
Po Fatalnych przyciąganiach Magneto na chwilę wypadł z gry, ale mocno odcisnął swój ślad na kondycji X-Men (zwłaszcza Logana...) i namieszał wokół ich pozycji społecznej. Xavier i spółka nie mają niestety czasu na naprostowanie tej sytuacji. Nad homo superior zawisa nowy cień w postaci Falangi, techno-organicznego kolektywu, który pchany podszeptami antymutanckich szaleńców staje się zagrożeniem większym niż Mistrz Magnetyzmu. Do tego dochodzi wirus dziedzictwa. A jak wiemy z czasów pandemicznych, wirus lubi mutować, znajdując nowe cele infekcji.
Seria X-Men. Punkty zwrotne to jedna z najciekawszych pozycji Marvela, które wydaje Egmont i uzupełnia Mucha. Fanatycy X-Men, jak niżej podpisany, cieszą się na każdy tom, ale normalni ludzie mają prawo kręcić nosem na różnice poziomów między poszczególnymi tytułami. Niniejszy album to spora dawka akcji. I pisząc to, mam na myśli jej naprawdę obłędną porcję. Falanga z racji swej natury może pojawić się w każdej chwili i dzięki temu mamy nie tylko ukazane losy grup skupionych wokół Xaviera, ale i Excalibura. Różnorodność jest, ale za jaką cenę...

Czyta się to ciężko. Rysunki są wzorem prac ze swojej epoki, ale już dialogi, a zwłaszcza narracja z offu, cofa nas do poprzednich dekad. Intensywnie jest więc na płaszczyźnie tekstowej i wizualnej. Z tym, że tą drugą można podziwiać, a czytanie kolejny raz skrótu poprzedniego zeszytu czy rozmydlonych przemyśleń bohatera boli. Wszystko ratuje koncepcja, bo ma nieco pozaziemski wymiar.
Nie chcę zdradzać genezy Falangi, ale nadmienię, że ma dużo wspólnego z poczciwym Warlockiem z New Mutants. Techno-organiczny byt o kumpelskim charakterze na chwilę zniknął z radarów, ale sami wiecie, jak to jest z nieobecnościami w komiksach. Wracając jednak do Falangi, jej technologia budzi skojarzenia z body horrorem z cybernetyczną wkładką. Miejscami wygląda o wiele groźniej niż dumny Apocalypse czy Magnus. I co trzeba przyznać autorom, przy całym potoku akcji potrafią grać napięciem.

Wśród rysowników pojawiają się takie nazwiska jak John Romita Jr. czy Andy Kubert. Falanga i jej poczynania prezentują się znakomicie, choć wszystko zgrzyta w kwestii kolorów. W niektórych miejscach bywa zbyt kolorowo, a w innych barwy wydają się wyblakłe. To jednak przykład nie tak starej klasyki. X-Men nadal w kultowych kostiumach, technologia mogłaby być scenerią pod dobre SF, a sceny akcji zasługują na brawa. Przynajmniej te najlepsze. Zastanawiam się jednak, co kierowało osobą dobierającą grafikę na główną okładkę... Przy tylu świetnych kadrach i okładkach dało się dobrać coś lepszego niż to chaotyczne… coś.
X-Men. Punkty zwrotne: Przymierze Falangi to album wymagający. Nie tyle pod względem ambitnej treści, co zalewu akcji i wydarzeń ukazanych w sposób przytłaczający. Lubię klasykę, ale przez chwilę sam czułem się tak, jakby technologia Falangi zalewała mi umysł. Dla fanów X-Men to pozycja obowiązkowa. Reszta powinna przygotować się na drogę pod górkę. Warto ją przebyć, choćby dlatego, że w kolejnym tomie pojawi się kultowy Onslaught, niemniej nie nastawiałbym się na przebój na miarę Fatalnych przyciągań.

Tytuł oryginalny: X-Men Milestones: Phalanx Covenant
Scenariusz: Fabian Nicieza, Larry Hama, Scott Lobdell, Todd Dezago
Rysunki: Adam Kubert, Amanda Conner, Andy Kubert, Jan Duursema, Steve Epting, Tony S. Daniel, Joe Madureira, John Romita Jr, Ken Lashley, Roger Cruz,
Tłumaczenie: Sebastian Smolarek
Wydawca: Egmont 2025
Liczba stron: 492
Ocena: 65/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.