Poznajmy się od filmowej strony #4 – Szymon Góraj

Jako że średnio lubię za dużo mówić/pisać o sobie, chwilę zajęło mi porządne zebranie i opisanie filmów, które miały dla mnie największe znaczenie. Od lat też nie układałem żadnych list moich ulubionych filmów – zwyczajnie dlatego, że ich ilość stała się w pewnym momencie nazbyt przytłaczająca, dochodzi do tego jeszcze element stale kształtującego się filmowego gustu. Przypuszczam zatem, że za tydzień, dwa czy miesiąc po wrzuceniu tego tekstu przypomnę sobie jakieś kolejne produkcje, które również widziałbym na liście.


Zobacz również:

Ranking filmów Marvel Cinematic Universe!

TOP 2018 – Najlepsze filmy roku! Ranking aktualizowany!

TOP 2018 – Najlepsze Gry Roku! Ranking aktualizowany!

Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia, Dwie wieże, Powrót króla (2001, 2002, 2003), reż. Peter Jackson

Lista nie jest uporządkowana w żaden sposób, ale osobiście czuję, że wręcz wypada mi się zająć najpierw tą pozycją. Oczywiście musiałem tutaj wepchnąć całą trójkę, ponieważ stanowi dla mnie monolit nie do rozdzielenia. Złota trylogia Jacksona znaczy dla mnie tyle, ile żadna inna produkcja, bo pomogła ukształtować znacznie więcej niż tylko filmowe upodobania, stąd też chyba już zawsze będę na nią przez różowe okulary. Dla mnie to piękna, epicka historia, która się nie starzeje. Pomimo wielu zmian typowych dla adaptowania tak gigantycznych powieści, utrzymano niepowtarzalny klimat, perfekcyjnie dobrano obsadę i po mistrzowsku przeniesiono ikoniczne elementy tolkienowskiego pierwowzoru, tworząc do tego jeden z najlepszych soundtracków w historii. Dawno już straciłem rachubę, ile razy oglądałem każdą część, ale zawsze jest to dla mnie magiczna odskocznia od codzienności.


Szpieg (2011), reż. Tomas Alfredson

Wprost uwielbiam ten film, jednak nie jestem do końca pewien, czy nie spadłby do drugiej dziesiątki, gdy nie to, że byłem świadkiem prawdopodobnie najlepszego występu mojego ukochanego aktora. Wydaje mi się, że Gary Oldman największe brawa dostaje zazwyczaj za rolę Normana Stansfielda w Leonie Zawodowcu. Nie ma się zresztą co dziwić, gdyż jakby nie patrzeć jest ona wybitna. Jednak to, co wyprawia jako Smiley, przechodzi wszelkie wyobrażenia. I to nie dla jakichś miażdżących aktorskich szarż, zwalających z nóg przemówień. Wygrywa subtelność, z jaką Oldman wchodzi w skórę introwertycznego agenta; cierpliwość, z jaką potrafi utrzymać przez długi czas maskę nieprzeniknionego zawodowca, by raz na jakiś czas ukazać cień emocji, typowy dla zmęczonego, rozczarowanego życiem człowieka. To prawdziwa maestria i moim zdaniem jeden z najlepszych występów w hollywoodzkich produkcjach, i nie tylko. Co jasne, nie tylko to w tym filmie działa jak trzeba – inaczej z żalem nie mógłbym go tutaj wcisnąć. Niespieszne tempo akcji, znakomicie wprowadzone dialogi, perfekcyjna narracja, a wreszcie praktycznie cała obsada, która jakimś cudem nie została całkowicie przysłonięta geniuszem Oldmana. To jedna z tych adaptacji, które zbliżyły się do ideału.


