
Motyw powrotu do domu po latach pojawia się u Lemire'a regularnie, choćby w wydanych również przez Muchę Małych arkanach. Artysta lubi snuć opowieści z podobnymi składnikami, ale z zupełnie innymi bohaterami. W kolejnym tomie Mitów Kościanego Sadu ponownie dostajemy więc powrót po latach w rodzinne strony. Trish jest autorką powieści grozy, ale ostatnie jej dzieła nie odnosiły sukcesów. Pierwszym miejscem, jakie odwiedza po powrocie, jest dom dawnej przyjaciółki - Jackie. Ich drogi rozeszły się przed laty, a sama Jackie zaginęła niedługo po tym w tajemniczych okolicznościach. I jak się domyślacie - jedyną osobą zdolną ją odnaleźć jest jej przyjaciółka.
Relacja Trish i Jackie to skomplikowana sprawa. Dziewczyny nie były gwiazdami wśród rówieśników, a na dodatek ta druga wychowuje się z matką, którą trudno nazwać absolutnie wyrodną, ale ciężko też stawiać za przykład rodzicielskiej odpowiedzialności. Dwie panny łączy zamiłowanie do literatury grozy i fantasy. Uciekają od świata w fantazyjną wyobraźnię, czasem bardzo dosłownie. I to „dosłownie” z czasem nabiera kształtów. Warto dodać, że Kanadyjczyk nie idzie w przewidywalne girl power czy typową dziewczęcą miłość. Rzeczywistość w jego wykonaniu jest bardziej skomplikowana. I tu przejdę do kwestii dotyczącej samego autora.

Lemire jest jak aktor, który wyspecjalizował się w odgrywaniu konkretnych typów postaci. Czasem z dodatkiem komediowym, innym razem czysty w swej pierwotnej postaci, ale wciąż niezmienny w samym rdzeniu swej twórczości. Retrospekcje, realistyczna podstawa obyczajowa i zależnie od gatunku - dodatkowy składnik. W Dziesięciu tysiącach czarnych piór jest to międzywymiarowy horror, znakomicie skrojony i konsekwentny w swej rozwijającej się idei, która ma szansę stać się czymś naprawdę dobrym, jeśli twórca Łasucha nie zboczy z tropu.
I tu znów Lemire'a wspiera swymi pracami Andrea Sorrentino. Podobnie jak w Pierwotnym, posługuje się tu dwoma technikami rysunku, przypisanym konkretnym wydarzeniom w czasie. Nastoletnia przeszłość Trish i Jackie to lżejsze i bardziej barwne ilustracje, choć nie spodziewajcie się w nich samych słodkości. To Ameryka małomiasteczkowa, taka, która nie będzie great again, bo great nigdy tak naprawdę nie była. Druga strona rysunkowego medalu to klasyczny, jeśli można tak powiedzieć, Sorrentino. Mrok, cienie, szalone kadrowanie, ale i realizm. Dostajemy więc sorrentinowski pakiet, który zadowoli każdego fana horroru.

Mity Kościanego Sadu: Dziesięć tysięcy czarnych piór to opowieść bardziej angażująca niż Przejście. Więcej tu emocji, postaci są bardziej wyraziste, a i sama groza ma większe zębiska. Najlepsze jest to, że wielkie zło jeszcze nie odsłoniło w pełni swej natury i ta enigmatyczność budzi skojarzenia z wielkimi klasykami gatunku. Celowo nie sprawdzałem, co czeka nas w kolejnej odsłonie cyklu, bo znam swoją słabą, ciekawską naturę. Dowiedziałbym się pewnie za wiele i zabawa byłaby mniejsza, a oczekiwanie jestem w stanie znieść. Choć liczę, że Mucha Comics nie każe nam czekać za długo.

Tytuł oryginalny: The Bone Orchard Mythos: Ten Thousand Black Feathers
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Andrea Sorrentino
Tłumaczenie: Maria Lengren
Wydawca: Mucha Comics 2025
Liczba stron: 168
Ocena: 80/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.