Produkcje Hideo Kojimy zawsze zaskakiwały filmową narracją, przejmującą fabułą oraz niezapomnianymi postaciami. Gra Emersona Matsuuchi wiernie podąża tym tropem, odzworowująć większość kampanii Metal Gear Solid, ale i serwując zestaw misji dodatkowych. Sam opis fabuły zwanej Shadow Moses, na którą składa się 14 misji oferujących zarówno skradankowy tryb gry, jak i epickie walki z bossami, to książeczka licząca 50 stron. Do tego dodajcie 20-stronicową klasyczną instrukcję z mechanikami gry oraz dwie ośmiostronicowe książeczki dającymi nieco więcej możliwości i przynoszącymi wartościowe bonusy misjami VR oraz kultowymi Kodekami przybliżającymi fabularne niuanse i dającymi dodatkowe wskazówki, a szybko pojmiecie, z jaką „kobyłą” mamy tu do czynienia. Niestety, nawet łącznie blisko 90 stron lektury wypełnionej zasadami, dialogami, fabularnymi wstawkami i przykładami nie obejmuje wszystkich sytuacji, na jakie natknęliśmy się w grze. Sporadycznie pozostawało szukać pomocy w internecie.

Musicie zdawać sobie sprawę, że do podjęcia takiego wyzwania trzeba się odpowiednio przygotować. Ale kiedy już wgryziemy się w zasady i zrozumiemy większość zależności mechaniki gry, dostaniemy w zamian bardzo dużo. Już pierwszy kontakt z zawartością pudełka robi ogromne pozytywne wrażenie ilością i jakością elementów. 15 dwustronnych, chociaż odrobinę monotonnych kolorystycznie kafli mapy odtwarza lokacje znane z gry Metal Gear Solid. Niebieskie figurki protagonistów i czerwone figurki niezapomnianych wrogów, takich jak Revoler Ocelot, Sniper Wolf, Psycho Mantis, Liquid Snake czy Vulcan Raven, z miejsca przywołują ciepłe wspomnienia. A w pudełku odnajdziemy jeszcze dodatkowe cudowne smaczki dla fanów. Przykłady? Pudełeczko w kształcie karty pamięci (pamiętacie, jak ważna była dla gry na konsoli PSX?), 2 plastikowe figurki kartonowego pudełka, pod którymi można się chować, kafelek ogromnego czołgu, żetony wszędobylskich, łypiących na graczy kamer i parę innych elementów, które docenią nie tylko najwierniejsi fani serii.

Kampanię rozpoczynamy w pojedynkę jako Solid Snake, ale w niektórych misjach mogą do nas dołączyć kolejni gracze, którzy sterują pozostałymi legendarnymi postaciami: Meryl Silverburgh, Gray Foxem i Halem „Otaconem” Emmerichem. Każdą gra się nieco inaczej – Snake zdobywa broń dopiero podczas misji, podczas gdy Meryl startuje z lekkim karabinem szturmowym (literówka na karcie postaci rzuca się w oczy!) i pistoletem, a także może przebierać się za wrogiego strażnika. Frank Jaeger ma działko naręczne, swoje kultowe ostrze oraz kamuflaż, z kolei Otacon zamiast ofensywy raczej hakuje terminale i dysponuje racjami żywnościowymi. Według instrukcji większość misji można rozegrać w czasie 30-60 minut, ale w praktyce zawsze wychodziło nam dłużej, szczególnie na początku, kiedy wiele zasad nadal musieliśmy jeszcze sprawdzać, a walki z bossami wymagały kilku powtórzeń, zanim wreszcie wyłapaliśmy słabe punkty i skorygowaliśmy strategię (oraz mieliśmy trochę szczęścia).

