Movies Room - Najlepszy portal filmowy w uniwersum

Zabójczo dobre seriale w BBC First

76. Berlinale: The Testament of Ann Lee – recenzja filmu. Feed me, I'm hungry. Enrich me, I'm poor

Autor: Hanna Kroczek
26 lutego 2026
76. Berlinale: The Testament of Ann Lee – recenzja filmu. Feed me, I'm hungry. Enrich me, I'm poor

Amanda Seyfried to jedna z tych aktorek, które wielu widzom na zawsze będą kojarzyć się z jedną rolą. Anielska twarz, łagodny głos i rozbrajający uśmiech stworzyły idealną Sophie z musicalowego hitu Mamma Mia!. Można powiedzieć, że gdy twoją mamę gra Meryl Streep, trudno o porażkę. Ja wolę wierzyć, że Seyfried po prostu urodziła się do musicali.

Po światowym sukcesie przyszli Les Misérables i delikatna Cosette. Było też podejście do roli Glindy w filmowym Wicked (ostatecznie zagrała ją Ariana Grande). Niezależnie od repertuaru jedno pozostaje niezmienne — Seyfried najpełniej wybrzmiewa wtedy, gdy emocje przechodzą w śpiew.

Testament Ann Lee w reżyserii Mona Fastvold wykorzystuje ten atut w pełni. Osadzony w realiach wspólnoty Szejkersów film opowiada o wierze przeżywanej ruchem i dźwiękiem. W dusznych pomieszczeniach wyznaje się grzechy, by chwilę później wpaść w trans. Tupanie, klaskanie, wirujące sylwetki, głosy łączące się w jeden rytm. To duchowość przeżywana ciałem, nie szeptana w ciszy. I właśnie w tych zbiorowych scenach film jest najmocniejszy.

Fot. Kadr z filmu Testament Ann Lee

Fastvold nie traktuje wspólnoty jak egzotycznej ciekawostki. Kamera przygląda się twarzom, zatrzymuje na dłoniach, pozwala wybrzmieć pieśniom. Nie ma tu taniej sensacji ani łatwej oceny. Jest próba zrozumienia. To duży atut filmu.

Seyfried jako Ann Lee — duchowa przywódczyni uznawana przez wyznawców za następczynię Jezusa — balansuje między łagodnością a determinacją. Jej głos uspokaja, spojrzenie hipnotyzuje. Aktorka nie zrywa ze swoim „anielskim” wizerunkiem, ale świadomie go wykorzystuje. To jedna z jej ciekawszych ról — bardziej stonowana niż efektowna, oparta na spojrzeniach i ciszy.

I właśnie tu pojawia się pierwszy problem. Film bywa zbyt powściągliwy. Emocjonalnie chłodny. Fastvold stawia na obserwację i niedopowiedzenie, ale nie zawsze idzie za tym pogłębienie psychologiczne. Ann Lee pozostaje figurą — magnetyczną, ale momentami trudną do uchwycenia. Zamiast wejść głębiej w jej wątpliwości czy pęknięcia, reżyserka często zostaje na poziomie kontemplacji obrazu.

Podobnie z muzyką. Pieśni Szejkersów budują trans i nadają rytm opowieści, ale chwilami dominują nad nią zbyt mocno. Są sceny, w których cisza mogłaby powiedzieć więcej niż kolejny chóralny unisono. Zamiast pogłębiać napięcie, muzyka czasem je wygładza.

Fot. Kadr z filmu Testament Ann Lee

Zobacz także: 

76. Berlinale: Everybody digs Bill Evans – recenzja filmu. Ciężkie brzmienia melancholijnego jazzu
76. Berlinale: Josephine – recenzja filmu. Dziecięca ciekawość pierwszym stopniem do piekła

Ważnym kontrapunktem jest postać grana przez Lewis Pullman. Jako brat Ann wnosi do filmu więcej emocjonalnego napięcia. Jego bohater rezygnuje z dotychczasowego życia, by podążyć za siostrą — i w tej relacji czuć największą stawkę. To tu film zbliża się do tematu ceny, jaką płaci się za wiarę.

Testament Ann Lee jest filmem ambitnym, estetycznie dopracowanym i aktorsko solidnym. Ma w sobie coś hipnotyzującego, ale też coś hermetycznego. Zachwyca formą, nie zawsze porusza równie mocno treścią.

Ciekawa propozycja, którą warto zobaczyć, choć nie każdy wyjdzie z kina porwany. Bo między zachwytem a dystansem bywa czasem tylko jedna, niedopowiedziana nuta.

Chcesz nas wesprzeć i być na bieżąco? Obserwuj Movies Room w google news!

Hanna Kroczek

Dziennikarka

Studentka dziennikarstwa, miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Od niedawna zapalona widzka dokumentów. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych. W wolnej chwili czyta książki, robi zdjęcia i chodzi na koncerty.

Komentarze (0)
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.