Venezia 75: The Nightingale i Killing

Dobiegający końca festiwal filmowy w Wenecji wreszcie nabrał trochę kolorów, które wywołał jedyny film w konkursie reżyserowany przez kobietę. A właściwie reakcja na niego pewnego dziennikarza. Jak bardzo jesteśmy za tym, żeby żywo reagować na oglądane filmy, są jednak pewne granice dobrego smaku.

Od momentu ogłoszenia programu, festiwal w Wenecji był mocno krytykowany z powodu obecności tylko jednej kobiety-reżyserki w konkursie głównym festiwalu. Przy okazji premiery The Nightingale stał się punktem zapalnym do dalszej dyskusji. Podczas pokazu prasowego bowiem, na wyświetlanych napisach końcowych, jeden z dziennikarzy włoskich wykrzyknął na całe gardło obraźliwy epitet w kierunku Jennifer Kent: „wstyd, k…o, jesteś do bani”. W dobie mediów społecznościowych nic nie uchodzi niezauważone. Na Twitterze nagłośniono całe wydarzenie, stawiając lokalnych dziennikarzy w nie najlepszym świetle. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny i udało się ustalić tożsamość tej osoby, która później, w oświadczeniu na Facebooku, przeprosiła za swój wybryk. Odebrane przez większość widzów i komentatorów jako seksistowskie i nie pasujące do świata kultury zachowanie, przywróciło znów dyskusję o miejscu kobiet we współczesnym świecie filmu.

Na odpowiedź reżyserki, komentującą zachowanie dziennikarza, nie trzeba było długo czekać. Podczas konferencji prasowej Kent powiedziała:

„Musimy reagować ze współczuciem i miłością na ignorancję. Nie ma innego wyjścia. O tym bardzo jasno mówi mój film. Jestem bardzo dumna z niego oraz z mojej ekipy, która odważyła się opowiedzieć historię, która musi zostać usłyszana. Miłość, współczucie, dobro to nasza deska ratunku i jeżeli ich nie będziemy używać, stoczymy się w czeluść”.

Organizatorzy festiwalu nie byli tak bardzo wyrozumiali. Mężczyźnie natychmiast została odebrana akredytacja prasowa.


Konkurs Venezia 75

The Nightingale

reż. Jennifer Kent

Czym więc tak bardzo zaszokował film autorki kultowego już horroru Babadook? W The Nightingale (czyli słowik) reżyserka tylko pozornie odchodzi od świata koszmarów na rzecz ubranej w historyczny kostium opowieści o osadnikach dzikiej Tasmanii w połowie XIX wieku. Narracja jest mroczna, surowa i momentami bardziej przerażająca niż chowające się po domu gusła. Nie jeden raz widzieliśmy już filmy pokazujące bezlitosne i brutalne warunku życia w koloniach (jednym z nim był prezentowany w ubiegłym roku w Wenecji Sweet Country). Nie dziwi zatem fakt, że w jednym z pierwszych ujęć bohaterka – Clare (Aisling Franciosi) idzie ścieżką przez gęstą dżunglę z malutkim dzieckiem na jednym ręku, ściskając nóż w drugiej ręce. Jednak prawdziwe zagrożenie nie będzie czyhać nie w otaczającej ją naturze, ale wśród ludzi.

Clare jest z pochodzenia Irlandką, która została zesłana na Tasmanie, by odbyć wyrok. Jej czas odsiadki już dawno upłynął, ale nadzorujący ją porucznik lokalnej armii – Hawkins (Sam Claflin) nie ma zamiaru pozbywać się dziewczyny, która wpadła mu w oko. Mimo miłej aparycji mundurowy jest typem sadysty, odbijającego swoje własne frustracje na innych (od miesięcy czeka bezowocnie na awans na lepszy posterunek). Clare ma męża, podobnego do niej skazańca, i dziecko. I któregoś dnia jej toksyczna relacja z dowódcą eskaluje do tego stopnia, że kobieta zostaje kilkukrotnie zgwałcona, a jej mąż i dziecko zamordowane na jej oczach. Po tym brutalnym wydarzeniu porucznik, z dwoma żołnierzami, trzema tragarzami i aborygenem-przewodnikiem wyrusza do odległego o trzy dni drogi miasta, by zmienić stanowisko. Clare, uzbrojona w muszkiet, konia i z pomocą innego lokalnego tropiciela – Billy’ego (Baykali Ganambarr), ma zamiar odnaleźć morderców swojej rodziny i dokonać zemsty.

