BFI LFF 2018 – Colette, Sorry To Bother You

Pierwsza porcja recenzji z 62. Londyńskiego Fesiwalu Filmowego. Zastanwiamy się, dlaczego dramaty kostiumowe potrafią być przewidywalne i nudne jak flaki z olejem, a zadziorne komedie mogą zostać zniweczone przez dziwne zabiegi fabularne.


Colette

reż. Wash Westmoreland

Drugi w tym roku film opowiadający o kobiecie w cieniu męża, piszącej za niego książki. I jeżeli Żona była małym arcydziełem, opartym na niuansach i wybitnej grze aktorskiej, to Colette jest jej ubogą, odległą kuzynką. Tu wszystko jest wyłożone kawa na ławę, a reżyser bardziej niż na osobistych rozterkach i analizie postaci skupia się na erotycznych gierkach głównej pary bohaterów.

Zobacz również: Colette – nowy zwiastun hitu z Keirą Knightley

Film rozpoczyna się idylliczną wizją francuskiej prowincji końca XIX wieku. Dorastająca Sidonie-Gabrielle Colette (Keira Knightly) nie może się doczekać, aż przeniesie się do Paryża, który brzmi ekscytująco w słowach jej narzeczonego – Willy’ego (Dominic West). Rok później widzimy jej rozczarowanie. Szare, zagracone mieszkanie, brak przyjaciół, zamknięcie w czterech ścianach. Kiedy Willy prezentuje swoją partnerkę światu, jest ona niemodną, mało atrakcyjną prowincjonalną szarą myszką. A jej mąż coraz bardziej przypomina bufona o wybujałym ego, wynajmującym innych do pisania pod jego imieniem, przepuszczającym zarobione pieniądze na prostytutki i hazard. Los jednak niedługo się odwróci i Gabrielle powoli rozwinie skrzydła.

Kadr z filmu Colette / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Colette / fot. materiały prasowe

W tej opowieści być może imponujące jest odwzorowanie belle epoque na ekranie, ale narracja nie ma w sobie krzty oryginalności. Zupełnie bez zaskoczenia postacie przechodzą z miejsca na miejsce, brakuje w ich zachowaniu refleksji i głębi. Gabrielle wyjeżdża na wieś, obrażona na męża. Tam uroni łezkę. On po nią wróci i przeprosi, obiecując poprawę. I wrócą do Paryża razem. Kiedy kobieta zacznie pisać, wiemy, że jemu się to nie spodoba, ale w chwili kryzysu, kiedy braknie im pieniędzy, postanowi to opublikować. Z dnia na dzień będzie z tego sukces. Jasne, ludzie zaczynają czytać książki o Claudine, bo są napisane dla kobiet – ot, cała analiza fenomenu.

Gabrielle dramatycznie przybiera nową tożsamość, podkreślając nazwisko Colette na swoim rękopisie. W następnej scenie jest już tą tajemniczą osobą, która nie stroni od flirtowania z kobietami. Kiedy całuje usta innej kobiety trudno domyśleć się, co nią kieruje: ciekawość, pożądanie, ukryte pragnienia. Z twarzy Knightley nie dowiemy się niczego.

Kadr z filmu Colette / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Colette / fot. materiały prasowe

Colette zapowiadała się na najbardziej kontrowersyjny film kostiumowy ostatnich lat. Wywrotowy w przekazie genderowym (bohaterka miała romans z inną kobietą, dla niego zostawiła w końcu męża), ukazujący przemiany społeczne setki lat temu. Wyszła z tego laurka pokazująca raczej rewolucję w świecie mody oraz popularność pewnej powieści. I całkiem nudny film o pisarce w cieniu męża.

