Po całkiem niezłym otwarciu w postaci pierwszych dwóch tomów przyszedł czas na Amazing Spider-Man tom 3 – Hobgoblin. Niestety album ten cierpi na przypadłość, która dotknęła zdecydowanie zbyt wiele poprzednich tomów jeszcze pod batutą Spencera. Mianowicie mało tu akcji posuwającej fabułę do przodu, a sporo fillerów, z których każdy wydaje się być z nieco innej parafii.

Przyjrzyjmy się bliżej temu zjawisku. Pierwszy rozdział z rysunkami Patricka Gleasona jest częścią mutanckiego eventu Hellfire Gala. I szczerze? Obecność Petera Parkera na tym wydarzeniu jest tyleż nieuzasadniona, co niepotrzebna, a jedynym jej uzasadnieniem jest kilka sympatycznych dla oka kadrów z udziałem Pajęczaka i Wolverine’a.
Podobnie rzecz ma się z kolejnym zeszytem, który z kolei nawiązuje do eventu Sądny dzień. To ma już dużo więcej sensu, bo potężny przebudzony celestiański bóg zapowiedział sąd nad całą ludzkością, co obejmuje również teren działania i bliskich Spider-Mana. Na dodatek scenarzyście całkiem sprawnie udaje się pokazać, jak w obliczu takiego „sądu ostatecznego” zachowują się poszczególni ludzie, jak chociażby J. Jonah Jameson. To zabawne i żałosne zarazem, jak na ostatnią chwilę niektóre jednostki starają się poprawić swój bilans dobrych i złych uczynków pod wpływem czynnika zewnętrznego.

Z tym rozdziałem wiąże się też nieco większy ładunek emocjonalny, bo jeśli uważnie śledziliście fabuły powiązane z Sądnym dniem pamiętacie pewnie, że bohaterom ukazują się postacie z ich przeszłości, często będące wspomnieniem grzechów ciążących na sumieniu. Łatwo się domyślić, kogo widzi Peter, a kogo ciocia May. To wzruszający fragment, dobrze narysowany przez Nicka Dragottę.
Rozumiecie o co mi chodzi? Chcemy zobaczyć, co dalej w życiu Pajączka, ale najpierw musimy przebrnąć przez tie-iny, które pewnie nie wszystkich czytelników specjalnie interesują. Dopiero potem przychodzi w Amazing Spider-Man tom 3 – Hobgoblin czas na tytułowe danie główne, a są nim trzy zeszyty rysowane przez weterana – Johna Romitę Jra.

I tu mam kolejny problem, bo o ile przeważnie lubię kanciastą kreskę młodszego Romity, a nawet ciepło wspominam kilka jego dokonań związanych ze Spider-Manem, to czasem mam wrażenie, że artysta ten pracuje po łebkach. Że nauczył się już tak „optymalizować” swoją pracę, by przyjąć jak najwięcej zleceń i zrealizować je w jak najkrótszym czasie, na czym cierpią czasami i detale, i perspektywa, i anatomia. Ale artysta nadal ma power w łapie i potrafi zaskoczyć niezapomnianym kadrem nawiązującym do kultowych momentów z życia Spidera.
Jakby tego było mało (a jest za mało!), to dostajemy jeszcze kilka krótkich epizodów z życia Bena – klona Petera Parkera. Ten niegdyś bohater przeszedł przemianę i przybrał nową tożsamość, wygląda więc na to, że jeszcze namiesza w życiu Spider-Mana. Jak i kiedy? Na to będziemy musieli trochę poczekać. Niestety już na pierwszy rzut oka wygląda to na słaby i przekombinowany wątek, ale nie uprzedzajmy faktów.
Wells ma pomysł na serię i na razie jego realizacja wypada nieco lepiej niż w przypadku poprzedniego scenarzysty, ale Amazing Spider-Man tom 3 – Hobgoblin smakuje bardziej jak przyzwoita przekąska, niż pełnoprawne, sycące danie. Czyta się to dość szybko, ale bez większej ekscytacji. Mam pewne obawy dotyczące kierunku, w jakim zmierza seria – ale ocenimy to po publikacji kolejnych numerów.

Tytuł oryginalny: Amazing Spider-Man by Wells and Romita Jr vol. 3: Hobgoblin
Scenariusz: Zeb Wells
Rysunki: Patrick Gleason, Nick Dragotta, John Romita Jr., Michael Dowling, Kyle Hotz, Terry Dodson, Ryan Stegman
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawca: Egmont 2025
Liczba stron: 144
Ocena: 65/100
PR-owiec, recenzent, geek. Kocha kino, seriale, książki, komiksy i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział komiksów, książek i gier planszowych.