Kadr z filmu The Nightingale / fot. Kasia Ładczuk, materiały prasowe

Kadr z filmu The Nightingale / fot. Kasia Ładczuk, materiały prasowe

Nakręcony w formacie 4:3 (autorem fenomenalnych zdjęć jest Polak, Radek Ładczuk) The Nightingale konsekwentnie buduje atmosferę, która wizualnie osacza widza, a narracyjnie nie pozostawia obojętnym. Piękna przyroda aż prosi się o panoramiczne ujęcia, ale nie oglądamy tu pocztówki z wakacji, tylko historię ludzi uwięzionych w dzikiej, nieznanej przestrzeni. Sceny gwałtów są równie traumatyczne dla bezradnej widowni, co dla kobiety, która jest ich ofiarą. Oglądanie ich aż prosi się o odpowiedź, a bohaterka robi właśnie to – wyrusza szukać zemsty. Pamiętne z Babadooka motywy nękających postaci koszmarów z przeszłości, wracają tutaj ze wzmożoną siłą. W pierwszym ujęciu bohaterka jest delikatnie budzona przez swojego męża, wyłaniającego się z ciemności. Ten motyw będzie przewijał się przez cały film, bo duch męża oraz sylwetki jego oprawców nie pozwolą jej odpocząć.

Gatunek kina zemsty w produkcji Jennifer Kent nadbudowane jest wieloma emocjami. Z jednej strony mamy do czynienia z szukaniem osobistej wendetty za wyrządzone krzywdy. Jednak w pewnym momencie bohaterka wątpi w słuszność tej decyzji. Jedno zabójstwo jest dla niej również ogromną traumą i nie przynosi ukojenia, którego tak bardzo łaknęła. Dlatego reżyserka legitymizuje jeszcze jedną zemstę: aborygenów, „odwdzięczających się” za przedmiotowe potraktowanie ich ziemi i ludności przez przybyszów. Kluczową postacią jest tu Billy, który oglądał w swoim życiu zbrodnie wyrządzane jego ludowi, teraz widzi, że biały człowiek potrafi tak samo traktować innych, niezależnie od koloru skóry. Zły jest zły i nawet w kulturze aborygenów usuwa się takiego delikwenta ze społeczności. Nic dziwnego, gdy krwawy finał przynosi oczekiwane rozstrzygnięcie, wielu widzów wydało z siebie okrzyk radości.

Zobacz również: Zama – recenzja najwolniejszej eksploracji w historii

Fascynujący jest związek między Clare i Billym, który nie ma w sobie nic oczywistego. Dla niej chłopak jest sługą, dzikusem, któremu nie można ufać. W społecznym łańcuchu pokarmowym jest on niżej od konia. Inna sprawa, że kobieta również traktowana była w owych czasach jako podgatunek. Jej samotna egzystencja jest nieustannie zagrożona ze strony mężczyzn, którzy często i głośno deklarują chęć współżycia z nią, nie czekając na jej zgodę. Prawdziwe dziki bestie, zdaje się mówić Kent, drzemią w płci brzydkiej, a nie mieszkających w dżungli aborygenów. Z czasem zależność pomiędzy bohaterami zmienia się, kiedy poznają swoje historie. I dochodzą do wniosku, że mają wspólnego wroga – Anglię. Uczą się o sobie nawzajem i zaczynają sobie ufać. Jedno jest irlandzkim słowikiem, drugie – tasmańskim kosem (blackbird), każde z nich śpiewa pieśń o swojej ojczyźnie. Jest w tej dynamicznej relacji coś szczerego i poruszającego, co w wielu momentach nadawało filmowi jakże potrzebne, emocjonalne centrum.

The Nightingale, dzięki sprytnym zabiegom formalnym i narracyjnym, wymyka się łatwej klasyfikacji gatunkowej. Jest po trochu horrorem, filmem historycznym, rozrachunkowym i dramatem zemsty. Z granicy między tymi trzema płaszczyznami wynikają pewne tarcia, które niełatwo przełknąć. Przemoc bywa zbyt graficzna, popychając film niepotrzebnie w stronę konwencji gore. Rozwlekane zakończenie mogłoby być trochę okrojone, by film nabrał lepszej dynamiki w finalnej godzinie projekcji. Fenomenalna Aisling Franciosi udowadnia, że jest jedną z największych wschodzących gwiazd kina, a jej rola w tym filmie powinna zostać nagrodzona podczas sobotniej uroczystości zamknięcia festiwalu w Wenecji.

