
Na farmie Afrykanerów ginie czarnoskóry pracownik. Budzi to niepokój reszty załogi, zwłaszcza, że ich sytuacja ekonomiczna jest kiepska. Tymczasem w świecie polityki przeciwstawne ugrupowania coraz silniej na siebie napierają, a radykalne bojówki atakują gospodarstwa należące do białej społeczności. Sprawę mordu prowadzi Shane Shepperd, gliniarz zdolny, ale i bawidamek, który rozkochał w sobie ukochaną córeczkę wpływowego polityka. Problematyczne zabójstwo wkrótce zamienia się w zawiłą sprawę, silnie związaną z wielką polityką, a nad wszystkim unosi się duch mrocznej magii. Takiej bez widowiskowych zaklęć i klątw.
Sangoma: Przeklęci z Kapsztadu to jedna z tych lektur, które skłaniają do poszerzenia wiedzy. Nasz system edukacji opowiada o tym okresie symbolicznie, wspominając coś o Nelsonie Mandeli i najważniejszych faktach historii RPA. Tymczasem cała problematyka poruszona w tym komiksie to splątany węzeł społecznych zależności. Od konfliktu rasowego i zarazem klasowego, poprzez polityczne powiązania i podwieszenia, aż po to, kto obecnie włada Afryką. Wprawdzie już nie pod kolonialną kuratelą, ale wciąż wykorzystując jej potencjał ekonomicznie.

Wielka polityka i niepokoje społeczne przenikają się z doskonale rozpisanym wątkiem kryminalnym. Im dalej Shepperd zagłębia się w mroki prowadzonej sprawy, tym coraz to nowe wątki wypływają na wierzch. W końcu pojawia się też sangoma. Kim właściwie jest? Najprostsza analogia - lekarz medycy naturalnej. A przynajmniej dotyczy to tych sangomów, którzy idą uczciwą ścieżką, łącząc wiedzę akademicką z ludową. Ba! Posiadają oni dyplom uprawniający ich do legalnej i pożytecznej działalności. Ale jest i ciemna strona, pamiętająca czasy sprzed kolonizacji i uciekająca się do krwawych, pierwotnych metod, przypominających, że Afryka to kontynent niebezpieczny i zabójczy nawet dla swego ludu.
Jak w przypadku Islandera, z Carylem Fereyem ponownie współpracuje Corentin Rouge. I znów nie szczędzi nam realizmu człowieczej natury. Wille wysoko postawionych polityków i posiadłości kontrastują z barakami robotników i slumsami. RPA z jednej strony to państwo idące drogą Zachodu, ale z drugiej cierpiące na choroby trawiące państwa Afryki. Dosyć jednak o treści samej w sobie. Rouge to znakomity warsztatowo rysownik i każdy detal tego komiksu zasługuje na ukłon. Artysta potrafi odpowiednio prowadzić narrację. Gdy przychodzą napięte momenty, akcja przyspiesza i obrazy w kadrach stają się dzikie i niepokojące. A gdy nadchodzi refleksja - wszystko zwalnia i przedstawione jest z odpowiednim namaszczeniem.

Sangoma: Przeklęci z Kapsztadu nie jest lekturą łatwą i lekką. To nie tylko kryminał z politycznym tłem, ale i dramat społeczny poruszający wiele aspektów ówczesnych realiów RPA. Ferey jest znakomitym narratorem, pozwala cieniom rozwinąć się sukcesywnie i choć główny bohater na pierwszy rzut oka to typowy glina kina akcji, to doskonale zdaje sobie sprawę, gdzie się znajduje. To już drugi komiks Fereya i Rouge'a wydany w ostatnim czasie przez Non Stop Comics. Jeśli tak będzie wyglądać ich oferta wydawnicza, będę musiał poszerzyć przestrzeń półkową. Sangoma: Przeklęci z Kapsztadu to tytuł, obok którego nie da się przejść obojętnie, a tym bardziej go pominąć.

Tytuł oryginalny: Sangoma: Les Damnes de la Cape Town
Scenariusz: Caryl Ferey
Rysunki: Corentin Rouge
Tłumaczenie: Paweł Łapiński
Wydawca: Non Stop Comics 2026
Liczba stron: 152
Ocena: 80/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.