Venezia 75: Vox Lux i 22 lipca

Olśniewająca Natalie Portman była jedną z ostatnich wielkich gwiazd goszczących na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji. Aktorka promowała swój najnowszy film Vox Lux, w którym wciela się w gwiazdę pop. Choć kilka dni temu widzieliśmy produkcję o podobnym temacie, tytuł ten jest swoistą antytezą Narodzin gwiazdy. Mroczny, utkany odniesieniami do współczesności, nie będzie należał do łatwych i przyjemnych w odbiorze.

Konkurs Venezia 75

Vox Lux

reż. Brady Corbet

Trzy lata po błyskotliwym debiucie, nagrodzonym w Wenecji aż dwoma laurami, kiedyś rozchwytywany aktor, a teraz reżyser, zaledwie trzydziestoletni Brady Corbet powraca z nowym filmem. Dzieciństwo wodza rozgrywało się w Europie, badając historyczne mechanizmy, które doprowadziły do powstania kultu jednostki. Vox Lux bada bliższy czas i teren znany jemu oraz pewnie wielu widzom, bo skupia się na ostatnich dwudziestu latach w USA. Sytuując w centrum historii fikcyjną postać, Corbet przygląda się zmianom, jakie zaszły w Stanach Zjednoczonych od 1999 roku.

Film podzielony jest na dwa akty oraz prolog i epilog. Prowadzony w kilku momentach głos z poza ekranu tłumaczy niektóre wydarzenia. Jak choćby fakt, że los osoby o imieniu Celeste jest zapisany w gwiazdach i rodzi się, by dokonywać wielkich rzeczy. Tak się właśnie dzieje z główną bohaterką (graną w pierwszej części Vox Lux przez Raffey Cassidy). Jest rok 1999, młodzież wraca do szkoły po przerwie zimowej. Podczas pierwszej lekcji dochodzi do strzelaniny. Jeden z uczniów otwiera ogień do kolegów i koleżanek oraz nauczycieli. Ta szokująca, bo niespodziewana i sytuująca nas w środku zdarzeń sekwencja, pokaże wydarzenie, które zdecyduje o dalszym losie Celeste. Dziewczyna jest ciężko ranna, ale jako jedna z niewielu przeżyła masakrę.

Kadr z filmu Vox Lux / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Vox Lux / fot. materiały prasowe

Podczas pobytu w szpitalu, z pomocą siostry Eleanor, nagrywa piosenkę ku pamięci straconym przyjaciołom. Utwór szybko trafia do sieci i staje się hymnem zjednoczonej przez tragedię Ameryki. Młody menadżer (Jude Law) bierze dziewczyny pod swoje skrzydła, by przekuć ten jeden sukces w długotrwałą karierę. Praktycznie z dnia na dzień nastolatki trafiają do studia nagraniowego, pracują z najlepszymi producentami, zaczynają kręcić teledyski. Celeste stanie się gwiazdą. W przededniu je wyjazdu do Los Angeles samoloty uderzają w World Trade Centre.

Zobacz również: Narodziny gwiazdy – recenzja filmu Bradley’a Coopera z Lady Gagą

Pierwszy akt filmu pokazuje, jak Ameryka traci dziewictwo, przestaje był rajem utraconym, ale targanym przez wewnętrzne niepokoje piekłem. Strzelaniny w szkołach od Columbine stały się niemalże codziennością, a ryzyko zamachów terrorystycznych istnieje nieprzerwanie. W tym świecie przesłanie bohaterki Vox Lux brzmi niemal kojąco: „Nie chcę, żeby ludzie za ciężko myśleli. Chcę, żeby się dobrze bawili”. Jednak kariera gwiazdy nie do końca poszła tak, jakby ona mogła sobie to wyobrazić.

W 2017 roku widzimy Celeste (Natalie Portman), która próbuje wrócić na szczyt po druzgocącym jej karierę wypadku i problemach z używkami. Swoją córkę Augustine (również graną przez Raffey Cassidy) trzyma na dystans, zajmuje się nią odsunięta na bok siostra (Stacy Martin). Odrodzeniem jej sławy ma być trasa koncertowa promująca futurystyczny album Vox Lux, a pierwszy koncert odbędzie się w rodzinnej miejscowości. Po tych latach widzimy, jak zmieniła się Celeste. Z niewinnej dziewczyny w zimną i wyrachowaną kobietę show biznesu, traktująca wielu ludzi jak narzędzia. Powrót na szczyt zakłócą doniesienia z Chorwacji, gdzie zamaskowani terroryści, używając masek z wideoklipów piosenkarki, zastrzelili kilkanaście osób.

