Wonder Woman 1984 – recenzja filmu. Patty Jenkins i jej zagubiony scenariusz

Wyobraźcie sobie, że wykonaliście projekt. Tekst do gazety, pracę magisterską, konspekt scenariusza – cokolwiek. Pewnego pięknego dnia dochodzi do drobnego wypadku. Nie doznaliście po nim żadnego trwałego uszczerbku na zdrowiu, ale wspomniany projekt uległ niemal całkowitemu zniszczeniu, a Wy częściowo straciliście pamięć. Tak się składa, że niepamięć dotknęła praktycznie całkowicie okresu, w którym tworzyliście swoje dzieło. A jako że nazajutrz deadline – łapiecie zdefragmentowane strzępki projektu i składacie go prawie całkiem na chybił-trafił. Właśnie w pewnym uproszczeniu podałem Wam mniej więcej ekwiwalent Wonder Woman 1984.

Nie będę udawać, że w 2017 roku oszalałem na punkcie pierwszej części przygód Diany, niemniej jednak bez wątpienia produkcja przerwała fatalną passę filmów ze stajni DC, wprowadzając dodatkowo nową wersję kultowej bohaterki – na tyle mocną, że ów nieszczęsny recenzowany przeze mnie film raczej nie sprawi, że zblaknie. Jak wiemy już od dość dawna, nieunikniony sequel box office’owego hitu nie opowiada o losach naszej superbohaterki po Justice League,. To pomost pomiędzy harcami Wonder Woman w trakcie I wojny światowej a tym, co działo się po spotkaniu Bruce’a Wayne’a i spółki. Diana Prince egzystuje sobie jako pełna elegancji pracownica wielkiego muzeum, która w wolnym czasie łapie drobnych przestępców i chroni lokalnych mieszkańców, jakimś sposobem unikając szerszego rozpoznania. Pewnego dnia do jej miejsca pracy trafia pewien tajemniczy kamień. Z pozoru tandetne świecidełko okazuje się być starożytnym artefaktem mogącym spełniać życzenia – ale każde ma swoją cenę, co czyni go groźnym narzędziem w rękach… praktycznie każdego. Zwłaszcza, gdy do głosu dochodzi pewna zakompleksiona koleżanka Diany (Kristen Wiig) i ekscentryk z telewizji (Pedro Pascal).

kadr z film Wonder Woman 1984

Pisząc te słowa, jestem świeżo po seansie i mam w głowie co najmniej kilkanaście błędów i nieścisłości, które można by było naświetlić. Oczywiście nie zrobię tego, bo inaczej ta recenzja poziomem chaosu zbliżyłaby się Wonder Woman 1984. Niemniej jednak, jeśli ktoś narzekał na poziom dialogów, ciąg przyczynowo-skutkowy czy motywacje postaci w Legionie samobójców Davida Ayera, teraz może na pewne jego aspekty spojrzeć nieco łaskawiej. Aktorzy mocują się z na wpół iluzorycznym scenariuszem, rozmawiając w taki sposób, jakby przed daną sceną otrzymali zaledwie garść ogólnikowych wytycznych i muszą wymyślać na poczekaniu kwestie – a niemiłosiernie rozwleczone sceny zdają się to potwierdzać.

Nie chcę w niczym uchybiać trójce scenarzystów, którzy stworzyli tę tragedię – zwłaszcza jednego z nich z wielu względów darzę ogromnym szacunkiem – ale wygląda to troszeczkę tak, jakby podzielili się materiałem na równe części, nie konsultując się zbytnio ze sobą przy efekcie końcowym. Pewne następujące po sobie sceny literalnie łamią żelazne zasady, które zostały ustanowione przez twórców parędziesiąt minut wcześniej! Już nie wspominając o tym, że przedstawione w filmie wydarzenia mocno gryzą się z późniejszymi odsłonami (pierwszy z brzegu przykład: Diana miała ujawnić się światu dopiero we współczesności, a w WW1984 widzą ją – nawet przelotnie – setki osób; albo Diana zyskuje moce, których nigdy w późniejszym okresie nie ujawniała). Do tego absurdalne, przeczące wszelkiej logice zakończenie sprawia, że Jenkins stworzyła tytuł bezwartościowy zarówno dla fabuły uniwersum, jak i historii samej tytułowej bohaterki.

kadr z film Wonder Woman 1984

Jeszcze gdybyśmy otrzymali jakieś zapierające dech w piersiach sceny (vide szarża Diany poprzez ziemię niczyją w „jedynce”) – ale nie. Oprócz dosłownie paru niezłych ujęć, to plastikowe, sztuczne CGI, a choreografia walk nie przewyższa tego, co znamy z seriali stacji CW (ale tamci przynajmniej mogą zasłaniać się wielokrotnie niższym budżetem). Postacie? Gdzie tam. Cheetah od Kristen Wiig to ta naprawdę pokraczne połączenie bieda-Seliny Kyle w wykonaniu Michelle Pfeiffer z… Electro Jamiego Joxxa w Amazing Spider-Man 2. Pedro Pascal zmuszony jest bez przerwy szarżować, a w połowie filmu można się pogubić, jakie są motywacje jego Maxa Lorda. Nawet Gal Gadot ze swoim naturalnym urokiem, którym zwojowała tę rolę, niewiele jest w stanie dobrego uczynić. Przeciwnie – kolejne kadry eksponują jej warsztatowe braki, o których zazwyczaj staramy się nie pamiętać. No i jest jeszcze błąkający się po planie Chris Pine z bohaterem wyciągniętym z grobu (i to nie do końca przenośnia) chyba tylko po to, by zachować jedno sławne nazwisko w obsadzie, no i rzecz jasna dla kilkudziesięciu minut męczących scen mizdrzenia się do Diany. To może chociaż klimat? Zapomnijcie. Neonowe trailery i logo to tylko lukrowana przynęta, bo z uroku lat 80. znajdzie się może centrum handlowe, trochę rekwizytów i telewizory. Patty Jenkins wyraźnie nie pasował ten okres, bo jakieś 80% produkcji wygląda tak, jakby akcja miała miejsce we współczesności. I można tak wyliczać do białego rana…

kadr z film Wonder Woman 1984

Zobacz również: Co w duszy gra – recenzja animacji Pixar. Sky is no longer the limit

Siadając do tego filmu, nie miałem bladego pojęcia, za co się biorę – inaczej zapewne zawczasu bym się  wycofał i wcisnął napisanie jej innemu nieświadomemu biedakowi. Wonder Woman 1984 to dwuipółgodzinna mordęga bez chociażby przeciętnego scenariuszowego kręgosłupa, przy której nawet Hans Zimmer – czołowy hollywoodzki kompozytor na autopilocie – wygląda niczym mesjasz. To zdecydowanie najgorszy film na bazie komiksów DC, jakie ukazały się po Christopherze Nolanie. Żeby znaleźć coś gorszego, trzeba by było chyba cofnąć się do żenującej Catwoman z Halle Berry. Ze swojej strony po prostu nie mogę polecić tego absolutnie nikomu, jako że nie oglądałem takiej wysokobudżetowej katastrofy od czasu ostatniej części gwiezdnej sagi od Disneya.

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zgadzam się, choć naprawdę chciałbym powiedzieć inaczej. Wonder Woman z 2017 roku była po prostu bardzo dobrym filmem pod wieloma względami – od scenariusza, przez zwroty akcji a na efektach kończąc. W Wonder Woman 1984 za dużo rzeczy nie gra i drażni w trakcie seansu. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, ale sądząc po recenzjach, nie tylko ja mam takie zdanie. Pozdrawiam!

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?