
Herosi leżeli już na łopatkach wielokrotnie. Zarówno samotnie, jak i zbiorowo. Tym razem nokaut przyszedł szybko i precyzyjnie. Nie tylko dlatego, że wśród nich znalazł się niespodziewany zdrajca. Nie dlatego, że postaci pokroju Failsafe'a czy Brainiac Queen pomagają zdjąć z planszy największych bohaterów. Amanda Waller, szara eminencja kojarzona głównie z oddzialikiem straceńców, wreszcie dokonała czegoś, co planowała od lat. Bez szaleńczych fetyszy w stylu Jokera czy ego-ambicji Luthora. Za to z urzędniczo bezlitosną precyzją.
Popkultura zna kilka przykładów niepozornych szaraczków, którzy szybko wskoczyli na stanowisko dające im odpowiednie prerogatywy, by przetrącić grzbiety potężniejszym od siebie. Kruchy senator Palpatine czy służalczy Frank Underwood mogliby być duchowymi braćmi Amandy Waller - kobiety budzącej respekt, ale nie afiszującej się z tym, co wie i potrafi. A tym bardziej ze swoimi planami, kutymi cierpliwie od jakiegoś już czasu. Poza super-wzrokiem Clarka i wszystkim tym, czym dysponowała Liga. Waller jest równie bezwzględna co Kingpin w Diabelskich rządach, choć na inny, adekwatny do świata DC sposób.

Polityka jest moją ulubioną stroną Władzy absolutnej. Nie jest ona tak silnie wrośnięta w strukturę historii jak w Strażnikach, ale pozwala na stworzenie ambitniejszego fundamentu historii. Waller, oprócz fizycznego uciszenia peleryniarzy, podbudowała swe czyny propagandą. Społeczeństwo ma pamięć złotej rybki i nic to, że Liga Sprawiedliwości uratowała świat wiele razy. Ważne, że tu i teraz jedyne słuszne media mówią, że herosi nie są już fajni. Waller nie jest wszechmocna i opór wobec jej działań istnieje. Lecz to tylko próba stawiania marnych zapór przed powodzią jej szeroko zakrojonych działań.
Jak przystało na takie wydania, pierwszy tom Władzy absolutnej to kocioł prac różnych rysowników. W pierwszym szeregu siedzi oczywiście Dan Mora, który ostatnimi czasy nie bez powodu wyrósł na jednego z czołowych ilustratorów DC. Na pierwszy rzut oka jego styl jest standardowo heroiczny. W całym widowisku potrafi jednak ukazać coś więcej. Również Skylar Patridge czy Eddy'emu Barrowsowi nie można zarzucić lichości. Udało się zachować rozsądek w kwestii natężenia peleryn i tego, jak snuta jest historia. Wyczuwalne jest oszczędniejsze tempo, ale herosi nie tracą na swym blasku, nawet jeśli są w odwrocie.

Władza absolutna tom 1: Pozbawieni mocy to nie kolejny crossover od DC, który udaje, że wszystko zmieni i nic nie będzie już takie samo. Jak na historię o tym rozmachu, jest lepiej przemyślany i bardziej osobisty niż eventy z poprzednich lat. Przede wszystkim demiurgiem wszystkiego jest wielokrotnie już przeze mnie chwalona Amanda Waller, zawstydzająca swymi sukcesami na polu zdejmowania herosów z piedestału największych złoli DC. Przed nami jeszcze dwa tomy i przyznam, że początkowo byłem pewien, że to kolejna historia głośna, krzykliwa, ale nie znacząca nic. Tymczasem Władza absolutna budzi nadzieję, że DC Comics jeszcze nie umarło.

Tytuł oryginalny: Absolute Power Vol.1: Powerless
Scenariusz: Mark Waid, Joshua Williamson, Chip Zdarsky
Rysunki: Dan Mora, Amancay Nahuelpan, Eddy Barrows, Skylar Patridge
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 336
Ocena: 80/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.