
Walka Batmana z przestępczością ma charakter periodyczny. Joker i arkhamska ferajna uciekają regularnie jak w zegarku, a i pospolite gangusy jakoś znajdują wyłom w murach Blackgate. Przypuszczam, że Nietoperz nawet lubi tę rutynę i zaznacza konkretne incydenty ucieczkowe w kalendarzu. Gorzej, gdy do krwioobiegu Gotham dostanie się ciało obce, destabilizujące uporządkowany bardak, jakim jest miasto. Batman: Hush to opowieść nie o jakiejś płotce, która lekko nadszarpnie nietoperzową pelerynę. Pojawia się ktoś, kto zna Bruce'a Wayne'a od lat i jest na tyle przebiegły, by nie brudzić sobie rąk bezpośrednim starciem. Jeph Loeb pokazuje nam pełną akcji intrygę, która odciśnie swe piętno na Mrocznym Rycerzu.
Loeb to wielki twórca, zawdzięczający swój status choćby Długiemu Halloween. I nieprzypadkowo wspominam o tym tytule, bo ma co nieco wspólnego z Hushem. To może już nie to noirowe Gotham, a Batman uległ bardziej dynamicznej estetyce, ale scenarzysta nie rezygnuje z detektywistycznego charakteru fabuły. Obie historie są zbudowane na podobnym szkielecie. Kolejni łotrzy wyskakują jak diabeł z pudełka i pojawia się kilka zaskoczeń, które odbiją się szerokim echem w historiach kolejnych autorów. Tytułowy Hush to jednak nie Holiday i jeśli obawiacie się powtórki, możecie odetchnąć z ulgą. Jeph Loeb niczym wielcy reżyserzy tworzy w swoim stylu, ale nie kopiuje sam siebie.

Batman: Hush liczy sobie już dwie dekady, więc można zaliczyć go do klasyki DC. Tym bardziej, że akcja ma miejsce jeszcze przed The New 52!. To historia wyjątkowa, ale czy może równać się z innymi kamieniami milowymi z bibliografii Gacka? Nie jest to opowieść tak nokautująca jak Zabójczy żart, Azyl Arkham też jest dziełem z zupełnie innej półki gatunkowej. Pierwszy raz czytałem tę historię dawno temu, nie znając wówczas dzieł Moore'a, Morrisona czy Millera. Jednak nawet po latach Hush robi wrażenie, będąc nieco bliżej regularnych serii. Loeb to nie typ komiksowego rewolucjonisty i eksperymentatora. To artysta stabilniejszy, ale równie utalentowany.
Najwybitniejsze dzieła Loeba często współtworzył Tim Sale. Jim Lee to artysta o innej wrażliwości, ale znacznie lepiej rozumiejący ducha opowieści takiej jak Hush. Jeśli kojarzycie go tylko z charakterystycznych dzieł z lat 90., tutaj będziecie mieli okazję zobaczyć, że potrafi też inaczej ukazywać peleryniarzy. Gotham to nie miejsce na muskuły, kieszonki i krzykliwe stroje. Lee jest tu niemal klasyczny. Miasto zarazem zachwyca i przeraża, a i sam Hush bliski wizualnie jest ponurym zaułkom metropolii. Rysownik jest tu łagodniejszy, ale to nie oznacza, że schował pazury. I wcale nie mam na myśli Kotki. Wystarczy spojrzeć na szaleństwo w oczach Jokera czy Scarecrowa, by poczuć dreszczyk. Jest jeszcze ktoś, kto powrócił zza grobu i może dziś jego pojawienie się nie budzi już takich emocji, ale wówczas - jak najbardziej. Tylko ktoś formatu Jima Lee mógł ponieść taki kawał fabuły bez zadyszki choćby w najmniejszym kadrze.

Batman: Hush to jeden z kamieni milowych bibliografii Mrocznego Rycerza. Niby to klasyka, ale wydaje się dużo lżejszy i bardziej współczesny od dzieł Moore'a czy Millera. Może dlatego, że posiada w sobie coś, co nazwałbym filmowym paliwem. Wprawdzie powstała już animacja, ale dobrego nigdy za wiele. Tymczasem Egmont zapowiedział Batman: Hush 2, który co prawda nie cieszy się takim uznaniem, ale pokazuje, że pewne tytuły inspirują po latach od debiutu. Albo, że DC nie ma pomysłu i odgrzebuje udane projekty, by zarobić kolejne zielone, ale to już taki mój defetyzm, nieumniejszający dziełu Loeba i Lee. W końcu zasłużenie wydanym w słusznej formie DC Deluxe.

Tytuł oryginalny: Batman Hush: The Deluxe Edition
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Jim Lee
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Marek Starosta, Jarosław Grzędowicz
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 376
Ocena: 90/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.