Peter Watts – Ognisty deszcz – recenzja książki

Tempo czytania książek zależy w moim przypadku od wielu czynników. Począwszy od objętości, poprzez tematykę, po język, jakim operuje autor. Rekord to trzy i pół miesiąca brnięcia przez Lód Jacka Dukaja, który choć dobry, był lektura przyciężkawą. Tuż za nim plasuje się Ognisty deszcz Petera Wattsa. Książka, której problematyka skupia się na czymś zupełnie innym, choć przez laików wrzucana jest do tego samego wora fantastyki. Co nie tylko pokazuje, że gatunek ten jest być może najrozleglejszym polem twórczym i zawiera w sobie zarówno radujące leniwy umysł opowiastki, jak i historie plączące się w umyśle przez długi czas. Ognisty deszcz to wydanie zbiorcze Ślepowidzenia i Echopraksji. Uderzenie twórczości Petera Wattsa jest więc podwójnie mocne.

Ślepowidzenie zaczyna się pojawieniem wokół ziemskiego globu roju Świetlików, które chwilę potem znikają. To oczywiście niezidentyfikowane obiekty latające, niechybnie obcego pochodzenia, które determinują ludzi do poszukiwań niespodziewanych gości. I tak powstaje zespół barwny i dziwaczny, ale świetnie nadający się do dalekosiężnych podróży w gwiazdy. Narratorem i głównym bohaterem jest Siri Keeton, mężczyzna, którego lewą półkulę mózgu w wyniku choroby musiały zastąpić odpowiednie implanty, co czyni go dość szczególnym obserwatorem, ale nie wyróżnia specjalnie na tle załogi. Do jego zespołu należą bowiem posiadająca wiele osobowości kobieta i wampir, lecz o jego gatunku za chwilę…

Pierwszy kontakt według Wattsa to nie zderzenie ziemskich Indian i kosmicznych Hiszpanów. To raczej spotkanie skrajnie różnych cywilizacji, odmiennych już na płaszczyźnie funkcjonowania biologicznego i mentalnego. Mistrz Lem kiedyś pisał, że ludzie nie szukają obcych cywilizacji, a takich, które w jakiś sposób przypominają ją samą. I tu jego teoria doskonale się sprawdza. Byt/konstrukt zwany Rorschachem to nie kolejne zielone ludki czy krwiożercze bestie, a coś orbitującego na zupełnie innej płaszczyźnie niż homo sapiens i cokolwiek, co jest mu znane.

Echopraksja przenosi nas na Ziemię, kilka lat po odwiedzinach Świetlików. Załoga „Tezeusza” nie dała znaku życia. Daniel Bruks ucieka przed światem po uprzednim powaleniu go na kolana. Dokonał tego za pomocą pewnego biologicznego eksperymentu, który zachwiał pozycją człowieka w łańcuchu pokarmowym. Naukowiec udaje się na pustynię, gdzie trafia na Zakon Dwuizbowców, organizację skrajnie zmodyfikowanych ludzi, u których części syntetyczne wykraczają poza metalową protezę ręki czy efektownie błyskające implanty. I tu powracają kłopoty w komunikacji między głównym bohaterem i światem zewnętrznym, lecz już nie chodzi o pozaziemskie byty, będące w swej obcości bardziej akceptowalne niż niegdysiejsi ludzie.

Hard SF to coś, od czego nie zaczynałbym przygody z fantastyką. No chyba, że wcześniej nawykliśmy do tekstów naukowych i ciężkiego autorskiego pióra. Jeśli jednak liczycie na kosmiczną przygodę z laserami i rakietami, to podgatunek, do którego zaliczyć można Ognisty deszcz, pozbawi was przytomności. Peter Watts tworzy zupełnie inną wizję spotkania z obcą cywilizacją i samego rozwoju ludzkości. Nie oceniałbym Ognistego deszczu jako próby odgadnięcia przyszłości człowieka. To raczej opowieść o ludzkości wyzutej z boskiego pierwiastka, który na dodatek sama próbuje sobie implementować.

No i przyszedł czas na wampiry, bo jakoś one najbardziej wgryzły mi się w pamięć. Fani Stokera i idących jego śladami twórców będą rozczarowani, gdyż tutejszym krwiopijcom bliżej do darwinowskich teorii niż do literatury grozy. Wampiry to kolejna gałąź ewolucji dwunogich ssaków spokrewnionych z człowiekiem. Z tym że są one absolutnymi drapieżnikami z gustem ukierunkowanym na homo sapiens. Są silniejsze i inteligentniejsze. Co więcej – krzyże są ich słabością. Nie wynika jednak ona z przyczyn teologicznych, a smak na człowieczka nie bierze się znikąd. Wszystko ma podłoże czysto biologiczne i choć chciałoby się w to wpleść jakiś nadnaturalny wątek, to autor uderza w nas czystymi faktami. Tym samym Jukka Sarasti, będący kapitanem „Tezeusza”, staje się jednym z najoryginalniejszych przedstawicieli swego gatunku w popkulturze.

Warto było czekać na wydanie zbiorcze Ślepowidzenia i Echopraksji. Peter Watts stworzył dzieło trudne, wymagające, ale też wartościowe i skłaniające do pewnych przemyśleń. Brawa za umiejętne prowadzenie narracji choćby z punktu Siriego Keetona i za rozwijanie głębokich idei bez wstydu mogących obdzielić kilka powieści. Wydawnictwo MAG stawia na mocne pozycje z szeroko pojętej fantastyki, choć w tym przypadku warto pierw zacząć od lżejszego formatu. I nie chodzi bynajmniej o objętość Ognistego deszczu, ale o ciężką, ale zarazem satysfakcjonującą zawartość.

Książkę do recenzji dostarczyła księgarnia internetowa Inverso.pl. Ognisty deszcz do kupienia dostępny jest tutaj.


Okładka książki Ognisty deszcz

Autor: Peter Watts
Tytuł oryginalny: Firefall
Wydawca: Wydawnictwo MAG 2020
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Stron : 792
Ocena: 90/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?