Call of the Sea – recenzja gry. Przygodówka dla fanów Lovecrafta i niebanalnych zagadek!

Już jakiś czas w ramach abonamentu Game Pass możemy ograć Call of the Sea, krótką przygodówkę, która przenosi nas w mistyczny świat rodem z twórczości H.P. Lovecrafta. Jak wypada ta intrygująca gra? Zapraszam do recenzji.

Call of the Sea to debiutancka gra hiszpańskiego studia Out of the Blue Games. Widać, że Game Pass staje się idealnym miejscem do publikowania gier od mniej znanych lub dopiero rozpoczynających działania na rynku twórców. Wsparcie ze strony Microsoftu plus pewność trafienia do dość szerokiego grona subskrybentów usługi Game Passa, daje już solidne fundamenty do tworzenia gier. Mnie szczególnie cieszy taki model biznesowych, bo za grosze mogę sprawdzić produkcje, po które w innym wypadku raczej bym nie sięgnął – a tym samym ominąłbym parę niezłych perełek.

Zobacz również: The Medium – recenzja. Polska szkoła robienia pieniądza.

Call of the Sea jest przedstawicielem przygodówek, gdzie świat obserwujemy w perspektywy pierwszej osoby. Jak to w tym gatunku bywa, chłoniemy ciekawą historię i popychamy rozwój wydarzeń, rozwiązując liczne łamigłówki – tutaj szczególnie zmyślne, ale o tym za chwilę. Akcja Call of the Sea dzieje się w latach 30. XX wieku. Główną bohaterką gry jest Norah, która wyrusza na tajemniczą wyspę na południowym Pacyfiku w poszukiwaniu zaginionego męża. Ten wybrał się na nieznany ląd w poszukiwaniu lekarstwa na dziwną chorobę Norah’y i słuch po nim zaginął. Zaniepokojona kobieta postanawia na własną rękę zbadać, co się stało i podąża śladem męża. Z pozoru sielankowa i piękna wyspa okazuje się skrywać sporo tajemnic – często obracających się w sferze mistycyzmu, a nawet fantastyki. Skojarzenia z H.P. Lovecraftem są jak najbardziej na miejscu, a takowej inspiracji nie ukrywają nawet twórcy gry.

W Call of the Sea napotkamy opowieści o tajemniczych istotach żyjących w odległej przeszłości, które potrafiły oddychać pod wodą. Dodatkowo na samej wyspie możemy podziwiać zniszczony statek, gdzie bardzo wyraźne są ogromne pazury jakieś morskiej bestii. Podczas eksploracji znalazłem nawet pocztówkę z wizerunkiem samego Dagona – więc tak, fani Lovecrafta będą ukontentowani. Sama historia przedstawiona w grze nie skupia się jednak tylko na warstwie fantastycznej, a wręcz przeciwnie – jest dużo odniesień, ale głównie to osobista historia głównej bohaterki, która musi poradzić sobie z kłodami rzucanymi jej pod nogi przez życie. Samo zakończenie zaś oferuje nam dużo emocji i trudny wybór, który niestety musimy podjąć. Podoba mi się też forma opowiadania fabuły. Często jest to związane ze znajdowanymi tu i tam notatkami czy innymi przedmiotami z podróży męża bohaterki. Składając wszystkie elementy do kupy, poznajemy przebieg wcześniejszej ekspedycji.

Call of the Sea

Fot. Screen z gry Call of the sea

Zobacz również: Olija – recenzja najnowszej produkcji od Devolver Digital

Tym, co szczególnie wyróżnia Call of the Sea na tle innych podobnych produkcji, to łamigłówki, które nie biorą jeńców. Zdarzają się oczywiście też bardziej przystępne czy wręcz banalne zagadki, ale jednak dość często twórcy zmuszają nasze szare komórki do sporego wysiłku. Aby w ogóle zacząć rozwiązywanie łamigłówek, musimy najpierw przeczesać każdy skrawek dostępnych lokacji, zajrzeć pod każdy kamień i zebrać wszystko, co się da. Norah prowadzi dziennik, do którego zapisuje ważne informacje, więc po zbadaniu ważnych miejsc, notatki zaczynają układać się w całość i powoli prowadzą nas do celu. Oczywiście nie jest to podane nam na tacy, nadal musimy połączyć wszystkie kropki i dojść do tego, co trzeba gdzie przyłożyć. Twórcy naprawdę dopieścili ten element gameplayowy (i dobrze, bo to praktycznie cały trzon rozgrywki), dzięki czemu jest to prawdziwe wyzwanie. Nietrudno jednak zaciąć się na dłuższą chwilę, co może zakłócić tempo gry oraz odstraszyć mniej obeznanych z przygodówkami graczy.

Przy recenzji Call of the Sea nie wypada nie wspomnieć o warstwie audiowizualnej. Gra ma momenty, gdy potrafi wyglądać naprawdę urzekająco. Szczególnie wrażenie robi początek, czyli pierwszy kontakt z wyspą – jaskrawa kolorystyka potęguje piękno tropikalnej wyspy. Potem także nieraz znajdujemy idealne miejsce do screena, ale też zdarzają się miejsca całkiem przeciętne. Nie sposób nie zauważyć także mniej szczegółowych elementów otoczenia. Zdecydowanie na plus wypada za to udźwiękowienie gry – soundtrack świetnie buduje mistyczny klimat gry, a dubbing głównej bohaterki idealnie oddaje postać dystyngowanej kobiety z lat 30. XX wieku.

Zobacz również: Kingdom Hearts: Melody of Memory – recenzja gry. Muzyczna podróż z całą masą nostalgii!

Call of the Sea to krótka gra na 6-7 godzin, ale czas ten wykorzystuje naprawdę dobrze. Dostajemy ciekawą fabułę osadzoną w mistycznych realiach, co w szczególności docenią fani Lovecrafta. Pochwalić trzeba też podejście twórców do gameplayu, bo nie dostajemy kolejnego symulatora chodzenia, ale przygodówkę z wymagającymi i naprawdę pomysłowymi zagadkami. Call of the Sea okazuje się więc udaną produkcją, która może być świetną odskocznią od większych tytułów – mając aktywną subskrypcje Game Pass, aż grzech nie sprawdzić.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?