Ocena: 80/100


Zan (Killing)

reż. Shinya Tsukamoto

Kultowy japoński reżyser, którego produkcje o Tetsuo w latach 90. obrosły legendą kina o północy, powraca z Killing – krwawym, zrealizowanym w konwencji filmu samurajskiego tytułem. Naznaczony specyficznym stylem filmowca, nieodzownymi elementami gore oraz pretekstową fabułą tytuł przypadnie do gustu fanom Tsukamoto.

Kadr z filmu Zan (Killing) / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Zan (Killing) / fot. materiały prasowe

Od pierwszych ujęć reżyser każe nam zapomnieć o wizualnej konwencji, którą znamy z innych filmów tego gatunku. Nie ma tu miejsca na płynnie unoszącą się kamerę, ujęcia slow-motion, barwne stroje i wyszukane kolory. Wiele scen pojedynków nakręconych zostało z ręki, jakby któryś z sygnatariuszy postulatu Dogma 95 był obecny na planie. W kadrach dominuje szare niebo, wyprane z barw stroje oraz naturalne oświetlenie.

Akcja rozgrywa się w Japonii połowy XIX wieku, gdzie pozbawieni panów oraz wojen samuraje szwendają się bez celu od wioski do wioski. Jednym z nich jest młody wojownik Mokunoshin Tsuzuki (Sosuke Ikematsu), któremu udaje się przetrwać pomagając rolnikom w uprawie pól. Kiedy nie pracują, uczy syna jednego z wieśniaków szermierki. Mimo, iż siostra chłopca Yu (Yu Aoi) nie patrzy na to zachowanie z aprobatą, darzy samuraja sympatią. Choć Mokunoshin wspomina o wyprawie do Kyoto, by wziąć udział w wojnie domowej po stronie Szoguna, nie jest to nigdy poważna deklaracja. Do czasu, aż w okolicy nie pojawia się starszy, doświadczony samuraj Sawamura (Tsukamoto), który poszukuje innych roninów, by przyłączyli się do niego najpierw w Edo, a potem w Kyoto.

Zaburzenie ładu w okolicy inicjuje cały ciąg zdarzeń. Oprócz jednego samuraja pojawiają się tu kolejni, tym razem rozrabiaki, wywołujący przerażenie w oczach prostych mieszkańców. Mimo iż naturalne byłoby dla Mokunoshina zostać i pilnować wioski, on ciągle woli wyruszyć w drogę, sprawdzając naiwnie, że opryszki nic złego nie zrobią. I w dniu wyruszenia w drogę bohatera dopada tajemnicza choroba. Odwlekana wyprawa spowoduje znowu, że syn rolników zostanie pobity. Ktoś będzie musiał go pomścić.

Kadr z filmu Zan (Killing) / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Zan (Killing) / fot. materiały prasowe

Tsukamoto odwraca znane z kina gatunku motywy. Zamiast wojowników ratujących biedniejszych, jak w Siedmiu samurajach, zainteresowani są tylko odległą walką. Pozbywa się pięknie wyglądających kadrów i wyszukanych walorów wizualnych. Killing wygląda jak tani film zrealizowany najmniejszym kosztem w jednym miejscu. Ma to swój minus, bo choć podejście z trzęsącą się kamerą do pokazywania pojedynków jest świeże, to w kadrach widać niewiele. Choreografia nam umyka, a w jedynej krwawej i widowiskowej z założenia scenie walki nasze oczy muszą się nieźle napracować. Reżyser nie byłby sobą, gdyby nie dodał kilku nieźle wyglądających okaleczeń oraz seksualnego podtekstu. Mokunoshin dwa razy masturbuje się pod chatą, a jego związek z Yu okraszony został dość ciekawą sceną gryzienia i podduszania. Mamy tu gwałt i flaki wypływające z ciała.

Zobacz również: The Sisters Brothers – recenzja westernu z Joaquinem Phoenixem i Johnem C. Reilly’em

Głównym tematem filmu jest blokada przed zabijaniem drugiej osoby. Co zrobić z tym faktem, kiedy ma to być twój zawód? Podobny temat, który reżyser podjął w poprzedniej produkcji Ognie w polu. Niestety, twórcy nie udało się mnie przekonać do moralnych rozterek żadnej z postaci. Aktorsko czujemy, że oglądamy tylko szkice, niż ludzi z krwi i kości. Fabuła jest dość zdawkowa, a idąca za nią logiczna motywacja jest tylko umowna. Trwający tylko osiemdziesiąt minut film to rzadkość, ale w całości wydaje się dość poprawnie wykonanym ćwiczeniem. Które i tak zebrało burzę oklasków przed i po seansie. Na taki kredyt zaufania zapracowało sobie niewielu reżyserów.

Ocena: 60/100

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?