
Głównym bohaterem jest Ghost Rider przemierzający w swym Hellchargerze multiwersum z tej mniej, ujmijmy to, turystycznej strony. Jego kompanem jest Deathlok i los w końcu osadza ich na Ziemi-818, gdzie herosi nigdy się nie pojawili. Oczywiście nie z naturalnych przyczyn. Za wszystkim stoi Black Skull i upiorna grupa znana już z wcześniejszych tomów jako Multiwersalni Mistrzowie Zła. W mroku tli się jednak maleńka iskierka nadziei. Dosłownie. A na imię jej Tony Stark. Ant-Man Ziemi-818. To oczywiście ledwie wierzchołek góry avengersowej.
Multiwersum daje sporo możliwości. Ważne, żeby nie przedobrzyć i czasem Jason Aaron nie wyrabia na zakrętach. Mrówkowata wersja Starka to, jak łatwo się domyślić, niejedyna alternatywa inkarnacja. Mamy Kapitanów Ameryka, Thorów, ale też i całe tabuny Mefisto w różnych rozmiarach. W całym swym zdziecinnieniu przyznam, że zazwyczaj lubię takie szalone wizje, lecz przejażdżka po Multiwersum, jaką zaserwował mi Aaron, niemal przepaliła moje pojmowanie świata Marvela. Bo oto widzimy dwoje awatarów Phoenix przeciw planetarnej wersji Doktora Dooma. Aarona poniosło? Nie całkiem.

Nazywając swą opowieść w ten sposób twórca Bękartów z południa daje jasny sygnał, czym ona będzie. Kurt Busiek nie hamował się w realizacji swej wizji i jej skala w równym stopniu potrafiła oczarować, co przytłoczyć. Jeśli bierzesz do ręki komiks, który w swym założeniu jest podkręceniem wszystkiego w maksymalny sposób, to przygotuj się na prawdziwą bombę heroiczną. Najlepiej oddaje to ustawienie Mephisto w roli głównego łotra. Gdzieś pod nogami plączą mu się Black Skulle czy inne Dark Phoenixy, ale demiurgiem całego zamieszania jest, jakby nie patrzeć, szatan. I nie, nie musicie czynić znaku krzyża. To ten mniej groźny diabeł. Popkulturowy. Niemniej czyni zło na skalę międzywymiarową, do której nie umywają się Thanos czy Knull. Coś takiego podźwignąć scenariuszowo mógł tylko twórca na miarę Jasona Aarona. I rysownik, z którym łączy go pewna imienno-nazwiskowa zbieżność. Mamy wielu Starków, Doomów, są i dwaj Aaronowie…
Na Aarona Kudera spadło ciężkie zadanie. Technicznie, bo ilość herosów na metr kwadratowy przekroczyła tu normę, ale też kreatywnie, bo wszystko przecież musi jakoś wyglądać, prawda? Egzotyczne warianty bohaterów i złoczyńców Marvela nie mogły wyłącznie lać się po maskach i choć często komiks ten to umiarkowany chaos, to znalazło się kilka chwil na odpowiednie backstory. Robbie Reyes staje się tu kimś więcej niż Ghost Riderem w samochodzie, a zmagania Steve'ów Rogersów na długo zostaną mi w głowie.

Avengers tom 12: Na zawsze to wielkie widowisko i mam z nim identyczne odczucia jak z Grzechami Sinistera. Nie mogę go nazwać dziełem wybitnym, ale pełna rozmachu fabuła po prostu trafia do mojego prostego umysłu. Sięgając po ten komiks nie liczyłem na artystyczne doznania rodem z komiksu europejskiego czy niepokorność Vertigo. Lektura miała być dobrą, szaloną przygodą i taka właśnie była. Może Aaron popuścił wodze fantazji, ale ostatecznie zrealizował swój pomysł i skalą dorównał nawet Busiekowi. Kolejny przystanek jest zarazem finałem runu Aarona i liczę na równie śmiałe przedstawienie, co tutaj.

Tytuł oryginalny: Avengers Forever vol. 1: The Lords of Earthly Vengeance, Avengers Forever vol. 2: The Pillars
Scenariusz: Jason Aaron
Rysunki: Aaron Kuder, Jim Towe
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 288
Ocena: 70/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.