
Mister Sinister wraca z wygnania. I to z przytupem. Bladolicy łotr przygotował sobie grunt pod przejęcie Krakoi i udaje mu się to przerażająco i niepokojąco gładko. Przerażająco, bo komiks mógłby nosić tytuł „Sinister kills Marvel Universe” i to, co powstaje z jego dziedzictwa, jest koszmarem dla każdego, kto stoi na drodze homo superior. A niepokojąco, gdyż nawet taki geniusz jak Nathaniel Essex w tak dużej skali swego spisku w końcu musi się natknąć na przeszkodę. A te są dość ciekawe. Jeśli pamiętacie kim był Doktor Stasis i co miał na czole, dołączą tu dwa kolejne symbole.
I tu warto na chwilę się zatrzymać. Na przykładzie Sinistera świetnie widać, jak bardzo bohater potrafi ewoluować na przestrzeni dekad. Zmiany to dobra i naturalna rzecz, ale czasem wydawca robi je pod rozdmuchanie danej historii, a nie ku zadowoleniu czytelnika. W przypadku Essexa panuje równowaga. To bohater niemal karykaturalny w znaczeniu czarnej komedii. Czasem bliżej mu do łotrów z Gotham. Ale podobnie jak w ich przypadku, ciężko nie lubić tego drania, choć momentami zdarzało się, że twórcy poszli za daleko w las, co odbiło się na całokształcie historii.

Era Krakoi to epoka nie dla każdego fana X-Men. Ortodoksyjni fani, pragnący jedynie, by mutanci mieszkali w szkole w Westchester, tłukli się z Sentinelami i czasem padali ofiarą pogromów, nie są zapewne uradowani wizją Hickmana tak jak ja. Przeznaczenie X: Grzechy Sinistera jest chwilami naprawdę skrajne jeśli chodzi o odejście od pewnych tradycji. To już nie X-Men, nawet nie typowy Marvel, a śmiała opowieść SF, w której autorom czasem puszczają hamulce. Dają zarówno soczyste i ciekawe pomysły, jak różne wcielenia Essexa, ale i projekty przejaskrawione, jak hybrydy mutantów. I wiem, coś takiego pojawiło się już wcześniej w albumie Ród X/Potęgi X, ale w zupełnie innych okolicznościach. A skoro mowa o tej historii. Choć Hickmana tu z nami nie ma, to spójność jego idei pozostaje zachowana, co nie jest taką oczywistością w komiksach peleryniarskich. Może właśnie dlatego, że Era Krakoi ma homeopatyczną zawartość czysto heroiczną?
Andrea De Vito i Paco Medina to nazwiska dominujące w ilustracjach Grzechów Sinistera. I trzeba przyznać, że poradzili sobie ze skalą pomysłu scenarzystów. Jest kosmicznie, brutalnie, widowiskowo i czasem pojawiają się nawet warte odnotowania kadry. Cała historia nastawiona jest jednak na wielkie show. Ma być głośno, kolorowo, czasem krwawo i tak właśnie jest. Mutanci nigdy jeszcze nie weszli na poziom intergalaktycznej potęgi jako samodzielna siła i to, jak zostało to ukazane, cieszy oko. Chociaż bywało już spektakularnie, to nie tak sinistersko.

Przeznaczenie X: Grzechy Sinistera trafi do fanów X-Men Ery Krakoi, ale nostalgiczni miłośnicy mutantów mogą miejscami mieść dość. Kieron Gillen, Al Ewing i pozostali mają dużo swobody twórczej, która mogła pojawić się jedynie przy okazji takiej historii jak ta. Ciekawie rozpisany jest tu sam główny łotr. Sinister nigdy nie cieszył się moją specjalną uwagą, ale tutaj jest bodaj najbardziej charyzmatycznym i ciekawym antagonistą od początków Ery Krakoi. Zmierza ona już wprawdzie ku końcowi, ale wiele jeszcze przed nami. Zwłaszcza, że na łamach Wolverine'a Spurriera kształtuje się charakter postaci, która obecnie znajduje się w centrum zapowiedzianego wydarzenia DNX.

Tytuł oryginalny: Sins of Sinister
Scenariusz: Kieron Gillen, Al Ewing i inni
Rysunki: Paco Medina, Andrea De Vito, Lucas Werneck i inni
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 324
Ocena: 70/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.