Ocena: 40/100


Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Sorry To Bother You

reż. Boots Riley

Sytuacja ekonomiczna w wielu częściach Stanów Zjednoczonych jest taka zła, że nawet otrzymanie pracy telemarketera jest równoznaczne ze złapaniem boga za nogi. Cassius Green (Lakeith Stanfield), Afroamerykanin mieszkający u wujka (Terry Crews) w garażu, jeżdżący podarowanym przez niego wrakiem samochodu, właśnie taką szansę dostał. Właściwa motywacja, którą jest zaimponowanie jego dziewczynie Detroit (Tessa Tomphson), zostanie jednak wykorzystana w zły sposób.

Zobacz również: Sorry To Bother You – zwiastun filmu i dwa nowe plakaty

Raper Boots Riley w swoim debiutanckim filmie pokazuje pracę w korporacjach w krzywym zwierciadle. Analizuje w jaki sposób jednostki są wykorzystywane, manipulowane, by w końcu reprezentować coś, co jest sprzeczne z ich ideami. Cassius marzy o większych rzeczach, martwi się o przyszłość, ale ostatecznie przeważy tu i teraz. Z beznadziejnego sprzedawcy przeistoczy się w power callera, po tym, jak wydobędzie z siebie swój „biały głos”. Czeka go promocja na wyższe piętro, ekskluzywna winda dowożąca go do pracy i domykanie milionowych sprzedaży. W tym samym czasie jego koledzy z niższego piętra rozpoczynają strajk, walcząc o godność i lepsze wynagrodzenie. Wożący się teraz luksusowym samochodem i mieszkający w dezajnerskim mieszkaniu mężczyzna jest traktowany jak zdrajca.

Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Sorry To Bother You momentami przypomina komiks, używa pstrokatych, wizualnych zabiegów, przyciągając wzrok widza. Cassius podczas swoich rozmów telemarketingowych ląduje wprost w mieszkaniu swojego klienta, przy stole podczas obiadu, na toalecie czy w czasie uprawiania seksu. Jego partnerka nosi zaprojektowane własnoręcznie kolczyki wielkości talerza, z prowokoującymi hasłami albo zwyczajnie w kształcie penisa. Kobieta dąży do otwarcia własnej galerii i jej praca jako szyld reklamowy czy na krótko w tym samym centrum telemarketingowy, jest wyłącznie dążeniem do celu. Główny bohater sprzedaje swoją duszę diabłu. Niemal dosłownie, bo kolejnym krokiem w jego awansie będzie poznanie i milionera i przedsiębiorcy – Steve’a Lifta (Armie Hammer), który ma pewien mroczny plan.

Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Sorry To Bother You / fot. materiały prasowe

Film Rileya w pewnym momencie rozpada się na dwie części. Wątek rozgrywający się w tle, o korporacji marzącej o wykreowania nowego niewolnictwa pod nazwą Worry Free, wkracza na pierwszy plan. Społeczna satyra zamienia się w horror klasy B, rodem z nocnego szaleństwa. Porównania do Get Out. Uciekaj są jak najbardziej zasadne, bo tamta produkcja również w pewnym momencie zahaczała o estetykę niszowego kina grozy. Jednak pomysł w Sorry To Bother You jest tak zwariowany, że albo się go kupi, albo nie.

Osobiście wolę pierwszą część filmu, bo druga, choć stylistycznie do niej pasuje, wydaje się zbyt daleko posunięta w swej brawurze. Reżyserowi brakuje też pomysłu na wykorzystanie znakomitych w rolach drugoplanowych Danny’ego Glovera i Stevena Yeuna. Armie Hammer za to wyciska ze swojej postaci co możliwe, stając się (nomen-omen) czarnym koniem tego filmu.

Sorry To Bother You działa najlepiej komentując społeczne i rasowe podziały w Ameryce, dogryzając konsumpcjonizmowi i pogoni za łatwym pieniądzem. Robi to w lekki, zabawny sposób. Próba powciskania do filmu kilku innych wątków nie wyszła mu na dobre. Fani kina klasy B mogą jednak zakończyć seans z szerokim uśmiechem na twarzach.

Ocena: 60/100

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?