Oj, oglądało się kiedyś animacje. Pojawiło się już trochę jej wersji, ale chyba już nic nie przebije oryginału z lat 80., który leciał hurtowo także w polskiej telewizji. Bohaterski rewolwerowiec, który był szybszy od własnego cienia (dosłownie, wygrywał z nim regularnie pojedynki) i zaprowadzał porządek zwalczając braci Daltonów i inne szumowiny Dzikiego Zachodu. Tym razem serialowa wersja miała złożyć hołd legendarnym komiksom René Goscinnemu i Morrisowi. Sprawdźmy, czy po pierwszych epizodach warto iść dalej.
Trzeba przyznać Mathieu Leblancowi i Thomasowi Mansuy, że potrafią zrobić kreatywne wejście. Otóż wyobraźcie sobie, że na samym początku historii Luke nie może w klasyczny sposób uporać się ze swoimi przeciwnikami, bo… ma kontuzję prawej dłoni. Tak jest, ktoś wreszcie wpadł na pomysł, jak w sposób efektywny zneutralizować największy atut naszego bohatera (a przynajmniej nie przypominam sobie tego tropu z komiksów, czy kreskówek). Daje to całkiem niezgorszy sposób na przedstawienie postaci Louise - niemal równorzędnej pod kątem istotności młodej bohaterki, która poszukuje porwanej matki.

Intryga rozkręca się dosyć powoli - żeby nie powiedzieć: ospale - do tego pewne decyzje ze strony Louise są dziwaczne (nie wchodząc niepotrzebnie w szczegóły, chodzi w głównej mierze o jej zwrot w przypadku osoby Luke'a). A jednak w tym przypadku cierpliwość popłaca. Gdy scenarzyści wygrzebują się z sideł, w które poniekąd sami się wmanewrowali, zaczyna się właściwa opowieść. Twórcy bawią się tropami z oryginału, ale też nie tak, żebyśmy czuli niepotrzebny natłok nostalgii, więc widzowie mniej zaznajomieni z klasyką także nie powinni na tym ucierpieć. Nie każdy żart bym tutaj zostawił, ale w większości przypadków co najmniej się uśmiechnąłem. A już na pewno nie wydaje mi się, by Goscinny przewracał się w grobie od czegokolwiek.

Choć postacie dążą do wyznaczonego celu, każdy epizod ma wyraźnie posiadać inny motyw. I tak po pierwszym odcinku - a zarazem prologu nadającemu odpowiednie tempo wydarzeniom - trafiamy do dziwacznego miasta, w którym wszyscy zadłużyli się pewnemu lokalnemu bandziorowi, by w kolejnym wpaść na Daltonów, gdzie również dzieją się rzeczy osobliwe (ale nie będę zdradzać, bo to też jest niezły twist). Alban Lenoir jako nieco już poharatany przez życie Luke radzi sobie świetnie, godnie partneruje mu Billie Blain w roli Louise - a praktycznie każda z dotychczasowych postaci również sobie radzi przednio.
Trudno na razie stwierdzić, dokąd zawędruje Lucky Luke i czy jego podróż nie zamknie się na rozczarowującym pierwszym sezonie, niemniej na razie mogę stwierdzić, że pomimo pewnych drobnych wpadek serial jest na dobrej drodze do bycia najlepszą wersją tej historii od dekad. Będę z wielką ciekawością oglądał kolejne epizody.
Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.