Są seriale, które ogląda się do obiadu. Nazywam je telewizyjnymi - nawet jeśli produkowane są dla streamingu. Są też takie, które wyglądają jak film. Są czymś znacznie więcej niż "seansem do jedzenia". Pojawia się już dbałość o estetykę i filmowa wartość. Jednym z takich seriali jest nowa produkcja HBO Max – Piekło kobiet.
Pierwszy odcinek Piekła kobiet zadebiutował na platformie w okolicy Dnia Kobiet. Z pozoru była to data idealna dla takiego tytułu, jednak był to zaledwie nieco ponad miesiąc od zakończenia poprzedniej produkcji oryginalnej HBO Max – Niebo. Rok w piekle. Serialu, który pomimo oczekiwania, sama zdecydowałam się odpuścić, widząc bardzo średnie recenzje. Nowej produkcji to nie pomogło, a kontrowersyjna nazwa dodatkowo przysporzyła jej niskich ocen od przeciwników aborcji, którzy bazowali jedynie na tytule serialu.
Jak widać - Piekło kobiet nie miało łatwego startu (co swoją drogą tylko pokazuje, jak aktualny jest ten serial?). Zupełnie niepotrzebnie, bo to dopracowana produkcja, której naprawdę warto dać szansę. Choć do topowych światowych seriali jeszcze długa droga, Piekło kobiet udowadnia, że mimo potknięć, nasze rodzime seriale też idą do przodu, a nawet mogą być wizualnymi dziełami.

Helena Wróblewska jest redaktorką magazynu matrymonialnego Fortuna Amandi należącego do jej męża. Ma pieniądze, rodzinę, wysoki status społeczny i jak niemal każda kobieta w latach 30. ubiegłego wieku – stara się o dziecko. Do tego żyje w bańce swojego dobrego i uprzywilejowanego życia. Bańka pęka, gdy okazuje się, że nie każdy odpowiadając na anonse ma dobre zamiary, a sama gazeta mogła przyczynić się do śmierci młodej tancerki. Życie Wróblewskich przestaje być kolorowe. Choć tak naprawdę – znikają pozory tych kolorów.
Wbrew kontrowersyjnej nazwie Piekło kobiet nie sprowadza się jedynie do aborcji. To serial o kobietach – ich sile, ale też o bezsilności w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Czy pomimo wyraźnej obecności są w ogóle słyszalne? Jest także o systemie, który pozostaje niesprawiedliwy, choć przecież powinien zapewniać bezpieczeństwo. Oczywiście teoretycznie cały czas mówimy o dwudziestoleciu międzywojennym. W rzeczywistości pomimo rozwoju społeczeństwa większość problemów, które porusza Piekło kobiet jest wciąż aktualna i to chyba uderza najbardziej.

Nowa produkcja oryginalna HBO Max ma coś czego mi często brakuje w serialach – swój własny klimat. Tutaj budowany jest on głównie poprzez warstwę wizualną. I czuć to od pierwszych minut. Scenografia świetnie oddaje epokę – od biedy po chłodny luksus elit. W końcu lata 30. XX w. to nie tylko art deco, ale też bauhaus występujący u inteligenckich elit, do której Wróblewscy bezsprzecznie należeli. Jednocześnie twórcy często łączyli styl sprzed stu lat z nowoczesnością. Mnie ta konwencja kupiła.
Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia. Nie były to po prostu poprawne ujęcia – czuć w nich artystyczny zamysł pełen harmonii i symetrii. Szczególnie widać to w scenie balu charytatywnego w 5. odcinku. Zdjęcia w Piekle kobiet nie są tylko obrazem przedstawiającym akcję, a wręcz osobnym elementem dodającym serialowi wartości. Dlatego właśnie rozróżniam seriale na te telewizyjne i „filmowe”. Tutaj tę filmowość od razu czuć (a przede wszystkim widać).

Nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła choć chwili na grę aktorską. Mamy tutaj naprawdę dobre nazwiska jak Koman, Herman czy Damięcki, ale ekran oczywiście kradnie Agata Turkot. Rola Heleny Wróblewskiej to kolejny, że jest aktorskim objawieniem polskiego filmu. Turkot kradnie każdą scenę. To jedna z tych aktorek, którym po prostu się wierzy – bez zastrzeżeń. Jest jak kameleon. Jeśli nic Was jeszcze nie przekonało do obejrzenia Piekła kobiet, to zróbcie to właśnie dla niej.
Niestety pomimo tego, że serial mi się podobał i jest dowodem na to, że polskie produkcje są na coraz wyższym poziomie, nie wszystko było idealne. Wady uwypuklił ostatni odcinek, który częściowo zniszczył mój zachwyt nad Piekłem kobiet budowany przez 5 odcinków. Cały serial jest dość spokojny – powoli odkrywamy kolejne fakty, przestajemy ufać kolejnym osobom. Fabuła wciągała, choć momentami była trochę zbyt rozciągnięta, ale przynajmniej było to konsekwentne. Problem pojawia się w finale. Szósty odcinek jest chaotyczny i przeładowany – jakby twórcy chcieli zmieścić zbyt wiele w zbyt krótkim czasie. Natomiast samo rozwiązanie kryminalnej zagadki stało się w serialu drugorzędne i mimo efektu „wszystko wszędzie naraz”, finał serialu się rozmył.

Z jednej strony czuję pewien niedosyt i lekkie rozczarowanie, bo wiem, że gdyby nie finałowy odcinek, moja ocena byłaby wyższa. Z drugiej strony, poza trochę nieudanym zakończeniem, Piekło kobiet i tak zrobiło na mnie wrażenie. Patrząc na wiele innych polskich produkcji, mamy tu już do czynienia z wyższą ligą, szczególnie pod względem estetyki i artystycznej wizji. Ponadto zaczynamy wchodzić w etap, kiedy nasze rodzime seriale mają do powiedzenia coś więcej niż jedynie historię przedstawionych bohaterów.
Piekło kobiet to zdecydowanie jedna z ciekawszych propozycji ostatniego czasu od polskich twórców, której warto dać szansę. Czekam na więcej takich projektów.
Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.