Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Cinema City

Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody - recenzja filmu! Pachnie Chanelem piątką

Autor: Łukasz Kołakowski
2 stycznia 2023
Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody - recenzja filmu! Pachnie Chanelem piątką

Od premiery Bohemian Rhapsody minęły już ponad cztery lata. Tę informację musiałem ostatnio zweryfikować, bo byłem pewien, że jednak trochę mniej, jednak było to w 2018 roku. Film mimo wszystko odniósł sukces, choć setki razy przez ten czas tłumaczyłem, dlaczego go nie lubię i skąd bierze się jego przeciętność. Nie w tym jednak rzecz. Najważniejszy był fakt, jak bardzo nikogo nie zainteresowało w tym przypadku stworzenie interesującej historii, z jakimkolwiek przeowdnim motywem. Mieliśmy do czynienia z arcyciekawym życiorysem, który na kartach scenariusza Anthony’ego McCartena urósł do disnejowskiej wręcz bajki o tym, jak dobry zespół grał dobrą muzykę. Żadnych emocji, żadnych rozważań, żadnych elementów, które czynią biografie muzyczne topowymi. Niosło to obawy wobec następnego tekstu, jakim zajął się nowozelandzki scenarzysta. Kiedy trailer filmu o Whitney Houston pokazywał planszę, na której widniało — Scenarzysta filmu Bohemian rhapsody — traktowałem to jako jedne z najmocniejszy czterech słów, które są w stanie zniechęcić do seansu. Jak się okazało zupełnie słusznie.

Dyskutując w internecie na temat I wanna dance with somebody przeczytałem od jednego z czytelników, że dobry film w Whitney powinien mieć R-kę i klimat Trainspotting. Nie do końca w tym rzecz, bo raz, że taki też nie musiałby się udać, a dwa, że uzależnienia i problemy, które naznaczyły karierę wokalistki nie muszą być głównym tematem. Były z nią, straciły to życie, jednocześnie pozostając cały czas poniżej głosu, jaki oferowała ta artystka. Dobry film o Whitney da się zrobić na milion sposobów. Ten jednak nie wykorzystuje żadnego.
fot. materiały prasowe
Mamy jakąś 43. minutę seansu, a Whitney już przebija Beatlesów. Ich wydawałoby się nieśmiertelny rekord sześciu jedynek Billboarda dla sześciu singli z rzędu padł. Szczyt osiągnięty, teraz już tylko na nim pozostać. Wspomniany czas seansu jednak w żadnym stopniu do tej pory nie zapoznał nas z Whitney. Zobaczyliśmy dosłownie kilka scen problemów rodzinnych, troszkę głosu i menadżera, który od razu usłyszał głos wszech czasów, czy jakkolwiek podobnie on to nazwał. Poszło całkiem szybko.

Zobacz również: Glass Onion: Film z serii ,,Na Noże”- recenzja filmu. Get the clue!

Taka jest struktura całego filmu. Whitney dostaje jakiś kawałek, śpiewa, jest hit, jedziemy dalej. Pić, jeść, spać, robić największe przeboje. Jak akurat nie śpiewa, to stwierdza, że chce zagrać w filmie. Ten jest znakomity, bo główną rolę gra Costner, ale przy okazji można nagrać legendarną ścieżkę dźwiękową. I znowu śpiewać. Trudno takie przedstawienie nazwać jakkolwiek potrzebnym. To wszystko, muzyczne fakty z kariery, wiemy bez niego. Nie ma w tym natomiast szczypty emocji.
Kadr ze zwiatuna filmu I Wanna Dance with Somebody
Drugi punkt, tylko teraz musi minąć jakieś półtorej godziny. Whitney kontaktuje się z kokainą, w tym filmie pierwszy raz. W uniwersum Anthony’ego McCartena narkotyków za bardzo nie ma, a budowany świat jest idealny. Jakieś tam problemy niby są, gdzieś można się pogubić, jednak w tym przypadku wystarczy iść pośpiewać. I jasne, można powiedzieć, że wyższość głosu nad wszystkim może być tematem, którego tak w tym filmie poszukuje. Problem w tym, że sam głos napędzić może płytę, muzykę, a nie trwającą dwie i pół godziny biografię.

Zobacz również: Fabelmanowie – recenzja filmu Spielberga! The King is back!

W tej miałkości gubią się teoretycznie dwa najważniejsze nazwiska tego filmu, czyli grająca główną rolę Naomi Ackie oraz reżyserka Kasi Lemmons. Ich robota, na tyle jak dalece w tej konwencji może, jest dostateczna. Aktorka wszystko to, co ma na planie gra bardzo dobrze, brakuje tylko tego, co gryzie całość tego filmu, a o czym wspomniałem już kilkukrotnie. Jest to jednak cały czas poziom wyżej niż oscarowy cosplayer Rami Malek.
fot. materiały prasowe
Nie wygląda, aby filmowa biografia Whitney miała być hitem tej skali, co Bohemian rhapsody. Nie powinno być tu wiele nagród, nominacji, jak i takiego poziomu zarobków. Może to jednak i dobrze, bo finalnie dostajemy film jeszcze słabszy. Cierpiący na te same wady, równie miałki i nie posiadający wątku przewodniego, jednak jeszcze gorzej broniący się na poziomie przedstawienia ikony w jej ikonicznych momentach. Po raz kolejny okazuje się, że licząc wyłącznie na to, że sama muzyka się obroni, nie można zrobić interesującego filmu. Whitney nie jest tutaj postacią, a dalej stojącą dla widzów za szybą ikoną popkultury. Mimo, że miała jakieś tam problemy, to wygląda, jakby wszystkie pokonała głosem. Karty historii mówią jednak, że było troszeczkę inaczej. Że problemy nie były tylko jakieś, że doprowadziły do ostateczności i głos z nimi nie wygrał. A to główny argument, który stawia film na najbardziej wstydliwej półce. Tych, które są absolutnie bezcelowe.
Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod [email protected]

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.