W grach video nie przepadam za poziomami skradankowymi. Zazwyczaj preferuję metody siłowe i wejście z hukiem „na Jana”, razem z drzwiami. Ale to właśnie „stealth” stanowi esencję Metal Gear Solid: Gra planszowa, a misje te zostały bardzo zmyślnie zaprojektowane – zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to jeden z najlepszych systemów skradankowych w grach planszowych. Aby ukończyć misje i nie stracić życia należy dobrze zaplanować ścieżkę ruchu, unikać patrolujących obszar strażników (pamiętając o polu widzenia ich oraz naściennych kamer), eliminować ich po cichu, a w tym wszystkim jeszcze osiągnąć różnorodne cele. Strażnicy zachowują się różnie w zależności od tego, czy po prostu patrolują sobie teren czy może już wpadli na nasz trop. Bo musicie pamiętać, że akcje graczy powodują hałas, a ten z kolei sprawia, że uzbrojeni żołnierze przechodzą w tryb dochodzenia albo alarmu, stając się bardziej namolnymi, a przez talię rozkazów również nieco nieprzewidywalnymi. Wtedy trzeba stawić im czoło, a tu z pomocą przyjdą rzuty dwukolorywmi kostkami, których w pudełku znajdziecie aż… piętnaście! Wynikami rzutów można na szczęście skutecznie i w miarę sprawiedliwie manipulować, a z nagonki strażników da się wyjść. Oczywiście są też sposoby, żeby zmylić przeciwników lub taktycznie zwrócić na siebie ich uwagę (pamiętacie słynne pukanie w ścianę?). Mamy też gadżety, ale nawet one nie pomogą, kiedy w ferworze akcji zostawimy na środku planszy ogłuszone lub pozbawione życia ciało, albo gdy po prostu skończy nam się czas. Ta presja skłania więc graczy do podejmowania ryzyka.

Walki z bossami to zupełnie inna para kaloszy. Jeśli graliście w grę, z pewnością pamiętacie, że były to momenty, które wspominało się jeszcze nawet dekady później. Metal Gear Solid: Gra planszowa daje nam to doświadczenie w nieco innej, ale również interaktywnej formie. Przez charakterystyczne umiejętności poszczególnych wrogów pojedynki mają swoje unikatowe zasady, ale i ograniczenia. Aby pokonać takiego Mantisa czy Ocelota trzeba planu, współpracy i trochę szczęścia, a im więcej graczy, tym bossowie są oczywiście bardziej wytrzymali. Nie będę ściemniał – to właśnie na „szefach” ginęliśmy najczęściej, szczególnie, że w niektórych momentach trzeba też zadbać o postacie poboczne… W tym miejscu parę razy naszła mnie myśl, że niektóre etapy lepiej przejść samemu, niż z innymi graczami. Jeśli jesteście samotnymi wilkami, ta gra może być stworzona dla Was, szczególnie, że w wielu miejscach i tak nie ma innej możliwości niż walka solo. Osobliwe podejście w świecie głośnych planszówek, ale co zrobić. Wszak w grach video też preferuję kampanie singlowe.

Nie sposób opisać wszystkich mechanik, którymi zachwycałem się podczas obcowania z grą, jak chociażby odblokowanie elementów ekwipunku i wykorzystywanie ich w pozostałych poziomach. Im dłużej grałem, tym bardziej wsiąkałem w ten szpiegowski technothriller i nawet naszła mnie ogromna ochota, żeby ponownie wrócić do gier Kojimy. W ogóle Metal Gear Solid: Gra planszowa to taki planszówkowy list miłosny do tej serii, a w szczególności do części pierwszej.

Oczywiście takie przywiązanie do materiału źródłowego jest też obarczone pewnym ryzykiem – mam na przykład wątpliwości co do regrywalności tej pozycji w krótszym horyzoncie czasowym. Ale czy z grami video nie jest tak samo? Po latach z przyjemnością wracamy do tytułów, które pokochaliśmy całym sercem i tak będzie pewnie też z recenzowaną tu planszówką. Ale raczej nie będzie się w nią zagrywać ciągle i ciągle od nowa, całymi miesiącami. To doświadczenie, które trzeba sobie umiejętnie dawkować. Wymagające, czasem emocjonujące, czasem trochę skomplikowane. Ale zrobione z uczuciem przez fanów tematu i definitywnie warte zachodu.

PR-owiec, recenzent, geek. Kocha kino, seriale, książki, komiksy i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział komiksów, książek i gier planszowych.