akurat pozycji lepiej uczyć się z YouTube’a. Kilka opisów jest tak niezrozumiałych, że nieświadomie i zupełnie niepotrzebnie podniesiono tu próg wejścia, a przecież w gruncie rzeczy nie jest to skomplikowana planszówka.

Jak już zrozumiemy o co chodzi, rozpocznie się dynamiczna, ale i chaotyczna rozpierducha. I to dosłownie, bo działania graczy mogą zmieniać układ terenu, generować kratery, a wreszcie niszczyć ląd na rzecz obszarów wodnych. W niektórych grach taka mechanika powoduje zgoła odmienne podejście do strategii, ale z każdą kolejną partyjką Worms: Gra planszowa łapaliśmy się na tym, że przestajemy planować ruchy, a zaczynamy siać zniszczenie. I dobrze się przy tym bawimy.
Ortodoksyjni fani gier komputerowych odnajdą tu sporo kluczowych zmian – między innymi nie do końca zrozumiałą mechanikę wiatru, która niemal za każdym razem psuje szyki atakującym robaczkom, czy też nieco zadziwiającą zasadę zwycięstwa – tu bowiem nie liczy się, kto będzie ostatnim żywym na planszy, a kto ma więcej robaczków po jednej turze rozgrywanej gdy wyeliminowany zostanie pierwszy z graczy. Zmienia to dynamikę potyczki przy trzech czy czterech osobach przy stole i może odbierać niektórym graczom szansę na odwrócenie losu.
Mam wrażenie, że tytuł ten może wkurzyć najwierniejszych fanów, ale to właśnie do nich jest skierowany. Chociaż odnajdą się w nim też rodziny, które chcą szybkich, zabawnych i niezobowiązujących partyjek, bez poznawania miliona zasad i zależności, wydumanych strategii i nastawienia na zasłużone, zaplanowane zwycięstwo. To przerysowany, niepoważny świat, w którym bohaterami są robaczki uzbrojone w bazooki. I tu może zdarzyć się wszystko, łącznie z autodestrukcją. Przy naszym stole zwycięstwa i porażki nieraz były zaskoczeniem dla samych graczy. Mnie to nie przeszkadza ale pozostaje zadać pytanie - czy Wy lubicie takie gry?

PR-owiec, recenzent, geek. Kocha kino, seriale, książki, komiksy i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział komiksów, książek i gier planszowych.