Zobacz również: Vox Lux – pierwsza zapowiedź filmu z Natalie Portman

W swoim dość gęstym filmie Corbet skupia się na historii Celeste, pokazując ją w różnych czasach i w różnych rzeczywistościach. Portman daje kapitalny pokaz kobiecej siły, podminowanej nałogami i słabościami. Jej bohaterkę trudno jednoznacznie osądzać i przekreślać, bo zachowanie gwiazdy jest także odpowiedzią na agresję ze strony mediów i fanów. Robi kłótnię z dziennikarzem podczas wywiadu, który zadał złe pytanie; zostaje wywalona z restauracji po tym, jak chamsko odmawia menadżerowi zrobienia sobie z nim zdjęcia. O paparazzich nie wspominając. Ma niewyparzoną gębę (co kiedyś uważała za nietakt) i mówi co myśli. Jednocześnie jest bezbronna, bo nie potrafi egzystować bez drinka, nie umie zbliżyć się do córki, a z siostrą łączy związek przeżywający wzloty i upadki. Wzorów w prawdziwym świecie show-biznesu jest co niemiara, z Britney Spears na czele.

Nakręcony na taśmie 35mm Vox Lux ma ciemną fakturę przypominającą poważne, klasyczne kino. Corbet używa ujęć slow-motion, montażu przyspieszonego, dodaje kamerę z ręki obok statycznych kadrów. Jego styl jest pewny i osiąga zamierzone efekty. Powagi dodaje ścieżka dźwiękowa, w połowie skomponowana przez Scotta Walkera (posępna muzyka poważna), w połowie przez piosenkarkę SIA (utwory popowe). W świecie filmu ludzkie dramaty i śmierć idą ręka w rękę z pełnym skandali życiem gwiazd. Zupełnie jak w mediach, gdzie każdy może powiedzieć co mu się żywnie podoba, a przekazy bombardują nas na przemian jednymi i drugimi.

Vox Lux kończy się wielkim numerem muzycznym w stylu Kylie Minogue czy Beyonce. Z ust córki i siostry znikają troska i smutek. Celeste znów w swojej karierze dopięła swego. Tylko czy jest to powód do zadowolenia? Z tym pytaniem zostajemy sami.

Ocena: 70/100


22 lipca (22 July)

reż. Paul Greengrass

Znany ze swoich dokumentalnych korzeni i kręcenia fabularyzowanych rekonstrukcji historycznych zdarzeń (Lot 93, Krwawa niedziela), Paul Greengrass wydawał się idealnym kandydatem do podjęcia świeżego jeszcze tematu zamachu terrorystycznego w Norwegii z 2011 roku. Reżyser czuje się w takiej konwencji jak ryba w wodzie, co sprawia, że ponad dwugodzinny film mija błyskawicznie. Choć nie ma nic wspólnego z produkcjami o Jamesie Bournie, które rozsławiły go na całym świecie, 22 lipca oglądamy wgnieceni w fotel do ostatnich chwil.

Kadr z filmu 22 July / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu 22 lipca / fot. materiały prasowe

Od pierwszych minut Greengrass ustala tempro i pokazuje bohaterów swojej historii, skacząc sprawnie pomiędzy wątkami. Andres Breivik (Anders Danielsen Lie) przygotowuje mieszankę wybuchową w odludnej szopie. Młodzież przypływa na wyspę Utoya, w antycypacji do spędzenia tam kilku dni – kamera z tłumu wyławia Viljara (Jonas Strand Gravli), który z przyjaciółmi i bratem rozpoczyna zabawę. Jest także premier kraju, który planuje kolejny dzień. Nikt jednak nie spodziewa się, że 22 lipca przejdzie do historii w ten sposób. Breivik bez wymiany słowa z matką rano opuszcza dom i zawozi nafaszerowaną trotylem furgonetkę pod jeden z budynków w dzielnicy rządowej. Wysadza go kilka minut później, a potem udaje się w stronę wyspy Utoya, na której ma zamiar zabić „marksistów, liberałów i dzieci uprzywilejowanych”. Oszołomione wybuchem centrum reagowania kryzysowego nie zdoła odpowiedzieć wystarczająco szybko i napastnik zabije sześćdziesiąt dziewięć osób (plus siedem zginie w eksplozji), raniąc prawie dwieście.