Mystery train (1989), reż. Jim Jarmusch

W zasadzie na tym miejscu mogłaby się znaleźć niemal każda produkcja Mistrza Jarmuscha. Dlatego też stosunkowo długo zastanawiałem się nad doborem tego właściwego reprezentanta. Ostatecznie, pomiędzy Inaczej niż w raju, Poza prawem czy nowszymi Tylko kochankowie przeżyją i Patersonem, zdecydowałem się na tę pozycję. Przede wszystkim dlatego, że zawiera w sobie na dobrą sprawę wszystkie te aspekty, które uwielbiam w filmach jednego z moich ulubionych twórców. Wizje Jarmuscha nie składają się z Wielkich Improwizacji, nie bombardują widza wielkimi ideami. To kameralne historie, w których Jarmusch kreuje kolejne postacie. I nie są to żadne archetypy, patetyczne nośniki idei, tylko współistniejące indywidualności. Najciekawsze jest to, że nie ma też w tym jakiegoś wielkiego planu, służącego za spoiwo wątków (poza czysto symbolicznym miejscem). Japońscy turyści, upajający się alkoholem mężczyźni – oni wszyscy są złożonymi postaciami, szukającymi sensu życia bądź nie. Po prostu współistnieją na jednej planecie, starając się znaleźć nieco miejsca do życia. Podczas seansu sami również otrzymujemy wybór. Wszelkie dialogi, sytuacje – w sporej mierze da się wyciągnąć z nich wstęp do filozoficznego dialogu czy komentarz społeczny, ale równie dobrze można po prostu cieszyć się niespiesznym prowadzeniem akcji i klimatem, którego, jestem pewien, nie ma w żadnych innych filmach. To jest właśnie Jarmusch w pigułce.


Butch Cassidy i Sundance Kid (1969), reż. George Roy Hill

Jeden z tych kilku filmów, które mógłbym oglądać literalnie co tydzień i prawdopodobnie ani razu nie byłbym znudzony. Arcydzieło Hilla jest dla mnie esencją antywesternu w takim samym stopniu, jak genialne dzieła Sergio Leone (które zresztą także znalazły miejsce na tej liście). Sam wyjściowy sposób ujęcia tej, wydawałoby się, arcypoważnej tematyki stanowi pewną sygnaturę przynależności gatunkowej. Dwójka zaprawionych w bojach przestępców została przedstawiona jako para lekkoduchów, którzy po prostu chcą korzystać z życia i trzymać się z dala od rutyny. Nie ma to, rzecz jasna, zbyt wiele wspólnego z historycznymi sylwetkami tych indywiduów. I… bardzo dobrze! Pięknie współgra to z antywesternową poetyką, polegającą wszakże na zabawie konwencją, odwracaniu tradycyjnych podziałów dobry-zły, robieniu miejsca odcieniom szarość. Swoista groteskowość i niepoprawny romantyzm Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida nie byłyby aż tak udane, gdyby nie odtwórcy głównych ról. Paul Newman i Robert Redford stworzyli jeden z najbardziej udanych tandemów w historii kina. Szkoda jedynie, że potem wystąpili razem w głównych rolach już tylko raz – w równie genialnym Żądle.


Trylogia dolarowa – Za garść dolarów, Za kilka dolarów więcej, Dobry, zły i brzydki (1964, 1965, 1966), reż. Sergio Leone

Druga trylogia, którą musiałem w tym zestawieniu umieścić w całości. Co prawda powyższe części nie mają ze sobą bezpośredniego połączenia fabularnego – każda stanowi oddzielny epizod w kultowej roli Clinta Eastwooda – jednak wszystkie przynoszą coś innowacyjnego. To Dziki Zachód w krzywym zwierciadle. To pełen wachlarz dziwacznych postaci ze świadomie przejaskrawionymi cechami. Większość kultowych dziś już scen stąpa po granicy kiczu i geniuszu. Wystarczyłaby szczypta nieumiejętnego zaserwowania danego wątku i mielibyśmy element nie arcydzieła, a taniego kina klasy B. Nie ma co się dziwić, że spaghetti westerny Sergio Leone mają tak ogromny wpływ na współczesną popkulturę (Tarantino, żeby daleko nie szukać). Aspekty należące raczej do dzieł sztuki – takie jak muzyka Ennio Morricone czy genialne ujęcia – chodzą pod rękę z elementami chętniej widzianymi w kulturze znacznie niższego kalibru. Stąd też u wielu twórców problem z zaliczeniem tej trylogii do największych arcydzieł kina.

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?