Amanda Seyfried to jedna z tych aktorek, które wielu widzom na zawsze będą kojarzyć się z jedną rolą. Anielska twarz, łagodny głos i rozbrajający uśmiech stworzyły idealną Sophie z musicalowego hitu Mamma Mia!. Można powiedzieć, że gdy twoją mamę gra Meryl Streep, trudno o porażkę. Ja wolę wierzyć, że Seyfried po prostu urodziła się do musicali.
Po światowym sukcesie przyszli Les Misérables i delikatna Cosette. Było też podejście do roli Glindy w filmowym Wicked (ostatecznie zagrała ją Ariana Grande). Niezależnie od repertuaru jedno pozostaje niezmienne — Seyfried najpełniej wybrzmiewa wtedy, gdy emocje przechodzą w śpiew.
Testament Ann Lee w reżyserii Mona Fastvold wykorzystuje ten atut w pełni. Osadzony w realiach wspólnoty Szejkersów film opowiada o wierze przeżywanej ruchem i dźwiękiem. W dusznych pomieszczeniach wyznaje się grzechy, by chwilę później wpaść w trans. Tupanie, klaskanie, wirujące sylwetki, głosy łączące się w jeden rytm. To duchowość przeżywana ciałem, nie szeptana w ciszy. I właśnie w tych zbiorowych scenach film jest najmocniejszy.

Fot. Kadr z filmu Testament Ann Lee
Fastvold nie traktuje wspólnoty jak egzotycznej ciekawostki. Kamera przygląda się twarzom, zatrzymuje na dłoniach, pozwala wybrzmieć pieśniom. Nie ma tu taniej sensacji ani łatwej oceny. Jest próba zrozumienia. To duży atut filmu.
Seyfried jako Ann Lee — duchowa przywódczyni uznawana przez wyznawców za następczynię Jezusa — balansuje między łagodnością a determinacją. Jej głos uspokaja, spojrzenie hipnotyzuje. Aktorka nie zrywa ze swoim „anielskim” wizerunkiem, ale świadomie go wykorzystuje. To jedna z jej ciekawszych ról — bardziej stonowana niż efektowna, oparta na spojrzeniach i ciszy.
I właśnie tu pojawia się pierwszy problem. Film bywa zbyt powściągliwy. Emocjonalnie chłodny. Fastvold stawia na obserwację i niedopowiedzenie, ale nie zawsze idzie za tym pogłębienie psychologiczne. Ann Lee pozostaje figurą — magnetyczną, ale momentami trudną do uchwycenia. Zamiast wejść głębiej w jej wątpliwości czy pęknięcia, reżyserka często zostaje na poziomie kontemplacji obrazu.
Podobnie z muzyką. Pieśni Szejkersów budują trans i nadają rytm opowieści, ale chwilami dominują nad nią zbyt mocno. Są sceny, w których cisza mogłaby powiedzieć więcej niż kolejny chóralny unisono. Zamiast pogłębiać napięcie, muzyka czasem je wygładza.

Fot. Kadr z filmu Testament Ann Lee
Ważnym kontrapunktem jest postać grana przez Lewis Pullman. Jako brat Ann wnosi do filmu więcej emocjonalnego napięcia. Jego bohater rezygnuje z dotychczasowego życia, by podążyć za siostrą — i w tej relacji czuć największą stawkę. To tu film zbliża się do tematu ceny, jaką płaci się za wiarę.
Testament Ann Lee jest filmem ambitnym, estetycznie dopracowanym i aktorsko solidnym. Ma w sobie coś hipnotyzującego, ale też coś hermetycznego. Zachwyca formą, nie zawsze porusza równie mocno treścią.
Ciekawa propozycja, którą warto zobaczyć, choć nie każdy wyjdzie z kina porwany. Bo między zachwytem a dystansem bywa czasem tylko jedna, niedopowiedziana nuta.
Studentka dziennikarstwa, miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Od niedawna zapalona widzka dokumentów. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych. W wolnej chwili czyta książki, robi zdjęcia i chodzi na koncerty.