Zobacz również: TOP 30 – co obejrzeć na Netflix? Najlepsze seriale ostatnich lat

Prezentowany w tym roku podczas Berlinale film Utoya – 22. Juli skupiał się tylko i wyłącznie na wydarzeniach z wyspy, prezentując je w rzeczywistym czasie. U Greengrassa moment, kiedy Breivik składa broń i dostaje się w ręce policji, to koniec umownego pierwszego aktu filmu, przypadający zaledwie na około czterdziestą minutę projekcji. Bo historia wcale się nie skończyła i reżysera interesuje więcej niż tylko moment tragedii. Ważne jest też to, co stało się po tym. Grozi to wejściu na dość niebezpieczną ścieżkę, bo norweski neo-nazista pewnie bardzo chciałby zobaczyć film o sobie, gloryfikujący przemoc i podświadomie celebrującego jego osobę. Twórcy 22 lipca umiejętnie tego unikają. Zdarzają bowiem jego linię narracyjną z kilkoma innymi.

Pierwsza to historia Viljara, który postrzelony w czterech miejscach, operowany jest w tym samym czasie, gdy Breivik składa zeznania w wygodnym, pastelowym pokoju z gobelinem na ścianie. Gdy nastolatkowi usuwane są kawałki pocisku z mózgu, autor zamachu prosi o opatrunek na palec, który zranił w czasie „rozwalania komuś czaszki”. Jest historia adwokata Geira Lippestada (Jon Øigarden), który zostaje przez zatrzymanego poproszony o reprezentowanie go. Człowiek o zupełnie innych poglądach musi zmierzyć się codziennym wymiarem pracy. Nie raz czuje się jak sam przeciwko światu, będąc po złej stronie barykady, szczególnie kiedy do domu zaczynają dzwonić ludzie z pogróżkami. Bo owa samotność z dnia na dzień staje się coraz większa – Breivik zostaje opuszczony przez matkę, która nie chce zeznawać przed sądem w obronie syna (choć zgadza się z jego wizją). Nawet guru wszystkich nacjonalistów w Norwegii odcina się od tego, co zrobił terrorysta na wyspie.

Druga strona barykady jest tym, co Greengrassa podkreśla. Poza fizycznymi, każdy z ocalałych ma psychiczne rany po strzelaninie. Viljar przechodzi rehabilitację, na nowo uczy się swojego ciała, ale też musi spróbować radzić sobie żyć bez przyjaciół, którzy stracili życie na Utoii. Noreweski rząd przyznaje się, że zawinił. Premier (Ola G. Furuseth) żąda śledztwa w sprawie przyczyn ataku, a kiedy te ukazują się światu, nie chowa głowy w piasek, tylko oddaje się do dyspozycji rodzin zabitych. Płynące z 22 lipca wnioski są budujące: występujący przeciwko otwartości i multikulturalizmowi Europy ludzie przegrają. Rasizm, ksenofobia i zamknięte granice nie mają przyszłości, bo nie są dyktaturą większości, ale marginesem. Otwartość i dobro zwyciężą, jeżeli będą wspierane przez wrażliwych ludzi u władzy. Czekają nas trudne czasy, ale razem będziemy w stanie wyjść z nich zwycięsko. Pozytywne przesłanie filmu może jednak przez niektórych być odebrane jako bardzo naiwne.

Kadr z filmu 22 lipca / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu 22 lipca / fot. materiały prasowe

Greengrass zarzucił w nowym filmie szybki montaż i rozedrganą kamerę, która stała się niemalże jego znakiem rozpoznawczym. Dłuższe ujęcia i spokojniejsze kadry sprzyjają obcowaniu z historią. Dużym problemem dla widzów może być język angielski używany w 22 lipca, choć w produkcji występują tylko norwescy aktorzy. Skandynawowie mówią perfekcyjnie w dialekcie Szekspira, ale nie sposób domyśleć się, że wiele sformułowań i do pewnego stopnia gra aktorska wypadałaby bardziej naturalnie w ich rodowitym języku. Produkowany przez Netflix film ma w końcu trafić do najszerszej grupy odbiorców, którą będą też widzowie w Stanach Zjednoczonych. A ci, jak wiadomo, za czytaniem napisów nie przepadają.

Ocena: 75/100

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?