Mistrz – recenzja polskiego dramatu obozowego z boksem w tle

Podczas finałowej walki tego filmu, będącej podsumowaniem obozowego piekła, które przeżył Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski, można zachwycić się nie tylko niezłomnością ducha ludzkiego, bo to rzecz podstawowa – kino rozgrywające się w Auschwitz zawsze będzie opowiadało o niewyobrażalnym napięciu, jakie towarzyszyło wtedy ludziom. Trochę nuda, a trochę kanon. Ci, którzy szukali jednak w filmie Macieja Barczewskiego sportu, mogą przypomnieć sobie, że na początku XX wieku boks był jedną z najpopularniejszych dyscyplin, nieco bardziej heroiczną niż dzisiaj. To bardzo dużo jak na film debiutanta, bo Mistrz Macieja Barczewskiego, mimo że nie jest najlepszym polskim dramatem wojennym, jest najlepszym polskim dramatem bokserskim. Miłośnicy pięściarstwa wiedzą, że ostatnio nasza kinematografia próbowała coś przy udziale tej konwencji wygrać, a skończyło się z gębą na deskach.

Auschwitz to kolejny przystanek w obozowym życiorysie Tadeusza Pietrzykowskiego, który został pojmany przez gestapo. Okoliczności uwięzienia, a także przeszłość pięściarza zostają odkrywane niepośpiesznie, odbywa się to oczami Janka, dzieciaka, któremu Pietrzykowski pomaga przystosować się do brutalnych warunków. Wkrótce jednak cały obóz dowiaduje się, że przed wojną „Teddy” (bo taką ksywkę miał Pietrzykowski podczas swoich największych potyczek) był szanowanym i świetnie zapowiadającym się pięściarzem na poziomie światowym. Gdy jeden z niemieckich kapo (naturalny w swojej roli Piotr Witkowski) dostrzega w nim świetnego boksera, wpada wraz z dowództwem obozu na niecodzienny pomysł. Od tego czasu „Teddy” walczył będzie na przygotowanym pośpiesznie ringu, dostarczając rozrywki obstawiającym zakłady Niemcom. Wkrótce dowództwo zaczyna niepokoić się rosnącą w obozie popularnością więźnia-boksera. Mimo bezpretensjonalnego podejścia do tych krwawych igrzysk na początku, „góra” zaczyna uważać, że sprawne i szybkie zwycięstwa Polaka wzniecają zbyt duży żar w przygaszonych sercach ludzi, którzy dawni stracili nadzieję na to, że przeżyją.

Barczewski upraszcza oczywiście historię Pietrzykowskiego, bo jest ona mglista jak tylko mglista mogła być wtedy granica pomiędzy dobrem a złem. Celowo pominięto kilka faktów z biografii Polaka, jak na przykład bliski kontakt w rotmistrzem Witoldem Pileckim, ale z punktu widzenia konwencji nie ma to większego znaczenia. Nie o fakty historyczne w tym filmie chodzi, ale o uniwersalia dotyczące natury człowieka w ekstremalnych czasach. Obóz to miejsce, w którym kiełkuje nadzieja, a przyjaźnie tworzą się naturalnie, na zasadzie wzajemnej zależności. Można martwić się więc, że opowieść o bokserze w Auschwitz (co brzmi jak fabularny samograj, ale również wysoka drabina, z której można spać) zacznie ociekać od patosu, w którym pięściami można wywalczyć sobie nadzieję, wolność i szacunek, a trzymana wysoko garda oraz zwierzęca wręcz zręczność sportowca zwiększają jego szanse na przeżycie. W pewnym momencie zaczynamy jednak dostrzegać, że ten cały system wymaga ofiar, na które główny bohater nie był gotowy. W jednej z poruszających scen starszy więzień zaczyna opowiadać o swoim planie na ucieczkę, ale narracja zostaje przerwana uderzeniem szpadla w jego głowę. Kiedy indziej „Teddy”, po zwycięskiej walce, obserwuje, że ciało jego przeciwnika zostaje wywożone na pobliskie pole w celu spalenia. Takich momentów spuszczających powietrze podniosłości jest sporo – dostajemy na chwilę klasyczny (i nie do podważenia) ton kina sportowego, stworzony chociażby przez serię Rocky, a następnie szybka reżyserska „przypominajka”: zwycięstwo w Auschwitz nie może być tak do końca zwycięstwem. To zgniła rzeczywistość „zawieszenia” wartości, w której wygrana w potyczce ma inny ciężar niż na zewnątrz.

Bardzo dobre wrażenie zostawia po sobie Piotr Głowacki, którego wyżyłowane ciało (pasujące zarówno do jeńca, jak i boksera lżejszej wagi) i przygaszone oczy są wprost wyjęte z materiałów wideo o przed- i powojennych pięściarzach. Petardy w łapach gotowe do odpalenia w szczękę przeciwnika, zawadiacko opuszczone ręce, a przy tym minimalizm ruchów z czasów, gdy boks przypominał nieco bardziej potyczki szachowe niż dzisiaj – te elementy tworzą postać autentyczną i szczerą. W tle szereg obozowych charakterników (m.in. szukający wyraźnie swojego nowego emploi Rafał Zawierucha), delikatnie zarysowana, ale urocza historia miłosna, a także gestapowcy, którzy zatracili gdzieś swoje człowieczeństwo. Tym bardziej ciekawie oraz niejednoznacznie wypada przy nich Rapportführer (Grzegorz Małecki), który zaczyna pomału rozumieć, czemu jego kilkuletni syn fascynuje się boksem, w oczach ojca dyscypliną dla plebsu. O jego duszę potoczy się tutaj również drobna, pełna niuansów i nieprzegadana walka. Siła pięściarstwa jest w tym momencie wyeksponowana przez twórców jak nigdy dotychczas w rodzimym kinie.

Gdy wszystko zmierza ku finałowi, również Pietrzykowski staje do podsumowującego meczu bokserskiego. Reżyser nie opiera się pokusom, aby zaserwować w niej kilka mesjanistycznych tropów, obdziera więc boksera z jego atutów, podkreślając przy tym jego wyjątkowość, więc również tutaj, jak to zazwyczaj bywa w kinie bokserskim, podniosłość przebija skromny dach, jakim pokryty był dotychczas Mistrz. W jednej ze scen następuje jednak wolta i użycie pewnego triku, rzecz jasna dzisiaj niedozwolonego, który w pełni oddaje szachowość tej dyscypliny. Szanse nie zawsze są równe, pięści nie zawsze będą w najlepszym stanie, ale jeśli potwierdzeniem umiejętności reżyserskiego debiutanta ma być to, że potrafi utrzymać w widza w napięciu do samego końca, to niewątpliwie Barczewski wygrał tutaj na punkty.

Redaktor

Z wykształcenia polonista i kulturoznawca. Stworzyły go filmy, może go też zabiją.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?