Półmrok. Światło zatrzymuje się na krawędzi fortepianu. Odbija w lakierowanych klawiszach, rozlewa po twarzy jazzowego muzyka. W powietrzu wisi dym papierosowy, ciężki i lepki. Publiczność siedzi blisko. Każdy ruch palców jest widoczny. Każdy błąd byłby słyszalny.
Jazz w Everybody Digs Bill Evans nie przynosi ukojenia. On napina nerwy.
Grant Gee w swoim fabularnym debiucie nie opowiada historii o spełnionym marzeniu. To film o ciężarze sławy, o presji, która z każdym kolejnym sukcesem zaciska się mocniej. Geniusz nie jest tu darem a obowiązkiem. Ciągłym potwierdzaniem własnej wartości przed światem, który nigdy nie ma dość.
Narracja przeskakuje między latami 60. i 70., a czas nie układa się w prostą linię. Wcześniejsze fragmenty toną w czerni i bieli — surowe, klaustrofobiczne, pełne napięcia. Późniejsze wypełniają się ciepłymi barwami: pomarańczami, brązami, przygaszonym żółtym światłem lamp. Kolor nie oznacza ulgi. Raczej zmęczenie. Ciało, które zaczyna zdradzać szybciej niż talent.
Za tę wizualną opowieść odpowiada autor zdjęć Piers McGrail, który buduje emocje światłem i bliskością kadru. Kamera niemal dotyka dłoni na klawiszach, zatrzymuje się na napiętych szczękach, na spojrzeniach uciekających w bok między kolejnymi frazami muzycznymi. Z kolei montażysta Adam Biskupski prowadzi sceny koncertowe w rytmie improwizacji — rwane, nerwowe, pełne nagłych pauz i przyspieszeń. Obraz nie ilustruje muzyki. On z nią współoddycha.
Muzyka jest sercem filmu. Nie nostalgicznym wspomnieniem epoki, lecz nieustannym napięciem. Jazz jako ryzyko, wyścig, próba udowodnienia własnej wartości — dokładnie ten rodzaj emocji, o którym mówił Sebastian w La La Land. Tu nie ma komfortu. Każdy występ jest egzaminem.
W centrum tej historii stoi Bill — postać inspirowana legendą Bill Evans — grany z niezwykłą precyzją przez Anders Danielsen Lie. Aktor buduje bohatera bez efektownych gestów. Na scenie jest skupiony do granic możliwości, jakby świat poza fortepianem nie istniał. Po zejściu ze światła reflektorów — coraz bardziej wycofany, cichy, samotny. W jego spojrzeniu widać zmęczenie człowieka, który nie ma prawa zawieść. Rodzina z bolącym sercem obserwuje jego powolne osuwanie się w przepaść. Chcą pomóc, są przy bliskim. Jednak strata zaprzyjaźnionego muzyka pcha Billa w melancholijne zakątki umysłu.
Uzależnienie pojawia się tu bez sensacyjności. Jak naturalna konsekwencja życia w ciągłym napięciu. Jak próba uciszenia świata, który domaga się nieustannej doskonałości. Wszyscy diggują Billa. Publiczność, krytycy, środowisko. Mit artysty działa bez zarzutu. Tyle że mit nie musi odpoczywać. Człowiek — już tak.
Everybody Digs Bill Evans to film bardzo dobry — wizualnie hipnotyzujący, precyzyjnie zmontowany, muzycznie intensywny, aktorsko przejmujący. Ale przede wszystkim gorzki. Oklaski i pochwały nie są w stanie go osłodzić. W momencie rozpadania się wewnętrznego świata bohatera nic nie ukoi jego cierpienia. Geniusz stał się ciężarem nie do udźwignięcia. Jazz stał się melodią śmierci.
Studentka dziennikarstwa, miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Od niedawna zapalona widzka dokumentów. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych. W wolnej chwili czyta książki, robi zdjęcia i chodzi na koncerty.