Baldur’s Gate 3 – recenzja gry. Kości zostały rzucone!

Są takie gry, obok których fan erpegów fantasy nie może przejść obojętnie. Wiele spośród tych pozycji ma związek z Larian Studios, twórcami baśniowego świata Rivellonu. Ach… Jakże pięknie by było, gdyby taki Larian postanowił zabrać się za coś z utartej już od dawna klasyki, na przykład – ze świata Dungeons & Dragons… Jak się okazuje – w 2020-tym wszystko jest możliwe! Może jeszcze w wersji early access, ale mimo to – przed Wami recenzja Baldur’s Gate III!

Począwszy od Divine Divinity, poprzez Beyond Divinity, a nawet nie do końca udane Ego Draconis, mam głęboki sentyment do ceerpegów Lariana. Dziesiątki godzin gry, odkrywania rozległego świata, grindowania postaci, questów pobocznych, żeby uczynić głównego bohatera największym złodupcem jakiego widział świat… Piękny i beztroski to był czas. Dlatego też jak ćma lecąca do światła wyczekiwałem (a w sumie nadal wyczekuję, pełnej wersji) najnowszego Baldura. Już od czasów pokazu na E3 2019 miałem wrażenie, że Larian i świat DnD to połączenie idealnie kompletne. Jak Bonnie i Clyde, jak Tango i Cash. Jak passat i LPG czy schabowy z ziemniaczkami. Razem mogą mieć wszystko. I póki co, niewiele się pomyliłem…

Z grami komputerowymi i wiekiem jest tak, że wraz z upływem czasu cała magia zanika, jest jej coraz mniej. Trochę tak jak u kawoszy organizm adaptuje metabolizm kofeiny, że przestaje ona klepać w miarę pochłaniania coraz liczniejszych kubków napoju. I nic tego nie zmieni – najnowsze bebechy w pececie czy PS5 z eleganckim kinem domowym. To po prostu przemija, człowiek staje się nieco odporny na immersyjność gier.

Zobacz również: Serious Sam 4 – recenzja gry. To nie Doom, bo nigdy być nim nie miał!

Wydawać by się mogło, że to naturalna kolej rzeczy. Mimo to czasem gamedev rodzi coś takiego, co na chwilę znów otacza zasłoną całej tej magii. I – żeby już skończyć z tym sentymentalnym lelum polelum – do takich produkcji należy właśnie najnowszy Baldur!

fot. screenshot z gry Baldur’s Gate 3

Świat przedstawiony w kolejnej odsłonie Wrót Baldura to coś w co się po prostu wsiąka. Od pierwszej mapy swoisty czar sączy się z ekranu, wysyca receptory, atakuje umysł i wciąga do gry. I jakkolwiek chciałbym tutaj, by moja ocena była chłodna, spolaryzowana na zimny obiektywizm – to naprawdę trudne. Może z lekką zuchwałością, ale muszę się przyznać do bycia fanatykiem cRPG-ów fantasy i przyznaję – najnowsza produkcja Lariana zapowiada się być mistrzostwem. Wszystko tam gra aż miło.

Wykreowanego przez nas bohatera poznajemy jako więźnia Illithidów, tudzież Łupieżców Umysłów (brzmi znajomo? Stranger Things? Tak. I słusznie, bo to właśnie to nawiązanie). Illithidzi nie są fanami klasycznej prokreacji, na próżno szukać w ich społeczności z domeny lawful evil klinik płodności czy filmów dla dorosłych. I to nie przez zacofanie technologiczne – wręcz przeciwnie, Łupieżcy są mistrzami w inżynierii biomechanicznej a ich podniebne, żywe statki, potrafiące skakać po czasoprzestrzeni są czymś, czego nie powstydziłby się w swoich wizjach Hans Rudolf Giger. Illithidzi powiększają swoją populację poprzez zaszczepianie pojmanym przedstawicielom innych ras larw, które – i tutaj kolejne nawiązanie niejako do Gigera i Scotta – inkubują się w ciałach żywicieli. Kiedy już larwa się zadomowi i dorośnie, zaprzyjaźnia się z żywicielem, a nowe, małe illithidziątko przynosi bocian. W liściu kapusty.

fot. screenshot z gry Baldur’s Gate 3

Nie no, tak naprawdę ciało żywiciela ulega gwałtownej, bolesnej, rozrywającej ciało przemianie, a wolę i funkcje kognitywne przejmuje humanoidalna kałamarnica. Trochę Lovecraft, trochę Scott i Giger. Dlaczego z uporem maniaka nawiązuję do tych trzech? Bo to jeden z kolejnych plusów produkcji – gra autentycznie próbuje budować napięcie. Po rozbiciu się statku kałamarnicokształtnych spotykamy innych zainfekowanych larwą. Naszym zadaniem jest usunięcie larwy z głowy swojej i członków ferajny, zanim larwa… usunie nas. Cały czas niepewność i widmo żałosnej śmierci omiata oddechem nasz kark. Niezależnie co robimy przemierzając świat – zegar tyka… A powinniście wiedzieć, że taki zabieg usuwania larwy nie jest czymś co umie zrobić pierwszy lepszy kowal w wiosce. Raczej przypomina to jakiś skomplikowany zabieg na otwartym mózgu realizowany w ramach polskiego NFZ-tu.

