Porwany – recenzja thrillera z Halle Berry

Najnowszy thriller Luisa Prieto może się pochwalić dobrym tempem akcji. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle się go ogląda… jeśli wyłączy się myślenie. Za dużo w nim luk fabularnych i absurdalnych rozwiązań, by traktować go na serio. A zapowiadało się całkiem dobre kino akcji.

Porwany opowiada historię Karly Dyson (Halle Berry) – matki Frankiego. Kobieta ciężko pracuje jako kelnerka i jednocześnie walczy o opiekę nad synem ze swoim byłym mężem. Pewnego dnia wybiera się ze swoją pociechą do parku, gdzie na chwilę traci go z oczu. Gdy tylko dostrzega zniknięcie dziecka, spanikowana zaczyna go szukać. W ostatnim momencie dostrzega, jak obca kobieta wciąga jej syna do auta. Rzuca się w pościg za porywaczami, jednocześnie modląc się do Boga o pomoc.

Thriller ma równe tempo akcji, które ani na moment nie zwalnia. Napięcie budują zbliżenia, które przeplatają się z szerokimi ujęciami. Wszystko to podkreśla muzyka stworzona przez Federica Jusida. Wisienkę na torcie stanowi genialny montaż, który momentami bardziej przypomina teledysk, niż pełnometrażowy film. Wszystko to świetnie buduje klimat produkcji. Mimo tego czegoś tutaj jednak zabrakło… dobrego aktorstwa.

Zobacz również: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara – recenzja filmu na tle całej serii

https://www.youtube.com/watch?v=EeAfGKkxvUQ

Można powiedzieć, że Halle Berry niesie na swoich barkach cały film. W końcu to jej twarz widzimy przez 90% filmu. Niestety, aktorka swoje lata świetności ma za sobą i nie mówię tu wcale o urodzie. Choć stara się jak może, niektóre jej sceny wydają się sztuczne i naciągane. Berry na siłę próbuje wzbudzić w widzu jakieś głębsze emocje, niestety – nieudolnie. Jeszcze gorsi są pozostali aktorzy, których gra bardziej pasuje do paradokumentów emitowanych w polskiej telewizji. Film bardzo na tym traci. Tym bardziej, że sama fabuła nie była znowu taka wymagająca. Jest to historia składająca się w głównej mierze z samych zbiegów okoliczności i zwrotów akcji, w które momentami trudno uwierzyć.

Co tu dużo pisać: Porwany to film, który żeruje na ludzkiej naiwności. Nie tylko trudno uwierzyć w jego fabułę, ale i angaż samej Halle Berry. Jedyne, co go ratuje, to dobry montaż, który tuszuje fatalne aktorstwo i brak dobrego scenariusza, a jednocześnie buduje napięcie i tempo akcji. Akademia powinna dać odpowiedzialnemu za montaż – Aviemu Youabianowi – Oskara za to, że uratował cały film. A Halle Berry należy się Złota Malina.

Ilustracja wprowadzenia: materiały promocyjne 

Stały współpracownik

Studentka dziennikarstwa. Miłośniczka kina. Zafascynowana Azją, a w szczególności koreańską kinematografią. Fanka Sherlocka. W wolnych chwilach ogląda seriale, podróżuje lub rozczytuje się w romansidłach.

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?