Zobacz również: Spelunky 2 – recencja gry. Chociażbym chodził ciemną jaskinią, pułapek się nie ulęknę

A więc co tu mamy dobrego? Fabuła, kompleksowość przedstawienia świata i autentyczność emocji, którymi chce żonglować najwiarygodniej – w miarę możliwości tego medium – gra. To co jeszcze należałoby podkreślić to fakt, że świat jest naprawdę otwarty – nic nie musisz, wszystko możesz. W większości decyzji zmieniających świat gry mamy przynajmniej dwie możliwości. A skoro o otwartości mowa – nie można zapomnieć o kreatorze postaci. Kreujemy dokładnie takiego bohatera na jakiego mamy ochotę. Nawet nie tak dawno na stronie producenta mogliśmy zobaczyć post. Czytamy w nim, że zespół twórców nie posiada się z radości z powodu deficytu kreatywności graczy… Namęczyli się, narobili modele rogów, ogonów, loczków, fal, warkoczyków. A tu co? Domyślny Mieszkaniec Krypty. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę i nara. I muszę przyznać, że w każdym innym wypadku szkalowanie nowych Falloutów ubodłoby mnie głęboko. Ale nie tym razem. Jeśli reszta Larian Studios ma tyle ikry co dział PR-u, to o sukces gry w przyszłym roku (bo przynajmniej tak długo ma być w early access) możemy być spokojni.

fot. jeden z postów na baldursgate3.game

Do innych dobrodziejstw BG3 należy także muzyka, która w produkcjach tego typu zajmuje ważne miejsce w kreowaniu przedstawionej rzeczywistości. Już udźwiękowienie i ścieżka użyta w trailerze rok temu przyprawiała o ciarki, a po odpaleniu gry nie jest wcale słabiej! Ale jeśli o słuchu mowa to tuż po nim warto wspomnieć o wzroku – nowy Baldur to uczta dla oka. Nawet na najniższych ustawieniach modele postaci i tekstury prezentują się dumnie, faktura każdej powierzchni jest zjawiskowa. Cera postaci czy noszone przez nie ubrania i pancerze nie wyglądają jak plandeki z plastiku naciągnięte na dość foremny stelaż. Każdy model wydaje się być dopieszczony, metal wygląda jak metal, płótno jak płótno, a każda postać ma jakąś fakturę cery a nie tylko odfajkowany projekt tekstury. To wszystko… żyje.

fot. screenshot z gry Baldur’s Gate 3

Jakie póki co grzechy może mieć nowy Baldur? Ano może to, że tyle bajerów i majestatyczna grafika kosztuje. Gra to pewien wysiłek dla podzespołów nawet tych nieco silniejszych pecetów. Czasem jakaś klatka ucieknie, FPSy spadną z z faktycznej liczby lat Krzysztofa Ibisza do liczby lat jego młodszego syna, ale generalnie nie uprzykrza to bardzo gry. Za większy grzech uznałbym rozwój postaci, który wydaje mi się mniej otwarty i swobodny, niż bym sobie wymarzył. Ale może to i nie takie złe, bowiem gra oparta jest o rzut kośćmi. W wielu dialogach, w walce decyduje prawdopodobieństwo i los. Bardziej otwarty system rozwoju postaci mógłby prowadzić do stworzenia turboleszcza, który padnie tuż po postawieniu stopy na lądzie. A tak, pewna liniowość rozwoju bohaterów oraz uzależnienie od rachunku prawdopodobieństwa balansuje całą rozgrywkę. Więcej grzechów nie pamiętam.

Jaki jest więc BG3? Jeszcze za wcześnie, by z pełną odpowiedzialnością oceniać – lekkie bugi, braki w tłumaczeniu, dość ciasne krawędzie rozgrywki w early access. Jeszcze trochę szlifów przydałoby się tej produkcji, trzymajmy za to kciuki. Muszę jednak przyznać, że to zgrabna produkcja, warta każdej godziny grania!

Redaktor

Mały, szary człowiek. Tak podsumowałby go pewnie Adam Ostrowski. Albo też "bardzo dziwny, zaczarowany chłopiec" jak zrobiłby to Nat King Cole. Niepoprawny politycznie obserwator współczesności - świata, kina, książek i gier wideo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?